Jak ogólnie ocenia pan ideę local contentu?

Moim zdaniem z dużej chmury spadł mały deszcz. Próbowano bowiem zdefiniować coś, co z założenia nie powinno być definiowane, ponieważ odpowiednie rozwiązania już istnieją. Przy tworzeniu tej definicji nie skorzystano z wcześniejszych doświadczeń, a takim doświadczeniem jest ustawa – Prawo zamówień publicznych. Gospodarzem tej ustawy od lat jest Ministerstwo Rozwoju i Technologii, które ma ekspertów i doświadczonych urzędników, mogących opisać wszystkie zjawiska związane z local contentem.

W trakcie prac okazało się, że local content nie może objąć sfery zamówień publicznych, ponieważ mamy unijną dyrektywę i wspólny, jednolity rynek europejski. W związku z tym stworzono rozwiązanie dotyczące local contentu tylko dla tych spółek Skarbu Państwa, które nie są objęte ustawą – Prawo zamówień publicznych.

Narysowano pewne ramy i określono kryteria, które powinny być stosowane w ramach tych zamówień. Tyle że problem polega na tym, że same kryteria to nie wszystko. Istotna jest również ich waga. Jeżeli uwzględnię wszystkie kryteria wynikające z local contentu, ale dam im łącznie wagę na poziomie 20 proc., a 80 proc. pozostawię cenie, to nadal jestem w tym samym miejscu. Nie zbliżyłem się ani o milimetr do rozwiązania problemu local contentu i wyrównania szans. Wolę zresztą używać określenia „wyrównywanie” niż „promowanie”, bo jesteśmy na wspólnym rynku europejskim. Chodzi więc o wyrównanie szans polskich firm. I to po prostu nie zdało egzaminu.

Rozumiem jednak, że co do zasady sama idea była słuszna, tylko diabeł tkwi w szczegółach, w tym przypadku w przepisach Prawa zamówień publicznych?

Nie. Diabeł tkwi w mentalności urzędniczej. Od lat urzędnicy byli narażeni na sytuację, w której jeżeli wybierali inną ofertę niż najtańsza, musieli się liczyć z kontrolą i pytaniami: „Dlaczego, urzędniku drogi, wybrałeś droższą ofertę?”.

Kontrolujący najczęściej pochodził jednak ze środowiska, w którym brakowało fachowców potrafiących ocenić, że rzeczywiście wybrano droższą ofertę, ale dlatego, że jest ona innowacyjna, energooszczędna, ekologiczna czy zapewnia inne istotne korzyści.

W efekcie zarówno urzędnicy, jak i kontrolujący – a może przede wszystkim kontrolujący – narzucali zasadę, zgodnie z którą urzędnik, dbając o budżet państwa, powinien wybierać najniższą cenę.

Kto w takim razie powinien się teraz zająć tym problemem? Wspomniane przez pana Ministerstwo Rozwoju i Technologii czy może Urząd Zamówień Publicznych?

Nieważne, kto powinien się tym zająć. Ważne, żeby stworzyć dokument, który będzie odpowiedzią na obawy urzędników. Mamy przecież politykę zakupową państwa. Tyle że jest ona bardzo ogólna i znowu nie odpowiada na obawy urzędników.

Kto miałby stworzyć taki dokument? Ministerstwo Aktywów Państwowych jako resort promujący local content?

Na tak postawione pytanie nie można precyzyjnie odpowiedzieć. My, jako Federacja Przedsiębiorców Polskich, podjęliśmy działania wspólnie z Ministerstwem Rozwoju i Technologii oraz Ministerstwem Obrony Narodowej. Ministerstwo Aktywów Państwowych nie jest tutaj właściwym adresem.

Jeśli chodzi o zamówienia publiczne, Federacja uchodzi za organizację o dużych kompetencjach eksperckich. Osobiście byłem przez osiem lat w Radzie Zamówień Publicznych, a przez cztery lata nią kierowałem. Grzegorz Lang, który jest naszym ekspertem ds. zamówień publicznych, do 2015 r. współtworzył wszystkie najważniejsze ustawy dotyczące zamówień publicznych. Mamy więc wiedzę i grupę ekspercką.

Na prośbę wicepremiera Władysława Kosiniaka-Kamysza przygotowaliśmy politykę zakupową dla Ministerstwa Obrony Narodowej właśnie po to, żeby wyrównać szanse polskich przedsiębiorstw w konkurencji z firmami zagranicznymi. Tą polityką zainteresowało się również Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji, ze względu na kwestie obronności i sektor obrony cywilnej.

Ten dokument ma zostać wdrożony w drodze rozporządzenia, prawdopodobnie jednego z ministrów. Nie wiem jednak jeszcze, którego – czy ministra rozwoju, którego przedstawiciele uczestniczyli w tworzeniu dokumentu, czy ministra obrony.

W dokumencie opisaliśmy sytuacje i kryteria, którymi należy się posługiwać przy wyborze oferty. Ze względu na to, że jesteśmy jednak państwem przyfrontowym, uważamy, że dzisiaj podstawowym kryterium, które – uwaga – pozwala realizować dyrektywę unijną, bo nie stoi z nią w sprzeczności, a jednocześnie pozwala preferować polskie przedsiębiorstwa, jest bezpieczeństwo.

Przygotowując projekt, przyjęliśmy, że 60 proc. wagi powinny mieć odporność przedsiębiorstw i bezpieczeństwo. Po 30 proc. przeznaczyliśmy na odporność i bezpieczeństwo, natomiast na cenę – tylko 40 proc.

Taki dokument da urzędnikowi możliwość, bez naruszania dyrektywy unijnej, wyboru oferty bardziej sprzyjającej polskim firmom. Jeżeli bowiem mówimy o bezpieczeństwie, to wszystkie kwestie związane z dostępem do informacji niejawnych, certyfikatami bezpieczeństwa itd. łatwiej będzie spełnić polskim firmom. Podobnie jest z odpornością, bliskością serwisów i dostaw czy szybkością reagowania. Przesuwamy więc środek ciężkości w kierunku jakości, ale robimy to w dokumencie, w którym mówimy zamawiającemu, że kryterium ceny ma wagę tylko 40 proc.

I to jest w pewnym sensie rozwiązanie tego problemu. Stworzyliśmy dokument będący formą dobrej praktyki, który ma zostać wprowadzony rozporządzeniem. Dzięki temu urzędnik będzie czuł się bezpieczniej. Jeżeli przyjdzie ktoś i zapyta: „Dlaczego wybrałeś ofertę droższą?”, będzie mógł odpowiedzieć: „Dlatego, że oferta ta spełniła dwa pozostałe kryteria, za które otrzymała łącznie 60 proc. punktów”.

A kiedy to rozporządzenie może wejść w życie?

Przyznam szczerze, że nie wiem. Dokument został przekazany pani wiceminister Magdalenie Sobkowiak-Czarneckiej. Z mojej rozmowy z panią minister wynika, że obecnie jest on analizowany w ministerstwie. Sprawdza go grupa prawników. Podkreślam, że dokument powstał we współpracy Ministerstwa Rozwoju, ekspertów Federacji Przedsiębiorców Polskich i Ministerstwa Obrony Narodowej. MON również zaangażowało grupę swoich przedstawicieli, którzy pracowali nad tym dokumentem.

Dokument w formie rozporządzenia daje podstawę prawną, ale co ze wspomnianą przez pana mentalnością urzędniczą i takim, a nie innym podejściem do kontroli procesów przetargowych? Rozumiem, że wprowadzenie rozporządzenia to dopiero pierwszy krok, bo trzeba będzie jeszcze zmienić podejście w praktyce?

Zgadzam się. I tutaj jest właśnie rola rządzących, żeby zmieniać nastawienie urzędnicze. Tym dokumentem pomagamy i zachęcamy urzędnika. To pierwszy dokument, który – jeżeli wejdzie w życie, a mam nadzieję, że tak się stanie – został stworzony w formie zachęcającej urzędnika do wybierania nie tylko najtańszej oferty.

We Francji w niektórych przetargach oferta jest składana w dwóch kopertach. Komisja otwiera pierwszą, zawierającą część jakościową, i wybiera dwie firmy, które przedstawiły najlepszą ofertę pod względem jakościowym. Dopiero później otwiera drugie koperty tych firm i sprawdza ceny. Wybiera już wtedy ofertę z najniższą ceną, żeby była jasność, ale spośród dwóch najlepszych jakościowo oferentów.

Patrzy się więc przede wszystkim na jakość. W ramach tej samej dyrektywy działa cała Unia Europejska. Natomiast jeżeli polska firma chciałaby wystartować w przetargu w Niemczech, Francji czy Szwecji, ma bardzo duże problemy, bo może nie przejść tego pierwszego etapu sprawdzania. Jest to w pewnym sensie etap budowania wiarygodności.

W Polsce pokutuje więc nieumiejętne stosowanie Prawa zamówień publicznych i unijnej dyrektywy?

Tak. Powiedziałbym, że jest to już dosłownie literalne podejście. Dokładnie tak to niestety wygląda. I naprawdę można to zmienić.

Od dłuższego czasu biję na alarm. W ramach zamówień publicznych wydajemy ok. 600 mld zł rocznie. To potężne pieniądze, które w części niepotrzebnie wypływają z Polski. Oczywiście nie wszystkie, bo są branże i obszary, w których rzeczywiście trudno nam konkurować w sposób uczciwy, ponieważ mamy gorsze technologie. Jednak generalnie rzecz biorąc, w dużej mierze polskie firmy są zdolne do takiej konkurencji. Trzeba im tylko stworzyć odpowiednie warunki.

Niestety kryterium cenowe jest zmorą polskiego systemu zamówień publicznych i od 30 lat nie udało się tego problemu rozwiązać.