fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Styl życia

Talony pod choinkę

Rzeczpospolita
Kiedy na billboardzie pojawia się Śnieżynka w stringach, a Rudolf zakłada czerwony nos na gumce, kiedy w autobusie do twoich pleców przywiera zmęczony mężczyzna po śledziku – to widomy znak, że święta blisko
W tym roku z długiej listy niezbywalnych atrybutów świąt zniknie karp. Nasze wegetariańskie dzieci poprosiły grzecznie o amnestię dla ryby, a ja przystaję na to z ochotą – nigdy nie lubiłam patrzeć w zmętniałe, wyłupiaste oko.
Atmosfera świąt to sekwencja następujących po sobie zapachów. Najpierw pasta do podłóg i krochmal. Potem suszone śliwki, grzyby, piernikowe korzenie, makowe mleko, pomarańcze. Igliwie, żywica, świece i swąd sztucznych ogni. Wreszcie ledwo wyczuwalna woń opłatka, zapach śniegu i świątecznej prasy, którą obłożeni, wylegujemy się do późna…Wypisałam na kartce wszystko to, co w Świętach lubię, i to, czego nie lubię. A więc: nie lubię sprzątania. Ale lubię, kiedy posprzątane. Nie lubię gotowania. Ale jestem dumna, że oto ugotowałam coś bez benzoesanu sodu i aromatu identycznego z naturalnym. Nie lubię zamiatania pod choinką. Ale lubię żywiczny zapach w domu. Nie lubię kupowania prezentów. Ale lubię obdarowywać. I stanowczo lubię ten rzadki świąteczny moment, kiedy wyciągamy pudła gier planszowych i rżniemy w nie do późnej nocy z dziećmi.
Fajne w świętach jest i to, że stanowią powszechną, narodową abolicję od naszych zawodowych grzechów. Codziennie zasuwamy jak chomik w kołowrotku, oddając firmie trzecią część naszego życia, po czym, mniej więcej z chwilą pojawienia się pierwszej choinki w supermarkecie – chomik wolniej przebiera łapkami, kołowrotek zwalnia. Oszczędzamy siły na wyczerpującą galopadę po sklepach i przedświąteczny aerobik na suknach do podłóg. Ale nasze grzechy są nie tylko zawodowej natury… Święta sprzyjają staroświeckim rozrywkom. Opasuję moją feministyczną talię bawełnianym fartuchem – tym symbolem ciemiężonej kobiecej wolności – i przez tydzień udaję gospodarną i zręczną niewiastę. Piekę pierniczki. Lukruję skrzydła aniołom. Sklejam łańcuchy z kolorowego papieru. Czyszczę platery. Krochmalę obrusy. Kręcę piruety froterując podłogi. W radiu mruczy Rod Stewart – chudy Santa Claus. I czasami tylko dreszcz zgrozy przebiegnie mi po plecach, kiedy sobie przypomnę, że nie kupiłam prezentów dzieciom!!! Listy do Świętego Mikołaja od miesiąca wiszą na lodówce, a jego damska (i świecka) blond personifikacja, wsparta na szczotce do podłogi, kombinuje, jak by odsunąć bolesny moment zakupów, nieodmiennie związany z poczuciem winy. Bo kupujemy dzieciom wszystkie te tandetne skarby, jakie przepisały z katalogów prezentowych. I tylko jednej upragnionej rzeczy nie znajdą pod choinką. Naszego czasu. I naszej uwagi. Ta potrzeba jest jak rosnący debet na koncie rodzinnych relacji, a karne odsetki ciągle rosną. Raz po raz wykrzykujemy – „jutro”, „po niedzieli”, „nie teraz”, „jak skończę tę robotę”... Aż przychodzą Święta – pora rachunku sumienia. W książce Ewy Nowak „Lisia” (adresowanej do dziesięciolatków) jest opisana rodzina, w której z okazji urodzin, imienin, świąt – dzieci dostają od rodziców talony. Talony mają swoją wartość i okres przydatności do spożycia. Można je zamienić na wspólną wycieczkę, wyprawę do kina, zoo czy choćby wieczór spędzony na grze w pchełki. Kiedy dziecko zechce talon zrealizować – rodzice mają obowiązek zrobić wysiłek i odłożyć na później niecierpiące zwłoki sprawy służbowe, pranie, bilans roczny i mycie auta… Ach, gdybyż taki talon rodzice dołączali do każdego pstrokatego pudła z kokardą, jakie stawiają pod choinką! Joanna Olech, publicystka, ilustratorka, autorka książek dla dzieci, m.in. „Czerwonego kapturka”, „Dynastii Miziołków”, „Pompona w rodzinie Fisiów”
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA