fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Cywilizacja

Śmierć Jezusa na krzyżu okiem lekarzy

Widowiska pasyjne na Filipinach słyną z weryzmu – ludzie grający Jezusa i łotrów są przybijani do belek krzyża gwoźdźmi (fot. MAGNUM/EK PICTURES)
EK PICTURES
Na podstawie dostępnych źródeł z dużym prawdopodobieństwem można określić, jak mogła przebiegać powolna egzekucja Jezusa
Tekst z archiwum dodatku Plus Minus
Chrystus umarł na krzyżu. Ale jaka była bezpośrednia przyczyna śmierci: uduszenie, wyczerpanie torturami, a może pękło serce, o czym miałyby świadczyć krew i woda, które po przebiciu boku jego ciała włócznią wypłynęły z jego rany? Co możemy dziś na ten temat powiedzieć? Wszelkie dywagacje o tym wydają się jedynie daleko idącymi spekulacjami, ale tylko pozornie. Na podstawie dostępnych źródeł z dużym prawdopodobieństwem można jednak określić, jak mogła przebiegać śmierć Jezusa. Od wielu lat ukazują się na ten temat liczne publikacje teologiczne i naukowe. O odpowiedź na to pytanie pokusili się też polscy specjaliści podczas konferencji „W Ranach Twoich. Śmierć Chrystusa w aspekcie medycznym", jaką niedawno zorganizował Gdański Uniwersytet Medyczny.
„Zgodnie ze znajomością anatomii i wiedzą dotyczącą starożytnych metod krzyżowania można dzisiaj zrekonstruować prawdopodobne aspekty tej formy powolnej egzekucji, w czasie której każda zadawana kolejna rana miała przyspieszać zgon skazańca. Ocenia się, że Jezus już przed ukrzyżowaniem był w stanie krytycznym" – uważa prof. Władysław Sinkiewicz, kierownik II Katedry Kardiologii z Collegium Medicum UMK w Bydgoszczy.

Wydech ponad siły

Mało prawdopodobne jest, że Jezus nie cierpiał zbyt długo, gdyż szybko zmarł na skutek uduszenia. Taką hipotezę wysunął m.in. dr Pierre Barbet (1884 – 1961), chirurg ze szpitala św. Józefa w Paryżu, autor głośnej przed laty książki „Męczeństwo Chrystusa według chirurga". Uważał on, że człowiek, wisząc na krzyżu, ma rozchyloną klatkę piersiową, co znacznie ogranicza możliwość nabierania powietrza w płuca. Po pewnym czasie zaczyna się dusić i dość szybko umiera. Dzieje się tak dlatego, gdyż ciało skazańca zwisa na krzyżu na rozciągniętych ramionach i zgiętych kolanach. Mięśnie międzyżebrowe ustawione są wtedy w pozycji wdechowej, toteż wydech mógł się odbywać tylko za pomocą mięśni przepony. Oddychanie było zatem płytkie, mało wydolne, z szybko rozwijającą się hiperkapnią (podwyższonym ciśnieniem dwutlenku węgla we krwi) i kwasicą oddechową (wzrost stężenia kwasu węglowego w płynie międzykomórkowym). „Aby dokonać wydechu, ofiara musiała wznieść ramiona i opierając się na stopach, rozprostować kolana. Ten manewr wywoływał z kolei przeszywający ból przebitych stóp i nadgarstków z podrażnionych i uszkodzonych gwoździami nerwów oraz ból poranionych pleców ocierających się o nieociosane, surowe drzewo krzyża. Rozwijające się w następstwie zmęczenia i zaburzeń gospodarki wodno-elektrolitowej tężcowe kurcze mięśniowe powodowały, że oddychanie stawało się niemożliwe" – twierdzi prof. Sinkiewicz. Do uduszenia na krzyżu nie dochodzi jednak tak szybko, jakby się wydawało. Wykazał to Frederick T. Zugibe, jeden z najbardziej znanych amerykańskich lekarzy medycyny sądowej i największy przeciwnik poglądów francuskiego chirurga. Dr Zugibe nie ograniczył się jedynie do spekulacji teoretycznych. Przeprowadził liczne doświadczenia ze studentami college'u, którzy na ochotnika dali się zawiesić na krzyżu. Zostali oni jedynie przywiązani, dla ochrony rąk mogli zakładać skórzane rękawiczki, ale to wystarczyło, by ustalić, jak w takiej sytuacji reaguje ciało człowieka. Faktycznie, ochotnicy, którzy byli zawieszani na rękach wyciągniętych nad głową, już po kilku minutach zaczęli się dusić. Po sześciu minutach objętość oddechowa średnio zmniejszała się u nich o 70 proc., a ciśnienie tętnicze – o 50 proc. Towarzyszyło temu dwukrotnie przyspieszone bicie serca. Po 12 minutach ochotnicy mogli oddychać jedynie za pomocą przepony, która umożliwia zmianę kształtu oraz objętości klatki piersiowej. Gdy się unosili, choć na chwilę, krążenie krwi i oddychania chwilowo się poprawiało. Ból nadgarstków był jednak tak duży, że eksperyment po 30 – 40 minutach trzeba było przerwać. Studentom dużo łatwiej było oddychać, gdy ich ręce na krzyżu rozciągnięto w taki sposób, w jaki tradycyjnie przedstawiano ukrzyżowanie w sztuce chrześcijańskiej. Zawartość tlenu we krwi utrzymywała się na takim samym poziomie jak przed przywiązaniem do krzyża. „Ochotników najpóźniej po godzinie trzeba było zdjąć z krzyża z powodu bólu rąk, ramion i nóg, ale nigdy dlatego, że mieli trudności z oddychaniem. Mogli nawet swobodnie rozmawiać" – twierdził dr Zugibe. Czy Jezusowi pękło zatem serce? Za taką hipotezą miało przemawiać to, że gdy rzymski żołnierz przebił jego bok, wypłynęła „krew i woda", o czym wspomina ewangelista Jan. Na skutek pęknięcia lewej komory serca może dojść do wylania się krwi do worka osierdziowego, w którym umieszczone jest serce. Jest on zbudowany z dwóch błon surowiczych, które w czasie pracy serca ocierają się o siebie, dlatego między nimi znajduje się niewielka ilość płynu surowiczego, czyli owej „wody". Jak podkreśla prof. Sinkiewicz, przyczyna zgonu Jezusa była wieloczynnikowa, aczkolwiek każda z rozważanych możliwości również mogła doprowadzić do szybkiego zgonu. Jego zdaniem należy wziąć pod uwagę  również obecność krwistego płynu w jamie opłucnej, który powstał na skutek uszkodzenia klatki piersiowej podczas katowania Jezusa jeszcze przed ukrzyżowaniem. Skutkiem tego mógł być tzw. zespół mokrego płuca, objawiający się m.in. przyśpieszonym oddechem, dusznością, sinicą, obniżeniem stężenia tlenu i podwyższeniem stężenia dwutlenku węgla we krwi.

W pół drogi do śmierci

Jezusa biczowało dwóch żołnierzy, gdy był on przywiązany do niskiego słupa ugięty w pasie. Katowali oni całe jego ciało, głównie plecy, uda i łydki, oszczędzając jedynie głowę, podbrzusze i okolice serca, by uniknąć przedwczesnego zgonu. Zbyt zapalczywe biczowanie mogło bowiem doprowadzić do wytrzewienia jelit lub tzw. tamponady serca. Wytrzewienie to wydostanie się jelit na zewnątrz, co może się zdarzyć u chorych po operacjach z powodu nowotworu, gdy rozejdą się u nich rany pooperacyjne. Tamponada spowodowana jest przedostaniem się krwi lub innego płynu do jamy osierdzia. Jamy serca nie mają wtedy dostatecznie dużo miejsca, żeby napełnić się krwią podczas rozkurczu. Dochodzi wtedy do niewydolności serca (głównie prawej komory) i spadku siły wyrzutowej serca. Skutkiem tego jest wstrząs kardiogenny – zagrażające życiu silne niedokrwienie lub niedotlenienie tkanek narządów. Biczowanie w czasach rzymskich nie bez powodu określano mianem „w pół drogi do śmierci". Chodziło o to, żeby wyniszczyć ofiarę, ale zwieńczeniem tortur miało być ukrzyżowanie. Rzymscy oprawcy, którzy torturowali Jezusa, używali biczów o krótkiej rękojeści z rzemieni zakończonych kulkami metalowymi lub ostrymi kośćmi zwierzęcymi. Tak przynajmniej twierdzą badacze, którzy badali całun turyński i uważają go za wiarygodne źródło analiz. Prof. Pierluigi Bollone doszukał się ponad 600 różnych śladów ran na całym ciele „Człowieka z Całunu" i 120 śladów po biczu. Na tej podstawie, a także innych podobnych egzekucji, podejrzewa się, że rany zadane Jezusowi były zarówno powierzchowne, jedynie na skórze, jak i silnie krwawiące lub wypełnione osoczem oraz odsłaniające i głębokie aż do kości. Nie ma zatem przesady w tym, co Mel Gibson starał się pokazać w dość drastycznym filmie „Pasja". Biczowanie do tego stopnia masakrowało ciało, że było w stanie doprowadzić do uszkodzenia osierdzia oraz opłucnej, otaczającej płuca błony surowiczej, szczególnie narażonej na urazy. Przerwane naczynia krwionośne spowodowały krwawienia do jamy opłucnej i stanu zapalnego. Śmierć na krzyżu nie jest zatem jedynie artystyczną wizją męki i śmierci Chrystusa. Prof. Bollone twierdzi, że urazy powstałe u Jezusa w wyniku biczowania odznaczają się „takim realizmem, taką zgodnością z danymi archeologicznymi, i występują w takiej ilości, że stoją w wyraźnej sprzeczności z niezwykle ubogimi przedstawieniami artystów wszystkich czasów".

W stanie krytycznym

Z dużym prawdopodobieństwem można też odtworzyć drogę krzyżową Jezusa Chrystusa, bo podobną mękę często przeżywali skazańcy w czasach cesarstwa rzymskiego. Musieli oni dźwigać krzyż od miejsca biczowania aż na miejsce stracenia, które zwykle znajdowało się poza murami miasta. Błędne są jedynie przedstawienia męki Chrystusa ukazujące, jak dźwiga cały krzyż. Była to najczęściej umieszczona na karku belka poprzeczna, przywiązana rzemieniami, ważąca od 37 do 54 kg. Całego krzyża nie udźwignąłby żaden człowiek, bo był zbyt ciężki – mógł ważyć nawet 140 kg. Prawdą jest natomiast, że Jezus dźwigał krzyż od twierdzy Antonia na szczyt Golgoty, gdyż podobnie wyglądały inne egzekucje. Skazaniec niósł swój krzyż poza mury miasta, ale w takie miejsce, by było dobrze widoczne. Kalwaria, gdzie ukrzyżowano Jezusa, znajdowała się tuż za murem, blisko bram miasta. Obok były grobowce. Prof. Sinkiewicz uważa, że Jezus z powodu znacznej utraty sił wywołanej zadawanymi cierpieniami z dużym prawdopodobieństwem nie mógł sam nieść krzyża. Jego zdaniem już przed ukrzyżowaniem był w stanie krytycznym, uwzględniając utratę krwi, silne przeżycia i wielkie cierpienie fizyczne oraz brak snu, posiłku i jakichkolwiek płynów, co miało istotne znaczenie w gorącym klimacie śródziemnomorskim. Podejrzewa się też, że po biczowaniu mógł mieć odsłonięty splot barkowy, co jest wyjątkowo bolesne. Upadek spowodował też uszkodzenie lewego kolana, na co mają wskazywać ślady na całunie. Na miejscu kaźni przybito Chrystusa do krzyża, bo tak na ogół postępowano. Tylko w wyjątkowych sytuacjach skazańca przywiązywano do krzyża. Rzucano go na ziemię na wznak, tak jak to pokazał film „Pasja", i ramiona rozkładano wzdłuż przyniesionej przez niego belki, a potem przybijano go gwoździami o długości 11 – 18 cm i średnicy 1 cm. Niezgodne z prawdą historyczną są jedynie ikonografie chrześcijańskie przedstawiające Chrystusa z przebitymi śródręczami. Dłonie nie utrzymałyby ciężaru ciała, co wykazał m.in. Martin Hengel, teolog niemiecki, historyk religijny, badacz Nowego Testamentu. Znacznie bardziej nadawały się do tego przeguby rąk. Dlatego gwoździe przybijano w nadgarstki – między kości nadgarstka lub pomiędzy kością promieniową a kośćmi nadgarstka. Były one w stanie udźwignąć ciało człowieka przybitego do belki. „Gwóźdź przechodził przeważnie pomiędzy kośćmi i nie powodował złamań, ale samo uszkodzenie mocno unerwionej okostnej wywoływało ból nie do zniesienia. Wbijany gwóźdź mógł miażdżyć lub uszkodzić nerw pośrodkowy, powodując rozrywający ból obu ramion, porażenie części kończyny i niedokrwienne przykurcze" – uważa prof. Sinkiewicz. Gwoździe na ogół omijały jedynie tętnice promieniową i łokciową, dzięki czemu nie dochodziło do silnego krwawienia, a skazaniec nie wykrwawiał się przedwcześnie na śmierć. Miał przecież jeszcze pocierpieć. Stopy zwykle były przybijane do przedniej części krzyża. Nie były przybite jednym gwoździem, co też często widnieje na chrześcijańskich wizerunkach ukrzyżowania Chrystusa. Takie podejrzenie wysunął dr Nicu Haas z Wydziału Anatomii Uniwersytetu Hebrajskiego, gdy w 1968 r. na przedmieściach północnej Jerozolimy odkopano żydowski grobowiec ze szkieletem osoby w wieku 20 lat ukrzyżowanej kilkadziesiąt lat po Jezusie. Ponowne badania wykazały jednak, że gwóźdź, którym przybito jego stopy, miał 11,5 cm długości. Był zatem zbyt krótki, żeby przybić nim obie stopy. Dobrze pokazał to film „Pasja" Mela Gibsona. Hollywoodzki gwiazdor pomylił się jedynie w pewnych szczegółach ukrzyżowania Jezusa. Pokazał, jak rzymscy żołnierze obracają krzyż z już przybitym do niego Chrystusem i zaginają wystające po drugiej stronie gwoździe. Nikt tego raczej nie robił, bo po śmierci skazańca zdejmowano z krzyża, a gwoździe usuwano. Noszono je nawet jako amulet. Nie zmienia to podejrzeń, że przybicie stóp – podobnie jak nadgarstków – było wyjątkowo bolesne. Dokonywano tego najczęściej od przodu, wbijając gwoździe przez pierwszą lub drugą przestrzeń śródstopia. Kończyny były zgięte w kolanie i obrócone bokiem. Gwoździe mogły powodować uszkodzenia nerwu strzałkowego i gałązki nerwu podeszwowego, co wywołuje dolegliwości trudne dziś do opanowania nawet środkami narkotycznymi. Ból się jeszcze bardziej wzmagał przy każdej próbie poruszania ciałem dla nabrania w płuca powietrza.

Krzyk przed agonią

Zgon w następstwie ukrzyżowania zależał od stanu wyczerpania skazańca i ułożenia ciała. Większość badaczy podejrzewa, że trwał na ogół kilka godzin, najczęściej trzy – cztery, ale mógł się przedłużyć do kilku dni. Agonię skracało połamanie nóg poniżej kolan, gdyż ofiara nie mogła już wtedy podciągać się dla nabrania powietrza. Można powiedzieć, że był to swego rodzaju akt miłosierdzia dla skazańca, bo zgon mógł wtedy nastąpić w ciągu 10 – 15 minut. Prof. Sinkiewicz podejrzewa, że Jezus zmarł stosunkowo szybko, po upływie trzech – sześciu godzin od ukrzyżowania. Ale przede wszystkim właśnie dlatego, że był wyczerpany torturami i nie mógł zbyt długo oddychać. Tuż przed śmiercią Jezus wydał głośny okrzyk i zwiesił głowę, co uznano za objaw zgonu. Według prof. Sinkiewicza zwieszenie głowy może świadczyć o dodatkowej, nagłej przyczynie zgonu. Właśnie wtedy mogło dojść do pęknięcia ściany lewej komory serca z wylaniem się krwi do worka osierdziowego. Można też podejrzewać, że nastąpiło rozsiane krzepnięcie wewnątrznaczyniowe powodujące zaczopowanie naczyń wieńcowych serca drobnymi skrzeplinami, czego skutkiem był wtórny zawał serca. Zgodnie ze zwyczajem śmierć Chrystusa potwierdzono, przebijając włócznią jego bok, w następstwie czego z zadanej rany wypłynęły „krew i woda". Można być zatem pewnym, że takiej kaźni nie można było przeżyć. Mogło się to zdarzyć przy masowych egzekucjach, szczególnie wtedy, gdy dokonywano masowego ukrzyżowania skazańców (jak np. w 71 r. n.e. po stłumieniu powstania Spartakusa, gdy ukrzyżowano 6000 jego zwolenników). Najmniej prawdopodobne są spekulacje, że Jezus przeżył egzekucję.

Krwawy pot

Ukrzyżowanie było wyjątkowo okrutną śmiercią, której nie wymyślili starożytni Rzymianie. Oni jedynie udoskonalili i rozpowszechnili tę metodę egzekucji. Prawdopodobnie wywodzi się ona z Asyrii i Babilonu. Grecki historyk Herodot twierdził, że pierwsi wprowadzili ją Persowie. Król Dariusz po zdobyciu Babilonu w VI w. p.n.e. kazał przybić do krzyża 3 tys. mieszkańców. Podobnie postępował Aleksander Wielki. Na wybrzeżu Morza Śródziemnego ukrzyżował 2000 osób, które ocalały z oblężenia Tyru. Potem tę metodę zaczęli stosować Fenicjanie i Kartagińczycy, a następnie Rzymianie, którzy uczynili z ukrzyżowania narzędzie terroru w całym imperium. Józef Flawiusz, żydowski historyk, nazwał ukrzyżowanie jedną z „najbardziej wstrętnych ze śmierci". Z kolei Cycero w I w n.e. napisał, że „ze wszystkich kar ta przez ukrzyżowanie jest najbardziej okrutna i najbardziej poruszająca". Nic dziwnego, kara śmierci przez ukrzyżowanie budziła powszechny lęk. Bał się jej również Jezus. Świadczy o tym tzw. krwawy pot, jaki po Ostatniej Wieczerzy pojawił się na jego ciele podczas modlitwy w Ogrodzie Oliwnym. Łukasz pisze w swej Ewangelii, że „pogrążony w udręce jeszcze usilniej się modlił, a jego pot był jak gęste krople krwi sączące się na ziemię". Nie ma w tym żadnej przesady. Krwawy pot znany jest w medycynie jako haematidrosis, choć jest to rzadki przypadek, opisany w literaturze jedynie kilka razy. Tłumaczy się go tym, że na skutek przyśpieszonej akcji serca krwinki tłoczą się w naczyniach włosowatych i przenikają do gruczołów potowych. „Uważa się, że może być powodowany przez gwałtowny strach, niezwykle intensywne przeżycie psychiczne lub nadmierny wysiłek – twierdzi prof. Sinkiewicz. – Wzmagający się lęk przed czekającym cierpieniem i rychłą okrutną śmiercią oraz osamotnienie i silne przeżycie psychiczne spotęgowane opuszczeniem przez najbliższych mogły wywołać takie objawy u skazańca". W Judei ukrzyżowanie było powszechnie stosowane od 4 r. przed narodzinami Chrystusa. Karano w ten sposób zarówno niewolników, jak i tzw. buntowników. Po śmierci Heroda Wielkiego Rzymianie na karę śmierci przez ukrzyżowanie skazali 2 tys. osób. Kaligula pozwalał torturować i ukrzyżować Żydów w amfiteatrze w Aleksandrii. W 70 r. n.e. po oblężeniu Jerozolimy Tytus rozkazał, by codziennie zabijano na krzyżu 500 Żydów. Ukrzyżowanie zniósł dopiero cesarz Konstantyn Wielki w 337 r. n.e. Zstąpiono je wieszaniem na szubienicy, które przetrwało do czasów współczesnych. Dla chrześcijan ukrzyżowanie poza męką Chrystusa ma jeszcze inny, i to najważniejszy, wymiar – zmartwychwstania. „Dlatego miłuje Mnie Ojciec, bo Ja życie moje oddaję, aby je [potem] znów odzyskać. Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać" (J 10,17). Tekst z dodatku Plus Minus, kwiecień 2011
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA