fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Prawo do obrony

Piotr Zychowicz (znany obecnie jako zdrajca Polski)
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Krytycy Izraela wymagają od niego, by popełnił samobójstwo. Skutkiem braku odpowiedzi na deszcz rakiet ze Strefy Gazy byłaby zagłada państwa żydowskiego – pisze publicysta „Rz"
Wojna między Izraelem a Hamasem jak zwykle toczy się na dwóch frontach. Militarnym i propagandowym. I jak zwykle na pierwszym górą są Izraelczycy, na drugim wygrywają Palestyńczycy. Odkąd doszło do kolejnej eskalacji konfliktu w Strefie Gazy, jesteśmy zarzucani wstrząsającymi obrazami arabskich dzieci masakrowanych przez izraelskie pociski.
W wersji hard Izrael przedstawiany jest jako ludobójca, niewiele ustępujący Trzeciej Rzeszy. A w wersji light jako XIX-wieczny kolonizator, który dokonuje brutalnej pacyfikacji palestyńskich tubylców. Wykazuje się przy tym pogardą dla ludzkiego życia i bezwzględnie wykorzystuje przewagę technologiczną. Każdy przyzwoity człowiek powinien solidaryzować się z ciemiężonymi Palestyńczykami i potępiać syjonistycznego okupanta.
Narrację taką w Europie forsuje przede wszystkim lewica. Stetryczali profesorowie z francuskich uniwersytetów, którzy po upadku Związku Sowieckiego swoją miłość do marksizmu przenieśli na Arabów. Młodzi niemieccy bojówkarze z Antify, którzy za pomocą kijów i kamieni walczą o tolerancję. A do tego rzesze rozbestwionych, dojących zasiłki z bogatych krajów Unii kolorowych imigrantów.
Propaganda tego obozu jest tak krzykliwa i agresywna, że całkowicie przysłania prawdziwy obraz wydarzeń. Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach nie cieszy się na widok pokiereszowanych szrapnelami palestyńskich dziewczynek. Śmierć każdego cywila jest olbrzymią tragedią. Paradoks polega jednak na tym, że odpowiedzialność za to, co się dzieje, ponosi przede wszystkim strona palestyńska.

Balon próbny

Zacznijmy od początku. Strefa Gazy to niewielki pasek terytorium przyklejony do środkowego Izraela. Na zaledwie 360 km kw. żyje tam grubo ponad 1,5 mln Palestyńczyków. Terytorium to znalazło się pod okupacją Izraela w 1967 r. w wyniku wojny sześciodniowej. Izrael, na swoje nieszczęście, odbił wówczas Strefę Gazy z rąk Egipcjan. I teraz ma poważny problem.
Autonomia Palestyńska składa się bowiem z dwóch części – Zachodniego Brzegu Jordanu i właśnie Strefy Gazy. O ile na pierwszym terytorium od dłuższego czasu panuje względny spokój, o tyle Strefa przypomina wrzący kocioł. Jaka jest różnica między obydwoma palestyńskimi terytoriami? Otóż Strefa, w przeciwieństwie do Zachodniego Brzegu, od kilku lat... cieszy się względną wolnością.
W 2005 r. premier Ariel Szaron zdecydował o rozpoczęciu operacji o kryptonimie Rozłączenie. Ze Strefy usunięci zostali wszyscy żydowscy osadnicy i wycofane zostały wszystkie izraelskie jednostki wojskowe. Izrael zrobił to, czego mieszkańcy Strefy domagali się od 40 lat – zostawił ich w spokoju. Izraelczycy zachowali sobie tylko prawo do kontroli granic palestyńskiej enklawy, żeby nie dopuścić do szmuglowania broni.
W zamyśle izraelskiego kierownictwa ruch ten miał być balonem próbnym. Testem dobrej woli Palestyńczyków, sprawdzianem przed podpisaniem porozumienia pokojowego i stworzeniem niepodległej Palestyny. Jak to się skończyło? W Strefie Gazy wycofanie Izraelczyków odebrane zostało jako przejaw żydowskiej słabości. Dowód, że taktyka polegająca na stosowaniu terroru przynosi świetne efekty.
Pierwszą rzeczą, którą Palestyńczycy zrobili po wycofaniu się Żydów, było triumfalne zdewastowanie pozostawionej przez nich infrastruktury. Szczególnie absurdalne było to w przypadku nowoczesnych szklarni, które mogły pobudzić gospodarkę Strefy Gazy opierającą się do dzisiaj na hojnych zachodnich dotacjach. Kontrolę nad terytorium przejęła tymczasem radykalna organizacja Hamas. I się zaczęło...
Strefa Gazy, zamiast wykorzystać szansę i stać się Piemontem palestyńskiej państwowości, zamieniła się w mini-Iran. Terrorystyczną enklawę, bazę wypadową dla ataków na znienawidzonego syjonistycznego wroga. Od 2005 r. na Izrael spadło blisko 10 tys. rakiet i pocisków moździerzowych. Większość z nich wystrzelona na ślepo w stronę izraelskich miast i miasteczek. Cel: wyrządzić jak najwięcej krzywdy. Zabić jak najwięcej znienawidzonych Izraelczyków. Niezależnie od tego, czy są cywilami, kobietami czy dziećmi. Pociski te spadają na szkoły, przedszkola, sklepy, ruchliwe ulice. Żadne państwo na świecie nie mogłoby sobie pozwolić na tolerowanie podobnej sytuacji. Każde państwo – Ameryka, Francja czy Polska – odpowiedziałoby w takiej sytuacji siłą. Obowiązkiem państwa jest bowiem ochrona własnych obywateli.

Żywe tarcze

Zgoda, mówią krytycy Izraela, ale należy w odwecie zabijać kobiety i dzieci? Oczywiście, że nie. Problem jednak w tym, że Hamas i inne ugrupowania używają cywilów jako żywych tarcz. Ustawiają wyrzutnie rakiet w najbardziej zaludnionych częściach Strefy. W podobnych punktach umieszczają swoje arsenały, warsztaty zbrojeniowe i siedziby.
I, niestety, nie chodzi tylko o powstrzymanie Izraela przed atakiem odwetowym, ale właśnie o to, żeby ten atak sprowokować i aby zginęło w nim jak najwięcej cywilów. Śmierć cywilów można bowiem zdyskontować zarówno na arenie międzynarodowej, jak i wewnętrznej. Przekonać świat, że Izraelczycy to mordercy, a Palestyńczyków utwierdzić w nienawiści do okupanta. A także zachęcić ich do wstępowania do Hamasu. Im konflikt z Izraelem jest ostrzejszy i bardziej krwawy, tym na większe poparcie palestyńskiej ulicy i większy napływ rekrutów mogą liczyć skrajne organizacje „walczące z okupacją".

Pukanie w dach

Zaskoczeniem dla wielu osób, które czerpią swoją wiedzę na temat konfliktu w Gazie z lewicowych europejskich mediów, może być fakt, że Izraelczycy starają się zminimalizować liczbę ofiar cywilnych. Przede wszystkim uderzenia na Strefę Gazy przeprowadzane są tak precyzyjnie, aby ginęli w nich głównie bojownicy Hamasu i innych radykalnych ugrupowań. A więc działają dokładnie odwrotnie niż przeciwnik.
Gdy Izraelczycy zamierzają zniszczyć jakiś budynek – używany przez bojowników jako baza czy skład rakiet – kwadrans wcześniej dzwonią do wszystkich mieszkańców i uprzedzają o uderzeniu. Jeżeli łączność jest niemożliwa, stosowana jest technika „roof knocking" (pukanie w dach). Polega ona na uderzeniu w dach budynku pociskiem pozbawionym ładunku wybuchowego. Pocisk taki robi sporo hałasu i sprawia, że budynek zaczyna drżeć. Zaalarmowani w ten sposób palestyńscy cywile mają kilkanaście minut na ucieczkę.
O realiach Bliskiego Wschodu wiele mówi reakcja Hamasu na ostrzeżenia ze strony Izraelczyków. Znane są przypadki, w których bojownicy organizacji, usłyszawszy o ostrzegawczych telefonach, specjalnie zapędzali do zagrożonych budynków kobiety z dziećmi.
Skoro Izraelczycy są tacy humanitarni – można zapytać – to jak to możliwe, że w Strefie Gazy ginie tylu cywilów? To skutek wspomnianej wyżej techniki Hamasu, który twórczo rozwinął starą sowiecką zasadę, że „liudiej u nas mnogo". Wynika to jednak również ze specyfiki Strefy. Jeżeli ktoś rzuca wyzwanie znacznie potężniejszemu przeciwnikowi w gęsto zaludnionym wielkim mieście, to musi się liczyć z poważnymi konsekwencjami dla ludności cywilnej.
Przeciwnicy Izraela porównują to państwo z Trzecią Rzeszą i twierdzą, że działania w Strefie Gazy świadczą o chęci zagłady narodu palestyńskiego. Trudno uznać takie tezy za poważne. Wystarczy przeanalizować, jak wyglądało pacyfikowanie miast przez Niemców podczas II wojny światowej. Choćby na przykładzie Warszawy.
Podczas powstania warszawskiego w 1944 r. poległo około 15 tys. żołnierzy polskiego podziemia niepodległościowego oraz około 150 tys. cywilów. Podczas wielkiej izraelskiej operacji „Cast Lead", do której doszło w Strefie Gazy na przełomie 2008 i 2009 r., zginęło zaś 1,4 tys. ludzi. 700 bojowników oraz 700 cywilów (Izraelczycy twierdzą, że o połowę mniej).
Czyli o ile w przypadku Warszawy straty ludności cywilnej w stosunku do strat wojskowych wynosiły 10:1, o tyle w przypadku operacji „Cast Lead" 1:1. A jeżeli działania Izraelczyków zestawić z tłumieniem powstania w warszawskim getcie – do którego Strefa jest ustawicznie porównywana – to ta dysproporcja jest jeszcze większa. Niemcy zamordowali bowiem niemal wszystkich cywilów z getta.
A przecież 70 lat temu siła ognia i środki, jakimi dysponowali Niemcy, były niczym w porównaniu z potencjałem dzisiejszego Izraela. Gdyby rzeczywiście Izrael chciał użyć przeciwko Strefie całej swojej potęgi i nie liczył się z życiem cywilów, problem rozwiązałby w kilka dni. Po prostu zburzyłby całe to terytorium i nie pozostawił kamienia na kamieniu. Tak się jednak nie dzieje.
Oczywiście nie oznacza to, że wszyscy izraelscy żołnierze czy osadnicy są aniołami. Jeżeli jednak jakiś Izraelczyk dopuści się zbrodni wojennej wobec Palestyńczyków, zostaje aresztowany przez własne władze. Osądzony i surowo ukarany. Jeżeli jakiś Palestyńczyk dopuści się zbrodni wobec Izraelczyków, zostaje bohaterem narodowym, a jeżeli przy okazji sam zginie – męczennikiem. Oto przykłady. W 1990 r. Żyd Ami Popper na przystanku autobusowym w miejscowości Riszon le-Cijjon zastrzelił z zimną krwią siedmiu Arabów. Otrzymał za to siedmiokrotne dożywocie i do dziś siedzi w izraelskim więzieniu. 11 lat wcześniej Arab Samir Kuntar wdarł się do izraelskiego domu w mieście Naharija i porwał Danny'ego Harana i jego czteroletnią córkę Einat.
Ścigany przez policję zamordował zakładników: najpierw zastrzelił ojca na oczach dziewczynki, a następnie roztrzaskał jej główkę o skały. Sąd uznał go również za winnego śmierci drugiego dziecka Harana, dwuletniej Jael. Została ona uduszona przez przerażoną matkę, która próbowała ją uciszyć. Obie schowały się przed terrorystą pod łóżkiem.
Kuntar, który został skazany przez izraelski sąd, w oczach Palestyńczyków i wielu innych Arabów jest bohaterem. Gdy kilka lat temu Izrael wymienił go za ciała zastrzelonych żydowskich żołnierzy, Kuntar został wywieziony do Bejrutu. Na jego cześć Hezbollah zorganizował wielki, triumfalny wiec. Traktowano go jak celebrytę, posypały się na niego zaszczyty i apanaże. Te przykłady pokazują różnicę w mentalności obu stron konfliktu na Bliskim Wschodzie.

Żydzi do morza

Izrael opowiada się za rozwiązaniem tego konfliktu poprzez stworzenie niepodległego państwa palestyńskiego. Według Hamasu i innych radykalnych grup palestyńskich rozwiązanie konfliktu powinno polegać na „wyrzuceniu Żydów z powrotem do morza", likwidacji Izraela i stworzeniu w jego miejscu Wielkiej Palestyny. O tym również warto pamiętać, gdy obserwuje się wstrząsające telewizyjne migawki z Gazy.
Premier Beniamin Netanjahu powiedział niedawno, że jeżeli Palestyńczycy złożą broń, nie będzie wojny. A jeżeli Izrael złoży broń, nie będzie Izraela. Miał rację. Nie wymagajmy od Izraelczyków, żeby w sytuacji, gdy sypią im się na głowy rakiety, stali z założonymi rękami. Byłoby to bowiem samobójstwo.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA