fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Filmowa opowieść o genialnym niewidomym pianiście, który zdobył sławę, ale pozostał samotny

Rzeczpospolita
Postać fenomenalnego pianisty jazzowego, zmarłego tragicznie w wieku 29 lat, przypomni dziś TVP 2, prezentując o godz. 0.10 film „Esencja nastroju” Roberta Kaczmarka.
To opowieść o genialnym niewidomym muzyku, o tragedii człowieka, który nie umiał poradzić sobie z życiem, a także o atmosferze lat 60. i początku 70. ubiegłego stulecia. Każdy z tych wątków jest równie fascynujący.
Mieczysława Kosza wspominają przyjaciele oraz muzycy. Można też posłuchać wypowiedzi samego artysty z obszernego wywiadu radiowego. Są fragmenty występów oraz nagrań. Nie zachowało się ich wiele, bo jego kariera jazzowa trwała niespełna siedem lat.
Kiedy jednak dziś słucha się, jak grał, łatwo zrozumieć, dlaczego zdobył uznanie w Austrii czy na festiwalu w Montreux, gdzie spotkał się też ze swym idolem Billem Evansem. Amerykański artysta zainteresował się młodym polskim pianistą i zaprosił na lunch. – Kiedy zorientował się, że Mietek nie zna angielskiego, a ja jedynie dukam, po prostu zajął się posiłkiem – opowiada perkusista Sergiusz Perkowski, który grał z Koszem w Montreux.Mimo wyraźnej fascynacji Evansem był niepowtarzalną indywidualnością. Słychać to nadal w jego lekkiej i naturalnej grze, w odważnych i nowatorskich improwizacjach. – Z nim mogłem realizować marzenia – wspomina kontrabasista Bronisław Suchanek.
W muzyce Kosza był jednak tragizm, czego chyba nie potrafili dostrzec koledzy. Cieszyli się swobodą, jaką jazz uzyskał w Polsce w latach 60. Grywano go w filharmoniach i klubach, przy nim tańczono, a muzycy byli otoczeni atrakcyjnymi dziewczynami.
Pozornie szczęśliwy był też Mieczysław Kosz, w rzeczywistości nie potrafił uporać się z traumatycznymi przeżyciami. Urodził się w wiosce Antoniówka koło Tomaszowa Lubelskiego, jako dziecko stopniowo zaczął tracić wzrok. Ojciec uważał go za nieudacznika i nie chciał wyłożyć pieniędzy na operację, która mogła być ratunkiem dla chłopca. Skończył jednak szkołę muzyczną dla niewidomych oraz średnią szkołę muzyczną w Krakowie i szybko zdobył uznanie.
Występy i trasy były jego żywiołem, ale gdy wracał do wynajętego pokoju w Warszawie, odczuwał przeraźliwą samotność i wrogość miasta, którego nie był w stanie poznać. Przejmująco o tym opowiada w radiowym wywiadzie. Ratunku szukał w alkoholu.
Film nie przynosi jednoznacznej odpowiedzi, czy w końcu popełnił samobójstwo, w maju 1973 r., czy też przez przypadek wypadł przez okno. – W jego życiu była ekstaza i udręka i on to przerwał – mówi tylko dawny działacz jazzowy Jan Byrczek.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA