fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Tuchaczewski: upadek zbrodniarza

Paweł Wieczorkiewicz, „Sprawa Tuchaczewskiego", Bellona, Warszawa 2012
Plus Minus
Gloryfikowany przez „odwilżową" sowiecką historiografię marszałek ZSRS był cynicznym zbrodniarzem, o czym przypomina znakomita monografia pióra polskiego historyka
Trudno uwierzyć, że Paweł Wieczorkiewicz nie żyje już od trzech lat. Profesor był jednym z najwybitniejszych polskich historyków, człowiekiem o olbrzymiej erudycji i wiedzy. Wyróżniał go też niebywały wręcz nonkonformizm. Wieczorkiewicz szedł pod prąd. Swoje poglądy głosił, nie oglądając się ani na lewicowe salony, ani na propagandzistów piszących historię na poziomie patriotycznych czytanek.
Nienawidził komunistów, pomysł, że „stalinizm" był wypaczeniem w gruncie rzeczy dobrego systemu, uważał za aberrację. Głośno mówił o tym, że nie pogodził się z utratą Wilna i Lwowa. Uważał, że Polska w 1939 roku powinna pójść razem z Niemcami na Związek Sowiecki. Walczył z bezkrytycznym gloryfikowaniem AK, Władysława Sikorskiego uważał za francuskiego agenta, którego należałoby rozstrzelać.
Być może właśnie dlatego był tak uwielbiany przez swoich studentów – piszący te słowa był jednym z nich – i czytelników. Gdy pojawiał się w mediach, wiadomo było, że powie coś ciekawego i niebanalnego. Po  śmierci profesora Wieczorkiewicza powstała olbrzymia luka. W pewnym stopniu wypełniają ją pozostawione przez niego książki. Jedną z nich jest „Sprawa Tuchaczewskiego", która została właśnie wznowiona przez Bel-lonę.
Profesor nie byłby sobą, gdyby nie rzucił wyzwania obowiązującej wersji wydarzeń. Na śmierć marszałka Armii Czerwonej w 1937 roku do dziś większość historyków spogląda bowiem przez okulary  propagandzistów z  epoki Chruszczowa. Sowieci zrehabilitowali wówczas Michaiła Tuchaczewskiego, który odtąd opisywany był jako nieskazitelny bohater, wybitny strateg, dobry człowiek, a przede wszystkim ideowy komunista. Właśnie dlatego paskudny Stalin, który jak wiadomo sprzeniewierzył się ideom marksizmu-leninizmu i stał się faszystowskim satrapą, tak bardzo go znienawidził. Dlatego kazał go aresztować i zgładzić.
Jak było w rzeczywistości? Tuchaczewski – jak ukazuje Wieczorkiewicz – był zwykłym komunistycznym zbrodniarzem. A czystka, której padł ofiarą, przypominała raczej porachunki, do których co pewien czas dochodzi w każdej organizacji przestępczej.
Warto przypomnieć choćby odezwę, jaką wydał do swoich oddziałów w 1920 roku: „Czerwonoarmiści! Wojska spod znaku Czerwonego Sztandaru i wojska spod znaku łupieżczego białego orła oczekuje śmiertelny pojedynek. Utopcie we krwi rozgromionej armii polskiej przestępczy rząd Piłsudskiego! Ponad trupem białej Polski wiedzie droga ku ogólnoświatowej pożodze".
Na szczęście do ogólnoświatowej pożogi (wówczas) nie doszło i Tuchaczewski nie zrealizował swoich krwawych zapowiedzi. Tam jednak, gdzie stanęła noga jego żołnierza, dochodziło do bestialskich mordów na Polakach, gwałtów i aktów grabieży.
Choć wyprawa roku 1920 zakończyła się klęską, Tuchaczewski tak bardzo spodobał się Leninowi, że ten uczynił go swoim człowiekiem od mokrej roboty. Sowiecki marszałek najpierw utopił we krwi powstanie marynarzy w Kronsztadzie, potem spacyfikował rewoltę chłopską w rejonie tambrowskim, używając  gazów bojowych przeciwko cywilom. Sowieccy przywódcy byli nim zachwyceni. Na młodego (rocznik 1893) oficera sypały się awanse i odznaczenia.
W międzyczasie samobójstwo popełniła jego pierwsza żona – Maria. Powód? Tuchaczewski, który miał sadystyczne skłonności, ćwiczył ją w sypialni batem. Na pogrzeb marszałek się nie pofatygował, wysłał tylko swojego adiutanta. Miał też opinię hulaki: upijał się do nieprzytomności, nie stronił od narkotyków i kart.
Podwładnych traktował haniebnie, a na przełożonych pisał donosy. Znamienne było jego zachowanie w roku 1931, gdy wziął udział w dyskusji nad książką „Strategia" gen. Swieczina w leningradzkiej filii Akademii Komunistycznej. Tuchaczewski stwierdził m.in., że autor ma „antysowieckie poglądy", a jego książka to robota sabotażowa, której celem jest doprowadzenie Armii Czerwonej do klęski. W czasie, gdy to mówił, Swieczin znajdował się już w łagrze, a władze prowadziły przeciw niemu brutalną nagonkę.
Takim to bohaterem był  Tuchaczewski. Gdy w wojsku rozpoczęła się wielka czystka, słał listy do Stalina i zapewniał o swojej lojalności. Na dzień czy dwa przed aresztowaniem popędził do biura komórki partyjnej w Komisariacie Obrony, aby opłacić partyjne składki... Zatrzymano go 22 maja 1937 roku. Zarzut – kierowanie faszystowskim spiskiem w Armii Czerwonej i szpiegostwo na rzecz Polski i Niemiec. Oczywiście nie miało to nic wspólnego z rzeczywistością. Napoleońskich zapędów Tuchaczewski wcale nie miał, wprost przeciwnie, chciał wiernie służyć Stalinowi.
Marszałka wzięli w obroty fachowcy z NKWD. Bito go gumowymi pałkami, pluto mu w twarz, oddawano nań mocz. Wiązano w kabłąk, przypalano na elektrycznych płytkach... Po takiej obróbce Tuchaczewski naturalnie przyznał się do wszystkiego. Na znajdujących się w moskiewskich archiwach protokołach z przesłuchań podobno do dziś można zobaczyć plamy krwi.
Swoje zeznania na zorganizowanym szybko procesie marszałek Tucha- czewski rozpoczął od słów: „Gorąco kocham Armię Czerwoną i Związek Sowiecki". Niewiele mu to pomogło. Rozstrzelano go 12 czerwca. Ciało zostało wrzucone do wykopu na moskiewskim placu budowy i zalane wapnem. Brutalnym represjom poddano również rodzinę Tuchaczewskiego, co było kolejną sowiecką zbrodnią.
A co do samego Tuchaczewskiego... No cóż, czytając książkę Pawła Wieczorkiewicza nie było mi go specjalnie żal.  „Nosił wilk razy kilka, ponieśli i  wilka".
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA