Zachodnia Ukraina stała się prawdziwym informatycznym zagłębiem. W te na razie dość bezpieczne regiony kraju przeniosło się kilkadziesiąt tysięcy informatyków i tam kontynuują pracę. Jak podał na konferencji prasowej we Lwowie Stepan Wesełowskyj, szef tamtejszego klastru IT, przed wybuchem wojny we Lwowie pracowało 30 tysięcy informatyków, a teraz ta liczba wzrosła do ponad 70 tys. Na ukraińskim Zakarpaciu specjalistów IT było około tysiąca, a teraz ta liczba wzrosła dwudziestokrotnie. Firmy informatyczne mimo wojennych kłopotów zawierają też nowe kontrakty.

Czytaj więcej

Wojna zrujnowała rynek IT w Ukrainie i Rosji. Potężne straty

Bezpieczny zachód

– Większość głównych graczy ukraińskiego rynku IT nie tylko z powodzeniem przeniosła swoje firmy z obszarów niebezpiecznych do zachodnich regionów. Udało im się też niemal całkowicie przywrócić wydajność sprzed wojny – zauważył Wesełowskyj. Dodał, że po zwycięstwie Zakarpacie może się stać kolejnym technohubem, a istniejący już hub technologiczny w Iwano-Frankowsku może się wzmocnić.

O tym, że na zachodniej Ukrainie tworzy się nowa Dolina Krzemowa, doskonale wie Paweł Wuttke, dyrektor generalny ukraińskiego oddziału polskiej firmy informatycznej Future Processing. Zaznacza jednak, że praca w czasie wojny wcale nie jest łatwa. – Pracujemy między alarmami bombowymi, które zdarzają się kilka razy dziennie. W naszej firmie gościmy czterech informatyków z innych przedsiębiorstw, ale wiem, że sporo specjalistów z naszej branży jest w trudnej sytuacji, bo nie zawsze wiedzą, jak długo tu zostaną – relacjonuje Wuttke.

Future Processing ma swoją ukraińską siedzibę w Tarnopolu. To 130 km na wschód od Lwowa i około 400 km na zachód od Kijowa. – Nie wszyscy w naszej firmie byli zachwyceni pomysłem ulokowania jej właśnie tutaj, ale wojna pokazała, że to była dobra decyzja, bo mamy tu względny spokój – mówi Paweł Wuttke. Potwierdza, że mimo trudności obsługa klientów idzie pełną parą. – Wielu klientom zależy teraz na cyberbezpieczeństwie. Zresztą zaczęliśmy od siebie, wprowadziliśmy m.in. dodatkową weryfikację pracowników wchodzących do naszej firmowej sieci – dodaje. Zaznacza jednak, że nie traktuje wojny jako okazji do nadzwyczajnego zarobku, a tam, gdzie da się klientom pomóc – pomaga.

Informatycy mają też zadania związane już ściśle z wojną i to tą prowadzoną w cyberprzestrzeni. – Nasza „Armia IT” to 300 tys. ludzi z Ukrainy i innych państw atakujących rosyjską infrastrukturę cyfrową – powiedział Ołeksandr Borniakow, wiceminister cyfrowej transformacji w ukraińskim rządzie. W rzeczywistości ta 300-tysięczna rzesza to najczęściej ochotnicy, często hakerzy amatorzy. Zmobilizował ich ukraiński rząd za pomocą aplikacji Telegram.

Ochotnicza armia IT

Borniakow przyznał, że po wybuchu wojny rosyjscy hakerzy próbowali zaatakować Ukrainę, ale udało im się uszkodzić tylko kilka mniej ważnych stron internetowych. Jednak „Armia IT” przypuściła kontratak. Według Borniakowa z powodzeniem zaatakowała strony internetowe m.in. rosyjskiej giełdy papierów wartościowych, banku centralnego i federalnej agencji transportu lotniczego. – Ci ludzie są specjalistami w tym, co robią. Bez karabinów maszynowych dobrze walczą na innym terenie – powiedział wiceminister.

Ukraińskie firmy z sektora IT wezwały, by ich koledzy z branży oraz klienci, którzy jeszcze prowadzą działalność w Rosji, wycofały się stamtąd. Apelował o to Ihor Kostiw, wiceprezes firmy GlobalLogic’s, która ma także oddział we Lwowie. – Firmy współpracujące z Rosją i Białorusią finansują tę kampanię wojenną pośrednio albo bezpośrednio, nawet tylko poprzez płacenie podatków w tych państwach. W rzeczywistości płacą za pociski używane do atakowania kobiet i dzieci w Ukrainie – powiedział Kostiw. Zaapelował o przeniesienie działalności firm informatycznych do Ukrainy lub innych krajów europejskich. – W ten sposób wspomożecie nas i całą społeczność międzynarodową w walce z okupantami – powiedział Kostiw.