fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wybory parlamentarne 2011

Grywalizacja po polsku – nudno i siermiężnie

PO wrzuciła do sieci rozgrywkę wyścigową „Platformuła”
Archiwum
Jerzy Haszczyński
Grywalizacja. Politycy agitują w sieci. – Ale treści nie są interesujące, a fabuły gier nie wciągają – oceniają eksperci
Wrocławski poseł PO Michał Jaros właśnie udostępnił specjalną aplikację na telefony komórkowe. Każdy, kto ją pobierze, ma na bieżąco informacje o tym, co robi walczący o reelekcję Jaros, może też w każdej chwili skomentować te działania lub zasugerować, co jeszcze zrobić powinien. – Podobną aplikację na telefon miał w swej kampanii Barack Obama – podkreśla polityk.
30-letni Jaros to weteran internetowych kampanii. Cztery lata temu wszedł do Sejmu z 17. miejsca. Zmobilizował 120 wolontariuszy, którzy aktywnością na forach i serwisach społecznościowych potrafili przekonać do niego blisko 5000 wyborców.

„Kampania buraczana" i konkurs Gowina

Jeszcze wiosną wyborców mobilnie zaatakował sztab PSL. Ludowcy rozsyłali esemesy z kodem. Szansę na kolację z Waldemarem Pawlakiem albo wycieczkę do Parlamentu Europejskiego miał ten, którego największa liczba znajomych odesłała kod do PSL.
Z co najmniej kilkunastoma fanami z Facebooka taką kolację zjadł już poseł Jarosław Gowin z PO. To ci, którzy wygrali konkurs wiedzy o pośle, ale także nowi internauci, którzy polubili Gowina na tym portalu społecznościowym. Niemal 13 tys. zawodników wystartowało w „Platformule", grze online udostępnionej przez PO. Można w niej stać się na chwilę Jarosławem Kaczyńskim, który ze Zbigniewem Ziobrą przemierza czołgiem tor wyścigowy, strzelając do przeszkód kotami, albo Donaldem Tuskiem, który jedzie bolidem F1 i rozpędza przeszkody w postaci agenta Tomka, ojca Rydzyka czy kibiców, kopiąc w nich piłką. Można również zagrać postaciami Waldemara Pawlaka, Antoniego Macierewicza i Grzegorza Napieralskiego. SLD po blamażu PKP wrzucił do sieci grę, w której do pociągu trzeba upchnąć pasażerów. Na dworcu panuje chaos, pociąg niespodziewanie odjeżdża albo nie rusza z powodu awarii. Po przebrnięciu każdej z kilku prób minister infrastruktury Cezary Grabarczyk melduje premierowi sukces. Do tej pory grę poleciło ponad 1800 osób, a ponad 4,5 tys. zagrało w nią i wręczyło wirtualne kwiaty ministrowi. „Kampania buraczana" to gra PSL-owskiego kandydata do Sejmu Andrzeja Kopcia. Rozgrywka zaczyna się monologiem posła PiS. Wygłasza z mównicy słynny tekst, że „chłopy zwariowały". Potem należy trafiać w niego burakami. Na końcu pojawia się baner wyborczy Kopcia, który „sprzeciwia się polityce obrażania". Ale „Platformuła" czy gierka SLD nie są pierwszymi, które pojawiły się w Internecie. Prekursorem tego rodzaju marketingu w kraju był poseł PO Tadeusz Aziewicz. W 2009 roku, gdy Platforma zdecydowała, że działacze mają zaktywizować się w Internecie, zamieścił grę, w której „Super Aziewicz" walczy z ZUS, wysokimi podatkami, komunistami i białoruską mafią. Przed ostatnimi wyborami prezydenckimi pojawiła się gra „Bronek Hunt". Postacią Bronisława Komorowskiego zabijało się zwierzęta. Polityczny kontekst miała również gra „Obrońcy krzyża", w której gracz wcielał się w moherową babcię. Zadanie było proste – nie dopuścić do przejęcie krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Wzór przyszedł z USA. To tam w 2008 r. zrodził się pomysł wykorzystania gier w kampanii politycznej. Wówczas można było pograć w „Super Obama World" (wzorowanej na kultowej grze Super Mario Bros) czy „McCain v. Obama", gdzie zdobywało się stany, które potem zagłosują na gracza. Na Obamie wzoruje się poseł Jaros, który podkreśla, że jest pierwszym polskim politykiem i jednym z niewielu w Europie, którzy uruchomili własne aplikacje na telefon. Ten pomysł chwali dr Dariusz Tworzydło, ekspert ds. public relations: – Aplikacja może kusić użytkowników do jej wypróbowania. Paweł Tkaczyk, ekspert z dziedziny social marketingu i autor książki o grywalizacji, czyli sposobie motywowania do określonych zachowań za pomocą mechanizmów znanych z gier komputerowych, uważa, że Jaros jest na początku drogi. – To nie wyborca ma poszukiwać informacji, tylko informacja jego – zaznacza. Jego zdaniem problem tkwi nie w formule kontaktu, lecz głównie w treści przekazu. – Poseł, w przeciwieństwie do Obamy, nie wprowadził elementów, które miałyby motywować jego wyborców do zarażania Jarosem swych znajomych – zauważa.

Zdjęcia z nasiadówki nie wystarczą

Tkaczyk, który analizuje działania polityków w sieci, zaobserwował, że do lamusa odchodzą wyskakujące na stronach reklamy typu pop-up (otwierające się okienka) czy e-mailing. Teraz obowiązkowa formuła to filmiki w serwisie YouTube (na ten typ kampanii w sieci postawił PJN) czy aktywność na serwisach społecznościowych. Jednak za sposób wykorzystania ich z punktu widzenia motywowania wyborców pochwaliłby tylko garstkę polityków. – Świadomość, że w Internecie trzeba funkcjonować, czy to pisząc bloga, czy tworząc fanpage w serwisach społecznościowych, mieć kanał na YouTubie, to zwłaszcza dla kandydatów z drugiego szeregu oczywistość – mówi Tomasz Skupieński, ekspert od marketingu politycznego w Internecie i szef serwisu społecznościowo-informacyjnego HaloLodz. pl. On także załamuje ręce nad pomysłami na kierowany do wyborców przekaz. – Pomijam fakt, że wielu polityków aktywizuje się tuż przed kampanią, ainternauci natychmiast rozszyfrowują intencję – opowiada. – Gorzej, że politycy dodatkowo ich w tym utwierdzają: zamiast ciekawie sformułowanego tematu prowokującego dyskusję, wrzucają drętwe informacje z różnych nasiadówek i równie „porywające" zdjęcia robione komórkami. Wystarczy popatrzeć na liczbę osób, które skomentowały taki polityczny spam. Tysiące fanów na profilach społecznościowych kandydatów nie generują tam żadnego ruchu. Według ekspertów grywalizacyjne pomysły, takie jak esemesowa akcja PSL czy polityczne gry online, pokazują, że nawet najmodniejszy trend może prowadzić w ślepy zaułek. Skupieński wytyka, że baza zebrana esemesowo przez ludowców jest kompletnie niewykorzystana. Ale być może wszyscy, którzy nie doczekali się informacji o kolacji z prezesem Pawlakiem lub zaproszenia na wycieczkę do Brukseli (strona konkursowa PSL zniknęła w ogóle z sieci), dostaną wiadomości z zachętą do głosowania na ludowców w ostatnich dniach kampanii. Tkaczyk dodaje, że nawet takie nowatorskie zabiegi, jak konkursy Gowina, „Platformuła" czy kolejowa gra SLD, to tylko zalążki prawdziwej grywalizacji. – W pomysłach albo brak fabuły, która spowoduje, że wciągnięci w grę internauci będą chcieli podjąć kolejny wysiłek, wejść na kolejny poziom, byliby gotowi w efekcie zrobić coś na korzyść kandydata – punktuje ekspert. Krytykuje pomysły za nachalną narrację, ale przede wszystkim za brak związania ich z serwisami społecznościowymi. – Klastryzują się, czyli funkcjonują w zamkniętym kręgu, zamiast randomizować grupę, przyciągać nowe osoby – wyjaśnia. – Grywalizacja to jednak kompletnie nowe zjawisko, błędy będą na pewno eliminowane. Tomasz Skupieński zwraca uwagę na efektywność i przywołuje skuteczność, z jaką Radosław Sikorski kilkakrotnie za pomocą kontrowersyjnych stwierdzeń na Twitterze potrafił trafić do najważniejszych mediów. Jego zdaniem na drugim biegunie jest to, czym politycy chwalą się przede wszystkim, czyli liczba fanów na portalach społecznościowych. – Janusz Korwin Mikke ma ich aż 68 tys., Waldemar Pawlak – 50 tys., ale żadne wirtualne wydarzenie na ich profilach nie spowodowało, że zaistnieli w tradycyjnych mediach – zauważa. Być może jest tak dlatego, że w ogromną moc wyborczą sieciowych narzędzi powątpiewają nie tylko eksperci, ale i sami politycy. Odpowiedzialna za kampanię internetową w PO Agnieszka Pomaska stwierdziła, że Internet będzie w tych wyborach przełomowym narzędziem mobilizującym wyborców, ale wszystko zdecyduje się w tradycyjnych mediach. masz pytanie, wyślij e-mail do autora: j.kalucki@rp.pl
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA