fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kultura

Trzeba się trochę nażyć

ROL
Marian Dziędziel opowiada Barbarze Hollender o drodze, jaką przeszedł z Gołkowic do wielkiego kina, i o tym, że wszystkie Gwiazdki są piękne
„Piąta pora roku" i  „Supermarket" to pana grudniowe premiery, na początku 2013 r. wejdą na ekrany „Drogówka" i „Miłość". W każdym z tych filmów jest pan inny, a jednak zawsze zachowuje pan własny, oszczędny styl gry. Zobacz galerię zdjęć
Marian Dziędziel: W kinie krzykiem i nadekspresyjnością niczego się nie zbuduje. Wszystko musi dziać się na twarzy, w oczach. Czasem mówię operatorowi: „Trzaśnij bliski plan, zobaczysz, jak to wygląda". Aktor powinien nieść historię człowieka, którego gra. Dlatego zawsze dopowiadam sobie to, czego w filmie nie ma.
Rola w „Supermarkecie" zachwyciła Istvana Szabo, który dał panu nagrodę aktorską na festiwalu w Antalyi. Jak pan budował postać szefa ochrony? Co chciał pan o nim wiedzieć?
To człowiek, który niesprowokowany zachowuje się normalnie, ale gdy przychodzi strach, ma odruch samoobronny: „Ja to przerabiałem, w nic mnie nie wrobicie". Był prokuratorem wojskowym, pewnie chodził w oficerkach. Czy nielubiany pasierb ściągał mu je z nóg? Czyścił? A jakie są jego relacje z żoną? Kiedyś coś do niej czuł, teraz przed nią drży. Albo inne pytanie: czy chodzi do kościoła? Założyłem, że tak. I że w szufladzie trzyma różaniec i książeczkę do nabożeństwa. Ludzie, którzy mają świadomość swoich win i chcą się usprawiedliwić, często uciekają się do symboli religijnych. Gdybym nie stworzył sobie tego portretu, grałbym tylko minami. A mnie powierzchowne aktorstwo nie interesuje. Mam za sobą krakowską szkołę, w której Tadeusz Burnatowicz uczył nas tonu prowadzenia frazy, a Jerzy Kaliszewski – precyzyjnej analizy tekstu.
Jak to się stało, że chłopiec z górniczej rodziny w Gołkowicach, mówiący śląską gwarą, zamarzył o aktorstwie?
Z sąsiedniej wsi pochodził Franciszek Pieczka, to rozpalało wyobraźnię. Z kolei mój ojciec był niepokorną duszą, ciężko pracował w kopalni, a potem lubił się bawić w teatr. Z grupą nauczycieli przygotowywali „Zemstę", „Zaczarowane koło". Czasem brali jeszcze kogoś z chóru, ze związku strażaków, sportowców. W zimie urządzali zabawy, pokazywali te spektakle, grała wiejska orkiestra Miercole. W domu ojciec miał stolarnię, robił dekoracje, wycinał drzewka. Miał być las, to był. Pamiętam, że ze sztuką „Klimczok" jeździli po kilku powiatach, tak się podobała.
Po obronie dyplomu aktorskiego uświadomiłem sobie, że już nigdy nie wrócę na wieś.
I ojciec wciągnął pana do teatru?
Ja nie występowałem, ale od małego wszystko oglądałem i czytałem. Ojciec prenumerował zeszyty „Czytelnika" – miał  dramaty Czechowa, Gorkiego, Szołochowa, Iwaszkiewicza. A w liceum jeździliśmy z wychowawczynią do teatru do Katowic. Jeden z moich kolegów pięknie recytował. Mnie to wkurzało, bo to on występował na szkolnych akademiach, nie ja. Trochę więc z oczarowania teatrem, trochę z przekory złożyłem apapiery do Akademii Teatralnej.
Recytował pan na egzaminie „Pana Tadeusza" ze śląskim akcentem. A jednak pana przyjęli.
Ale postawili warunek, że w ciągu roku mam posługiwać się poprawną polszczyzną. „Naucza sie" – przyrzekłem.
Trudno było pozbyć się śląskiego akcentu?
Lekko nie było. Do dzisiaj, jak zaczynam dużo godać, słyszę czasem te pochylone śląskie dźwięki.
Od 44 lat pracuje pan w krakowskim Teatrze im. Słowackiego. To ewenement.
Czasem zastanawiałem się nad zmianą sceny. Ale po co miałem to robić? Po próbach wychodziłem na Planty, obok kościół Świętego Krzyża, niezwykły zakątek Krakowa. Przez tyle lat od nowa wzruszam się pięknem tego miejsca. A teatr? Kiedy Bronisław Dąbrowski przyjmował mnie do zespołu, rozpierała mnie duma. Potem byli różni dyrektorzy, każdy miał inną wizję sztuki. Skuszanka, Hussakowski, Andrzej Kijowski, Mikołaj Grabowski. Niektórzy, jak Jerzy Goliński, odchodzili, potem wracali. I tak to przeleciało. Poza tym w  Krakowie zawsze można było odskoczyć w bok, do teatru małych form, kabaretu.
Piwnica pod Baranami to barwny epizod w pana życiu.
Szwendałem się po tej piwnicy, trochę śpiewałem. Utwory z muzyką Koniecznego, Preisnera, Walewskiego. Niedawno spotkałem się z Pawluśkiewczem i wspominaliśmy piosenkę „Ulubiony mój surdut granatowy". To była świetna zabawa i fantastyczna lekcja muzyki. Ale nie ma się co oszukiwać. Zawodu uczy  teatr. Tam jest reżim, trzeba mieć spore umiejętności, żeby skupić uwagę widza.
Widzowie uważają pana przede wszystkim za aktora filmowego. A najważniejsze role zagrał pan w filmach Wojciecha Smarzowskiego. To prawda, że spotkaliście się przypadkiem, na planie „Gier ulicznych" Krzysztofa Krauzego?
Nie chcę nawet o tym myśleć, bo się boję. Musiała w tym być jakaś ręka Opatrzności. Wojtek robił dokument o powstawaniu „Gier..." i po raz pierwszy zjawił się z kamerą w dniu, kiedy ja przyjechałem na plan. Widać tak miało być.
„Wesele" to była pana pierwsza duża rola filmowa.
Zrobiliśmy wcześniej z Wojtkiem eksperymentalną „Małżowinę", ale do końca nie wierzyłem, że z „Weselem" się uda. Aż przeczytałem wywiad z Wojtkiem, który powiedział, że napisał tę rolę dla mnie. Inwestorzy pewnie woleliby, żeby obsadził kogoś z bardziej znaną twarzą, kto zagwarantuje kasę. Ale on, sam debiutant, dał mi szansę. Z wdzięczności na planie harowałem jak wół. Wszyscy tak pracowaliśmy. Zresztą po latach, w czasie zdjęć do „Anioła" nadal tak jest.
Kiedy grał pan w „Weselu", miał pan 57 lat. Przedtem były głównie epizody. Nie żal tych lat, kiedy mógł pan być jeszcze młodym buntownikiem albo amantem?
Czy ja wiem? Dariusz Jabłoński, autor „Wina truskawkowego", powiedział: „Do kina trzeba trochę nażyć. A Marian ma nażyte". Coś w tym jest. Wszystko się w psychice odkłada.
Wygląda pan na uosobienie dobroci i serdeczności. A na ekranie bywa pan demonem zła.
No widzi pani, pod tym jowialnym uśmieszkiem siedzi diabeł.
Przyzwyczaił się pan do tych swoich alkoholików, ludzi kryjących mroczne tajemnice przeszłości?
Zawsze ich bronię. Szukam dla nich choćby szczypty usprawiedliwienia. Każdy z nas ma chwile słabości. Ma ból serca, ból sumienia.
W „Piątej porze roku" Jerzego Domaradzkiego zagrał pan pogodniejszą rolę. Piękna też była pana dawniejsza postać księdza z filmu Barbary Sass „W imieniu diabła". Szukanie w sobie dobra jest łatwiejsze?
Niezupełnie. Relacje między dwojgiem ludzi gra się inaczej niż to, co rodzi w nas dramat. Trudniej. Tu liczy się każdy gest, spojrzenie, łatwo o błąd.
Mówi pan, że budując postać, zżywa się pan ze swoim bohaterem. To aktorskie „przeżywanie wielu żyć"?
Nie buduję w sobie życia mojej postaci. Raczej stany. A stanów się nie gra. W stanie się jest. W pewnym momencie aktor może mieć w sobie tyle nagromadzone, że zaczyna odczuwać jak jego bohater.
Wraca pan do domu po zdjęciach. I co? Jest pan Marianem Dziędzielem czy Dziabasem, Kościelnym, Kowalem z „Kreta"?
Marianem Dziędzielem, który jedząc kolację, myśli: „Czy ja to, kurczę blade, dobrze zagrałem?". Niekiedy próbuję scenę odtworzyć w głowie, przeanalizować, żeby być gotowym na następny dzień.
Czuje się pan spełnionym człowiekiem?
Odpowiem pani na to pytanie, jak będę miał 80 lat. Na razie myślę, co by tu jeszcze zrobić. Ale nie mam prawa obrażać się na życie.
Nie żałuje pan swoich wyborów?
Nie. Po obronie dyplomu aktorskiego uświadomiłem sobie, że już nigdy nie wrócę na wieś. Że muszę teraz budować wszystko od nowa. Pomyślałem: „Rany boskie, jestem w innym świecie". Do dzisiaj widzę siebie stojącego na rozdrożu. No, ale jakoś się ułożyło.
I nie wraca pan na wieś?
– Czasem wracam, choćby po to, żeby odwiedzić brata i – niestety, już na cmentarzu – rodziców.
Gdyby w Gołkowicach spotkał pan jakiegoś małego Marcysia marzącego o aktorstwie, co by mu pan powiedział?
Próbuj, chłopie. Tylko nie daj się zwieść tym wszystkim zewnętrznym blichtrom, cudom, gazetom kolorowym. Myśl o zawodzie.
A panu sława nie wywróciła życia do góry nogami?
Nie. W domu mam wszystko poukładane. Dziennikarze, wywiady to obowiązek. Miły, kiedy można spotkać sympatycznych ludzi. A popularność? Gram dla widzów.  Żeby ich ucieszyć, wzruszyć, dać do myślenia, prowokować. Jeżeli oni mnie potem rozpoznają na ulicy, mówię „Dzień dobry". I jest dobrze.
Kiedy myśli pan o swoim życiu, jakie najmilsze chwile pan wspomina?
Tyle ich było. Poznanie żony, narodziny moich dwóch córek, uśmiechy na ich twarzach, kiedy im dobrze idzie. I jeszcze radość matki, gdy mnie się powiodło.
Jest jakaś Gwiazdka, którą zapamiętał pan szczególnie?
Wszystkie były piękne. Zdarzały się smutne, kiedy kogoś nagle brakowało przy stole. Pierwsza Wigilia po śmierci ojca, pierwsza Wigilia po śmierci mamy. Ale czasem też ktoś przybywa. Mój wnuk będzie spędzał z nami już czwartą Gwiazdkę.
Czego panu życzyć pod choinkę?
Zdrowia. Bo jak ono jest, to z resztą zawsze można sobie jakoś dać radę. I żebyśmy w przyszłym roku spotkali się przy wigilijnym stole w tym samym składzie.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA