fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Nieruchomości

Sami swoi, czyli jak załatwić sąsiada

Biją i grożą. Mają po kilkaset spraw w sądzie. Decydują się nawet wynająć killera, by „rozwiązać” spór z sąsiadem
Zaczęło się, kiedy małżeństwo W. postanowiło odgrodzić się od rodziny S. płotem. Granicę między działkami wyznaczył biegły. Gdy rodzina W. przystąpiła do prac budowlanych, pomiar zakwestionował 61-letni Mieczysław S., głowa rodu.
– Te uczone pomiary są nic niewarte – stwierdził i własnymi krokami odmierzył linię graniczną. Przesunął ją o trzy kroki w głąb działki sąsiada.
Na taki dyktat nie chciał się zgodzić Marian W. Nie po to opłacił geodetę, aby teraz granicę odmierzać krokami. Po obu stronach płotu doszło do mobilizacji. Po jednej Mieczysław S. i jego syn, po drugiej – nestor rodu W. i jego dwóch męskich potomków w sile wieku.
Prokuratura, choć nie bez trudu, ustaliła, że wymianę ciosów rozpoczęli właśnie S., a skutkiem bijatyki był złamany nos, połamana proteza szczęki oraz okulary Mieczysława S. Umorzyła jednak postępowanie o pobicie, uznając, że rodzina W. broniła się tylko przed bezprawnym zamachem na swoją nietykalność. Przed sądem prokurator zarzucił juniorowi i seniorowi S., że po pojedynku grozili zabójstwem i wysadzeniem budynków sąsiadów. Ci potraktowali groźby jako realne.
Lasy biłgorajsko-janowskie podczas ostatniej wojny były ostoją partyzantów. Nikt nie mógł zagwarantować, że S. nie skorzystają z partyzanckiego arsenału. Sąd uznał ich za winnych i skazał na pozbawienie wolności w zawieszeniu.
Mieczysław S. wynajął adwokata i zaatakował sąsiadów w procesie cywilnym. Zażądał od nich 60 tys. zł zadośćuczynienia i odszkodowania.

Nocna zmiana granic

Spory graniczne przypominają małe bitwy. W wiosce na granicy powiatów krasnostawskiego i lubelskiego krew się polała, kiedy Edward i Grażyna K. zaczęli reperować płot. Przebieg walki był dynamiczny.
Po trwającym trzy lata procesie sąd ustalił, że Grażyna K. siekierą uderzyła w lewą rękę Romualdę K. Ta z kolei biła Grażynę młotkiem po głowie i po twarzy. Edward K. metalowym łomem przyłożył Mirosławowi K., a ten oddał mu metalowym młotkiem. Cała czwórka za udział w bójce z użyciem niebezpiecznych narzędzi usłyszała jednakowy wyrok: po pół roku więzienia z warunkowym zawieszeniem na dwa lata tytułem próby.
W takich sprawach sąd ma trudności z ustaleniem przebiegu bijatyki: kto czym rzucał, kto zaczął, kto się bronił. Kto pierwszy dokonał „nocnej zmiany granicy". Każda strona obstaje przy swoim.
– To są sprawy żmudne dowodowo, bo trzeba przesłuchać kilkunastu świadków, z których część składa przeciwne zeznania, w zależności od tego, kto wystąpił o ich powołanie – mówi sędzia Joanna Smyk z Sądu Rejonowego w Krasnymstawie.
– Spotkanie w sądzie to okazja do wzajemnego wyciągania różnych zadawnionych konfliktów: co kto powiedział i co komu zrobił – dodaje sędzia Jolanta Latoch z Sądu Rejonowego w Radzyniu Podlaskim.
Czasami  w ustaleniu prawdy pomaga przypadek i duma ze zwycięstwa. Tak było w jednym z etapów kilkuletniej wojny rodzin G. i D., z małej wsi w biłgorajskim. Po którejś z sąsiedzkich bitew do prokuratury z zawiadomieniem o pobiciu jako pierwszy dotarł młody przedstawiciel familii G. Przyprowadził swoją 84-letnią babcię.
– Patrz pani, patrz, jak mi babkę pobili – lamentował przed prokuratorem, pokazując porozrywane ubrania staruszki i widoczne na jej ciele siniaki i zadrapania.
Prokurator postanowiła lekko podpuścić młodzieńca:
– Niedobrze. Teraz poważnie oberwaliście – powiedziała.
Wnuczek nie potrafił się dłużej kontrolować. Z nieskrywaną satysfakcją wykrzyczał:
– My to tylko siniaki mamy, a tamte z rozbitą głową w szpitalu leżą!

Szkło, donosy i zalania

Przed sądem stają za pobicia, groźby karalne, zniesławiania, kradzieże, naruszenia miru domowego. W procesach cywilnych kłócą się o przebieg granicy, naruszenie posiadania, zasiedzenie, przeróżne odszkodowania. Wysypują sobie szkło na drogę dojazdową, wylewają nieczystości, podcinają drzewa i krzaki, składają doniesienia, notorycznie nagrywają i fotografują.
Mieszkaniec Hrubieszowa np. zaczął przesiadywać na ławce pod oknem sąsiadki z parteru. Aby ławki nie można było przesunąć, przytwierdził ją do betonowego słupka łańcuchem. Siedząc, wygłaszał tyrady pod adresem sąsiadki, każdą kończąc wezwaniem „Alleluja". Sąd nie uwierzył, że tylko wtedy, gdy obok przechodziły zakonnice. W Hrubieszowie nie ma żeńskiego zakonu. Sąsiadowi można też uprzykrzyć żywot nieobyczajnym wybrykiem. Swego czasu mieszkaniec powiatu tomaszowskiego postawił na swej działce sławojkę... bez tylnej ścianki.

Cyngiel na opornych

Są rodziny, które latami nie wychodzą z sądu i wciągają w spór kolejne pokolenia.
– Mamy w wydziale zamiejscowym w Siemiatyczach skonfliktowaną rodzinę, która w ciągu dziesięciu lat skierowała przeciwko sobie blisko 300 spraw – mówi sędzia Dariusz Śnieżko z SR w Bielsku Podlaskim.
Bywa, że konflikt tak się zaostrzy, że sąsiedzi sięgają po rozwiązanie ostateczne. Starsze małżeństwo z okolic Bychawy postanowiło wynająć płatnego zabójcę. Szukali w ciemno, rozpytując na lubelskich targowiskach. W końcu ktoś im obiecał przysłać fachowca od mokrej roboty. Blisko 70-letni Józef M. czekał na niego przed domem, a rozpoznał go to po tym, że killer dwukrotnie zdjął i założył czapkę. Józef M. zasugerował, aby sąsiada otruć zastrzykiem lub spowodować wypadek komunikacyjny. Porwania nie zalecał z obawy, że we wsi od razu by się domyślili, czyja to sprawka.
– Nie pouczaj. Panowie doskonale wiedzą, co i jak zrobić – strofowała męża Danuta M.
Honorarium miało wynieść 1500 zł plus 200 zł ekstra, jeśli robota będzie perfekcyjna. Cyngiel i jego kierowca okazali się policjantami. Biegli uznali, że państwo M. są poczytalni, a sąd skazał Józefa M. na trzy lata, jego małżonkę na dwa lata i osiem miesięcy. Łagodnie, bo podżeganie do zabójstwa było nieudolne, a rzekomy zabójca nie miał zamiaru dokonać przestępstwa.
Emocje z podwórka często przenoszą się na salę sądową. Zwaśnione strony robią miny, gestykulują, przekrzykują się, gdy świadek zeznaje nie po ich myśli. Wyrywa im się na głos: „A przysięgnij się, że tak było, przysięgnij się". Płaczą, wyzywają się, wychodzą nagle z rozprawy, trzaskając drzwiami.
– Miałam kiedyś na sali próbę klęczenia i przysięgania na Biblię – opowiada sędzia Joanna Smyk.

Sąd sanitariuszem

– W takich sprawach zawsze jest dużo emocji. Rolą sędziego jest je studzić. Nie można dopuścić, aby sytuacja wymknęła się spod kontroli, a strony dolewały oliwy do ognia. To sędzia ma prowadzić proces, a nie proces sędziego – mówi sędzia Jolanta Latoch.
Czasami nawet ogłoszenie przerwy, by emocje opadły, nie wystarczy, bo na korytarzu dochodzi do następnych zniesławień, co staje się powodem kolejnego procesu.
Sędzia Sądu Okręgowego w Zamościu wspomina sprawę zwaśnionych rodów, których sprawy z częstotliwością autobusu kursowego wracały do sądu.
– Na jednej z nich nestor rodu zaniemówił. Przez kilkanaście terminów nie odzywał się ani słówkiem. Skoro zaniemówił, sąd przyznał mu z urzędu adwokata. Wybrał więc inną taktykę. Na następnej rozprawie zaczął mdleć i przekonywać, że umiera. Sąd przerażony pytał: „Może panu pomóc, może coś panu potrzeba?". Na to mężczyzna zaczął krzyczeć: „Księdza! Księdza już mi tylko potrzeba!".
Wprawieni w bojach często modyfikują taktykę procesową. Gdy proces obraca się na ich niekorzyść, starają się go storpedować. Wyjeżdżają za granicę, chorują, zapadają się pod ziemię, tak że nie można wezwać ich na rozprawę.
– Są obeznani z procedurą, znają przysługujące im prawa. Składają wnioski o zwolnienie z kosztów, wnoszą o ustanowienie adwokata z urzędu – wylicza sędzia Jolanta Latoch.
– Wiedzą, że wykroczenie przedawnia się po roku i składają zawiadomienie ostatniego dnia, aby przedłużyć sprawę – dodaje sędzia Dariusz Śnieżko.
Zdarza się, że sędzia musi być nie tylko sądem, ale i psychologiem, mediatorem, a jak trzeba, to i sanitariuszem.
– Biegałam już po wodę dla omdlałej pani. Trzymałam nogi w górze kobiety, która zasłabła mi z emocji na sali sądowej. Musiałam, bo protokolant w tym czasie telefonował po karetkę pogotowia – opowiada sędzia Luiza Dąbska z Sądu Rejonowego w Opolu Lubelskim.
Sędziowie uważają, że kłótni sąsiedzkich będzie coraz mniej. Nowe pokolenie jest bardziej wyrobione prawnie, bardziej racjonalnie stąpa po ziemi, jest skore do mediacji i ugody. Nie kruszy kopii o piędź ziemi.
– Zawsze będzie grupa stałych klientów sądowych, którzy z procesowania się uczynili sens życia – zaznaczają sędziowie.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA