fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Inżynieria językowa

Jarosław Giziński
Fotorzepa, Waldemar Kompała
Lankijska herbata pozostanie cejlońską, a koty pozostaną zapewne birmańskie. Nawet jeśli Birmę z uprzejmości dla jej mieszkańców uznamy ostatecznie za Myanmar – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”.
Który to kraj odwiedził podczas swojej ostatniej azjatyckiej podróży Barack Obama? Najpierw witał mieszkańców Myanmaru, by w następnym przemówieniu mówić już o Birmie. Dezorientacja prezydenta stała się przez chwilę przedmiotem kąśliwych uwag komentatorów, choć ten problem miał nie tylko amerykański przywódca. Także w mediach widać było brak konsekwencji, a portal internetowy jednego z dużych polskich dzienników informował nawet o „podróży do kraju Myanma”.

Duma i suwerenność

Problem z nagłymi zmianami utrwalonych w powszechnym odbiorze nazw mamy od dawna. Zaczęło się od epoki postkolonialnej, kiedy uzyskujące niepodległość dawne kolonie podkreślały suwerenność i dumę narodową zerwaniem z nazwami nadawanymi im przez europejskich kolonizatorów. W ten sposób Cejlon stał się Sri Lanką, a Górna Wolta wywalczyła międzynarodowe uznanie jako Burkina Faso. Bengal Zachodni stał się Bangladeszem, a mieszkańcom Surinamu przestała odpowiadać stara nazwa Gujana.
Wszystkie te nazwy brzmiały w polskich uszach nieco dziwnie, ale uznaliśmy, że wybijające się na niepodległość narody mogą mieć swoją dumę i trudno z tym dyskutować. Pewnie tak samo będzie z Myamnarem. Nawet jeśli przy okazji pojawiają się problemy językowe – choćby z odmianą albo tworzeniem przymiotników. Do dzisiaj wiele osób może mieć problem z przypisaniem prawidłowego przymiotnika „lankijski” do Sri Lanki.
Znacznie mniej oczywiste zaczęły być fantazje językowe naszych bliższych sąsiadów, którzy językoznawstwo (na ogół rozumiane dość ludowo) zapragnęli zaprząc do służby nacjonalizmu po upadku komunizmu w latach 90. Pojawiły się kurioza w postaci nowych języków (jak choć „wykrojony” sztucznie z języka serbsko-chorwackiego język bośniacki), ale częstsze okazały się próby „unaradawiania” nazw geograficznych.
Był okres, gdy dyplomaci białoruscy z całą powagą sugerowali polskim mediom używanie „suwerennej” nazwy ich kraju, którą powinna być „Biełaruś”. I trudno ich było przekonać, że nazwa ta kojarzy się Polakowi co najwyżej z marką traktora.
W jednym przypadku taka inżynieria językowo-polityczna prawie się powiodła: po proklamowaniu niezależności Mołdawii tamtejsze władze uznały, że ta nazwa przypomina im carsko-sowiecką dominację, więc postanowiły domagać się używania w Polsce nazwy Mołdowa. Forma Republika Mołdowy do dziś pokutuje tu i ówdzie, jednak na szczęście Komisja Standaryzacji Nazw Geograficznych poza Granicami Rzeczypospolitej Polskiej trzeźwo odrzuciła ową „modernizację” i nieszczęsna Mołdowa pozostała jednak Mołdawią.

Ojczyzna Draculi

Problem powraca jednak, głównie w formie dyskusji o nazwach geograficznych posiadających odmienne formy u sąsiadów, lub mniejszości narodowych – zwłaszcza tych mniej lubianych. Litwini jak ognia unikają nazw Wilno czy Kowno, dlatego w oficjalnych polskojęzycznych wydawnictwach autoryzowanych przez władze litewskie pojawiają się czasem potworki w rodzaju „historia Kaunasa”.
Zjawisko to znają doskonale także Węgrzy, ich słowaccy sąsiedzi bowiem za żadne skarby nie uznają, że Koszyce nazywały się kiedyś Kassa, a w Rumunii za publiczne wywieszenie węgierskiej nazwy miasta Tirgu Mures (Marosvásárhely) można nawet otrzymać słony mandat.
Źródłem problemu jest brak zrozumienia istoty ciągłości historycznej i swoisty nacjonalizm językowy i związany z nim brak szacunku dla ciągłości tradycji kulturowej. Powiedzmy szczerze – większości Polaków jest dokładnie obojętne, czy pewna kraina w Ameryce Łacińskiej nazywa się Gujana czy akurat Surinam, jednak próba zamiany nazwy Włochy na Italia musiałaby już wywołać opór. Włochy są Włochami od kilkuset lat, co oznacza tyle, że pojęcie to zdążyło głęboko wrosnąć w świadomość Polaków. Tak głęboko, że obca nazwa własna nic nam nie mówi – wielu Polaków może się nie domyślić, że np. Suomi to Finlandia a Shqipëria to Albania.
My też powinniśmy być dumni, że Kraków to dla obcokrajowców Krakau, Cracow albo Krakkó. To znaczy tyle, że Niemcy, Anglicy albo Węgrzy rozpoznają to miasto od średniowiecza i nie trzeba im tłumaczyć co to takiego. I vice versa: my także stworzyliśmy nazwy Rzymu, Wiednia czy Londynu, bo stały się częścią naszej kultury. Tak jak sami nie powinniśmy się dziwić, że dla Litwinów Polska to Lenkija.
Nie próbujmy się wyzbywać starych form w imię opacznie rozumianej poprawności politycznej (językowej?). I miejmy trochę więcej szacunku dla własnej tradycji. Najwyraźniej zabrakło jej np. autorom przewodnika po Siedmiogrodzie, którzy starą historyczną nazwę zastąpili kalką językową w postaci „Transylwania”. Mnie akurat Transylwania kojarzy się nie tyle z krainą geograficzną w Rumunii, ile z bajkową ojczyzną hrabiego Draculi (nie bez powodu do nazwy tej odwołali się twórcy najnowszej pełnometrażowej kreskówki wytwórni Disneya).

Fonologiczny potworek

„Językową inżynierię”, ową szczególnej formę poprawności politycznej da się łatwo wytłumaczyć. Jest w niej coś z animizmu ludów pierwotnych, które uważają, że zmiana nazwy odmienia noszący ją przedmiot. Wymazanie nazwy Wilno albo Kassa ma sprawić, by używający nowych nazw wymazali z pamięci „obcych”, którzy tam kiedyś żyli.
Zresztą i Polakom nieobce było wymazywanie nazw niemieckich na ziemiach zachodnich, tak jakby nazwanie Wrocławia Breslau było czymś wstydliwym, albo wręcz uwłaczającym dla tego miasta.
Jest dokładnie odwrotnie. Dlatego rozumiem próby fonetycznego zapisu Vrots-love, choć już fonologiczny potworek zapisujący nazwę Szczecina zakrawa na śmieszność. Znacznie gorsze są próby „umiędzynarodowienia” polskich nazw przez pominięcie rodzimych znaków diakrytycznych – do dziś nie rozumiem, jak polski noblista mógł się zgodzić, by na gdańskim lotnisku wymalowano jego nazwisko w formie „Walesa” – toż to żywy obraz polskiego kompleksu językowo-kulturowego.
Bądźmy raczej dumni choćby z tego, że dla nas Aachen to wciąż Akwizgran. I że możemy jechać do Rzymu przez Lipsk i Wiedeń. A lankijska herbata mimo wszystko pozostała cejlońską, tak jak koty pozostaną zapewne birmańskie. Nawet jeśli samą Birmę z uprzejmości dla jej mieszkańców uznamy ostatecznie za Myanmar.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA