fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Gorączka sobotniej nocy w Cardiff

St. Mary Street, jedna z głównych ulic w centrum Cardiff, stolicy Walii. Zamknięta w soboty dla ruchu jest ruchliwym deptakiem. Prędzej czy później większość imprezowiczów tutaj kończy wieczór.
Rzeczpospolita, Maciej Dakowicz Maciej Dakowicz
Polski fotograf doskonale sportretował nocne życie Wielkiej Brytanii. W warszawskiej galerii Leica wystawa Macieja Dakowicza „Cardiff po zmroku”, kwintesencja fotografii ulicznej. Co to jest i z czym to jeść?
– Nie wiedziałem, że Brytyjczycy są takimi imprezowiczami – mówił Dakowicz  magazynowi „Digital Camera Polska". – Kiedy trafiłem do Cardiff, początkowo spotykałem się ze znajomymi w sobotnią noc w pubie, a potem, zamiast iść do domu, spacerowałem ulicami i fotografowałem, co tam się działo. Z czasem przerodziło się to w mój główny projekt.
Mężczyźni przebrani za kobiety, kobiety ubrane jak policjanci. Superman spacerujący w ciemnym zaułku. Mężczyzna podpisujący się na udzie dziewczyny, pary całujące się nad szklanką piwa, talerzykiem frytek, w barach, na ulicy. Oni chodzą grupami, ubrani w jeansy i koszulki z krótkim rękawem bez względu na porę roku: czy jest deszczowy kwiecień czy mroźny grudzień. One, rozchichotane w swoich najlepszych kreacjach, często zakrywających jak najmniej ciała.
Po zmroku Cardiff zmienia się w wielką scenę, której Dakowicz przez siedem lat był skrupulatnym kronikarzem.
– W Anglii nie ma zbyt wiele agresji. W rodzinnym Białymstoku nie byłem pewien, jak zareagują ludzie, którzy wypili, kiedy będę chciał ich sfotografować – śmiał się 37-letni dzisiaj Dakowicz, z wykształcenia informatyk z doktoratem, z pasji fotograf.
– W 2011 roku jakiś węgierski portal skopiował moje zdjęcia z serwisu fotograficznego Flickr i bez podpisu autora wpuścił na różne strony WWW, gdzie ludzie wystawiają fotografiom oceny – opowiada. –  Zdjęć, ciągle bez mojej wiedzy, użyły różne portale, dziennik „The Telegraph", bulwarówka „Daily Mail", radio z Cardiff zrobiło z nich galerię. Rozpętała się dyskusja o stylu życia współczesnych Brytyjczyków, setki oburzonych czytelników zaczęło komentować artykuł.
Zarzucano, że Polak fotografuje tylko pijanych .Częściej jednak chwalono rozmach, konsekwencję, autentyczność zdjęć. Nic dziwnego. Jak wygląda współczesna fotografia dokumentalna, ta, którą pokazuje się w ambitnych galeriach, i ta, o której lubią pisać krytycy w poważnych gazetach? Na ogół tak, że na pierwszy rzut oka nie wiadomo, o co w niej chodzi.
Obraz jest w odwrocie, liczy się przede wszystkim stojąca za nim koncepcja. Zanim popatrzysz, przeczytaj. Poważni fotografowie nie wierzą w stare, dobre dokumentalne zasady z „prawdą" i „pięknem" na czele. Odbiór zdjęć, tak jak sztuki współczesnej, wymaga coraz większego intelektualnego zaplecza. Mało kto trwa na zbudowanych dawno temu pozycjach, że ma być po prostu „ładnie", „ciekawie".
– Oko przestało się liczyć – mówił Stephen McLaren, brytyjski fotograf i kurator, współautor projektu „Street Photography Now". W 2010 roku zaprosił najlepszych według siebie fotografów ulicznych z całego świata, aby zorganizować wspólną wystawę ich zdjęć, i wydał książkę. Wśród nich był wtedy Maciej Dakowicz.
– Fotografia uliczna to prosty, niezmanipulowany zapis codziennego życia. Nie musi powstawać na ulicy, równie dobrze można ją zrobić w centrum handlowym albo na plaży – mówi. –  Ważne, żeby była prawdziwa. Mam wrażenie, że ludzie coraz bardziej potrzebują takiego spojrzenia.
Boom fotografii ulicznej rozpoczął się kilka lat temu wraz z rozwojem Internetu i fotografii cyfrowej, kiedy za aparaty chwyciły niespotykane do tej pory tłumy. Często są to ludzie bardzo utalentowani, ale bez ambicji zostania wielkimi fotografami, na ogół bez większego teoretycznego przygotowania. Na ulice zaczęli wychodzić z cyfrówkami i w naturalnym odruchu po prostu zaczęli fotografować świat dookoła. Zdjęcia zaczęły lądować na Flickrze, Tumblrze, Blogspocie i Facebooku. Fotografia uliczna stała się oddolnym ruchem społecznym.
– Cokolwiek bym fotografował,  da się zauważyć, że zostałem wychowany na street photo, które uczy szybkiego reagowania – przyznaje sam Dakowicz. A fotografował już wysypisko śmieci w Kambodży, Pakistan po trzęsieniu ziemi, lotniczą pomoc medyczną z Tanzanii, walkę z głodem w Malawi, dzieci ulicy w Kalkucie czy drobną przedsiębiorczość na Bałkanach.
Jednak to projekt ze stolicy Walii przyniósł mu uznanie. Parę tygodni temu ukazał się album „Cardiff After Dark" w prestiżowym brytyjskim wydawnictwie Thames & Hudson.
– Trzeba zrobić jeden dobry materiał, żeby zostać zauważonym. Cardiff to moja furtka do zaistnienia w tym zawodzie. Teraz muszę już tylko udowodnić, że nie jestem fotografem jednego materiału – opowiada. Udowadnia to w Indiach, nie stawił się nawet na swój wernisaż w Warszawie.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA