fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Mission Impossible 4. Recenzja filmu z Tomem Cruisem

Mission Impossible: Ghost Protocol
UIP
Gwiazdor znów ratuje świat. Ale w "Mission: Impossible – Ghost Protocol" po raz pierwszy robi to naprawdę z humorem – pisze Rafał Świątek
Agent Ethan Hunt tym razem jedzie do Moskwy, gdzie ma zdemaskować szaleńca, który chce wywołać wojnę atomową. Jego tożsamość skrywają kremlowskie archiwa. Hunt przenika na Kreml, ale wpada w pułapkę. Siedziba rosyjskich carów zostaje zniszczona w zamachu bombowym, a Hunt oskarżony o przeprowadzenie ataku. Aby nie dopuścić do nuklearnego konfliktu między Stanami i Rosją, agent tropi zamachowca po świecie: od Dubaju przez Bombaj po Nowy Jork. Zobacz galerię zdjęć
Lider supertajnej sekcji IMF walczącej z wrogami USA Ethan Hunt narodził się w latach 90., gdy Tom Cruise mógł w Hollywood wszystko. Zamarzył sobie wówczas, że będzie drugim Bondem. Smoking komandora Jej Królewskiej Mości był na ego gwiazdora za ciasny, dlatego zdecydowano się na przygody innego agenta, zainspirowane serialem z przełomu lat 60. i 70. Cykl kinowy miał jednak przede wszystkim potwierdzić status Cruise'a jako półboga popkultury, a nie składać hołd telewizyjnemu pierwowzorowi.
Udało się połowicznie. Filmy z Huntem przynosiły imponujące zyski, dopóki Cruise uchodził za złotego chłopca Hollywood. Potem widzowie stracili zainteresowanie "Mission: Impossible", a przygody grupy IMF zaczęły głównie obnażać wady gwiazdora: nieustanne samozadowolenie, brak dystansu do siebie i konwencji, a także świadomości, że w kinie szpiegowskim minął czas superbohaterów.
W tej sytuacji realizacja czwartej części "Mission: Impossible" wydawała się samobójstwem. Zwłaszcza że Cruise, choć dobiega pięćdziesiątki, nadal pragnie popisywać się akrobatycznymi wygibasami, jakby chciał udowodnić, że nie dotyczy go upływ czasu. Oglądając film, widzimy wszakże, że coś zrozumiał. Sprawne żonglowanie schematami kina akcji już nie wystarczy. Aby przyciągnąć publiczność, trzeba jeszcze odrobiny nostalgii i sporo pastiszowego humoru.
Dlatego nad "Mission: Impossible – Ghost Protocol" unosi się duch lat 60. Powracają stare motywy i strachy (wojna atomowa między mocarstwami, makiaweliczny czarny charakter próbujący zdestabilizować światowy pokój), jakby wpływu na popkulturę nie wywarł atak 11 września 2001 roku.
Ten katalog chwytów retro potraktowano z komiksowym przymrużeniem oka. Za utrzymanie tempa i odpowiedniej tonacji odpowiedzialny jest reżyser Brad Bird – dotychczas twórca oscarowych animacji studia Pixar (m. in. "Iniemamocni"). To on wraz ze scenarzystami dba, by każda spektakularna i budująca napięcie scena – jak wybuch na Kremlu, wspinaczka po najwyższym wieżowcu świata w Dubaju lub pościg w burzy piaskowej – była skontrowana ironicznym żartem.
W efekcie śmiech, gdy Cruise paraduje po Kremlu w generalskim mundurze z doklejonym sumiastym wąsem, przechodzi w podziw dla fantazji i sprawności twórców, którzy chwilę później z rozmachem wysadzają słynny budynek.
Na takie triki nie mógł sobie w czasach zimnej wojny pozwolić James Bond. Cruise pokazał, że znów może wszystko.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA