fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sylwetki

Jubiler od pokoleń

Reporter
Piotr Mazurkiewicz
Wojciech Kruk. Kierowana przez niego grupa ma za sobą najlepszy rok w historii. Nie zamierza zwalniać tempa, zapowiada ostrą walkę o klientów
Ojciec zawsze mu powtarzał, że trudno być bogatym jubilerem w biednym kraju.
– Nie chcemy ludzi onieśmielać wizerunkiem marki luksusowej – mówi Wojciech Kruk, główny udziałowiec poznańskiej firmy jubilerskiej, drugiej co do wielkości na polskim rynku.
Pierwszy milion – według ówczesnej wartości złotego, która nie była wysoka – zarobił jednak nie na kosztownych precjozach, ale na jabłkach. A to dlatego, że jego rodzina miała sad. Wraz z kolegami zbierał owoce i sprzedawał taniej niż okoliczni sadownicy. Na rynku owoców brakowało, więc nie mieli żadnych kłopotów ze zbytem. Zarobione pieniądze wydawali na wakacje.
Szybko jednak zaczął pracę w rodzinnej firmie jubilerskiej. W 1974 r. przejął zakład od ojca. Rewolucyjnym pomysłem na biznes okazała się maszyna do przekłuwania uszu. Klientki, które kupiły w sklepie W. Kruka kolczyki, mogły na miejscu je założyć. Do obsługi cennej maszyny zatrudnił lekarza. Powodzenie tego pomysłu przerosło jego oczekiwania – zakładano kolczyki nawet 40 – 50 klientkom dziennie. Firma szybko się rozwijała, otwierała salony w kolejnych miastach. W 1996 roku jej stery przejął Jan Rosochowicz, który do dziś jest jej prezesem.
W ten sposób Wojciech Kruk zyskał czas na swoje hobby. Bo chociaż jak przystało na członka rodziny z tradycjami w jubilerstwie, nie unikał w życiu innej działalności. Zajmował się polityką – został nawet senatorem. Jest też znanym miłośnikiem golfa, udziela się w organizacjach biznesowych, m.in. Wielkopolskiej Izbie Przemysłowo-Handlowej, Polskiej Radzie Biznesu.
Pod nowym kierownictwem firma weszła na giełdę, przejęła też włoską markę odzieżową Deni Cler, sprzedająca luksusową odzież damską. Jednak początkowo kapitalizacja W. Kruk była bardzo niska – wyniki nie były rewelacyjne, branża jubilerska w Polsce przeżywała wtedy ciężki okres. Nie pomogło też uruchomienie marki odzieżowej Mia Piu, która mimo milionowych inwestycji nie przyjęła się na rynku.
– Zrobiliśmy to za wcześnie, rynek nie był gotowy. Teraz byłby to wielki sukces – mówi Kruk.
Choć od lat nie zarządza już firmą, jest przewodniczącym rady nadzorczej – nie oznacza to, że wycofał się z życia spółki. Jego pomysłem był krzemień pasiasty, który wypatrzył podczas pobytu w Sandomierzu. Spodobał się – dzisiaj można go kupić w salonach firmy i był to jeden z hitów. Firma nie nadążała z produkcją tej kolekcji.
Jego marzeniem jest, by jedno z dwójki dzieci wygrało konkurs na eksponowane stanowisko w firmie. Na razie syn i córka poznają jej działanie od podstaw i w wolnym czasie pomagają w sklepach.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA