fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Danis Tanovic o swoim nowym filmie Cyrk Columbia

Miki Manojlović jako Divko, który dorobiwszy się w Niemczech, powrócił do Hercegowiny
VIVARTO
Oscarowy reżyser z Sarajewa Danis Tanović opowiada Barbarze Hollender o swoim nowym filmie "Cyrk Columbia". Od piątku w kinach
Czytaj recenzję "Cyrku Columbia"
Po zdobyciu Oscara za "Ziemię niczyją" mieszkał pan i pracował w Paryżu.  Dlaczego po kilku latach wrócił pan do Sarajewa? Zobacz fotosy z filmu
Danis Tanović: Bo artysta najpełniej może się wypowiedzieć we własnym języku.
"Cyrk Columbia" to także  powrót do dzieciństwa i młodości. I do czasu wojny.
Kiedy przeczytałem opowiadanie Ivicy Djikicia, wszystko wydało mi się w nim bliskie. Znałem takie historie i takich ludzi. Zanim wybuchła wojna, byłem jak młody bohater "Cyrku...". Ale dostrzegłem też siebie w ojcu wracającym po latach w rodzinne strony. I w merze, który mówi: "Mur berliński upadł, teraz trzeba pchać z drugiej strony". Djikić pozwolił mi zresztą dodać do swojej opowieści wiele szczegółów. Miałem przecież własne wspomnienia z tamtego czasu.
Jak pan zapamiętał początek wojny?
Studiowałem wtedy reżyserię i którejś nocy pomagałem przyjacielowi montować jego szkolną etiudę. Rano usłyszałem: "Jest wojna!". Przeżyłem szok. Jak mogłem nie zauważyć zbliżającego się kataklizmu? Ale czy w środku Europy, po doświadczeniach XX wieku, można było wziąć poważnie słowa: "Jutro zacznie się piekło. Miasto będzie oblężone przez kilka lat"?
Jak pan wtedy zareagował?
Tak jak wielu innych. Nie zdawałem sobie sprawy, że ta wojna zabierze mi kawał życia. Myślałem: "Chryste, to pewnie będzie trwało z tydzień". Ale miesiąc? Wiele miesięcy? Wiele lat? Niemożliwe. Nigdy nie zapomnę, gdy pierwszy raz w życiu dostałem broń. Walczyłem przez dwa lata. Dużo za długo.
Gdyby miał pan jeszcze raz wziąć do ręki karabin,  zrobiłby pan to?
Dzisiaj nie byłoby to już takie proste. Dla dwudziestolatka bez zobowiązań wszystko jest łatwiejsze. Kiedy rodzą się dzieci, człowiek czuje się za nie odpowiedzialny i uczy się bać. A w 1992 roku byłem pewny, że wojna nigdy się nie przydarzy. A jednak się przydarzyła. Od tej pory wiem, że nigdy nie wolno mówić "nigdy".
Gdyby ktoś panu powiedział, że około trzydziestki dostanie pan Oscara, też by pan chyba nie uwierzył?
Pewnie, że nie. A jednak go mam.
Dlaczego nie poszedł pan za ciosem i nie przyjął jednej z wielu amerykańskich propozycji?
Nie rozumiałem Stanów. Czułem się Europejczykiem, więc postanowiłem zostać w Paryżu. Chciałem kręcić film z Monicą Bellucci. Pewnie by się udało, ale ona zaszła w ciążę i musieliśmy ten projekt odłożyć.
Po powrocie do kraju założył pan partię polityczną. Myśli pan, że intelektualiści powinni angażować się w politykę?
Ktoś powiedział: "Nie  jestem odpowiedzialny za zbrodnie, które się  wydarzyły w moim kraju. Ale wobec historii jestem odpowiedzialny, że się zdarzyły". Chciałem zmienić Bośnię. Tu nikt nie słucha niezależnych intelektualistów. U nas trzeba należeć do grupy. Dlatego ci, którym udało się zrobić rozmaite kariery, postanowili się zrzeszyć.
Nie jestem politykiem, potraktowałem tę działalność jako pewien rodzaj służby społecznej. Jadę do wiejskiej szkoły i rozmawiam z uczniami. Robię to, żeby nie wybuchła kolejna wojna, bo wiem, jak niepostrzeżenie się to staje. Nacjonaliści nadal są groźni. Ktoś, kto stale ci powtarza, że jesteś lepszym człowiekiem tylko dlatego, że jesteś Chorwatem, Bośniakiem albo Serbem, w każdej chwili może wzniecić iskrę. Podziały w naszym rejonie są stale ogromne. W "Cyrku Columbia" też chciałem powiedzieć: "Popatrzcie, można żyć razem". Dla mnie nie ma różnicy, do jakiego Boga się ktoś modli. Szanuję różnice religijne, kulturowe. Nawet na planie byliśmy niezłą zbieraniną. Miki Manojlović mieszka na co dzień w Belgradzie i Paryżu, Mira Furlan – w Hollywood, Milan Strljić w Splicie, Jelena Stupljanin w Nowym Jorku, Boris Ler w Sarajewie.
A wszyscy wystąpiliście pod flagą bośniacką, choć chyba niełatwo w pana ojczyźnie robić filmy.
A gdzie łatwo? Gospodarka znów idzie w dół, więc nikt się nie spieszy z dawaniem pieniędzy na kino. Bośnia na dodatek ma niecałe 4 mln mieszkańców. Nigdy nie mieliśmy w Bośni producentów, ale na szczęście byli ludzie, którzy chcieli robić filmy i często im się to udawało. Dla mnie nie kamery są ważne, lecz talenty twórców, dobre książki i scenariusze, ferment intelektualny.
Koprodukcje są rozwiązaniem?
Tak. I nie tylko z powodów finansowych. Trzeba mieć naprawdę dobry scenariusz, wznieść się na wyżyny, żeby przekonać Niemców, Francuzów, Włochów, że możesz zrobić interesujący film. Tak naprawdę nie ma znaczenia, gdzie się filmy kręci. Hollywood, Bollywood, Paryż, Warszawa, Sarajewo... Ważna jest dobra historia.
Kino, praca społeczna, polityka. A jeszcze żona i pięcioro dzieci! Kiedy znajduje pan na to wszystko czas?
Moje życie od dwóch lat jest kompletnie szalone. Jestem chyba jedynym facetem z Oscarem i Złotym Globem, który ma więcej dzieci niż filmów. Ale może tak właśnie jest dobrze, bo wszystko nabiera właściwych proporcji. Człowiek nie buja w obłokach. A kino? Jest dla mnie czymś w rodzaju psychoterapii. I mam nadzieję, że komuś jeszcze moje filmy się przydadzą.
rozmawiała Barbara Hollender
Danis Tanović
reżyser, scenarzysta, kompozytor
Zanim został reżyserem, był studentem inżynierii i konserwatorium muzycznego. Dotychczas nakręcił cztery filmy, jego "Ziemia niczyja" (2001) to jeden z najlepszych filmów o przyczynach i piekle wojny na Bałkanach. A "Piekło" (2005) na podstawie scenariusza Krzysztofa Piesiewicza – to hołd dla twórczości Kieślowskiego.
*****************************************************************************************************************
Recenzja filmu
W "Ziemi niczyjej" Danis Tanović, portretując żołnierzy w jednym okopie, opowiedział o istocie wojny na Bałkanach. W "Cyrku Columbia" pokazał czas, który ją poprzedził.
Bohater filmu, Divko, w 1991 r. wraca do miasteczka na południu Hercegowiny po latach pobytu w Niemczech. Jugosławia zaczęła się rozpadać. Żona nie chciała z Divkoiem  wyjechać z kraju, teraz on jest górą:  przyjeżdża mercedesem, z młodszą  o 40 lat narzeczoną. Zamożny, pewny  siebie, staje się w miasteczku figurą. Eksmituje z mieszkania byłą żonę, nowej kobiecie kupuje zakład fryzjerski. Zaczyna układać stosunki z synem, którego nigdy nie znał. Ale pieniądze to nie wszystko. Divko jest kompletnie samotny, jego największą miłością jest kot. A przeszłość też nie daje się wymazać z pamięci.
Tanović tworzy klimat narastającego niepokoju i zagrożenia. Nad sennym miasteczkiem wisi już wojna, czuje się narastające antagonizmy. Mało kto jeszcze wierzy, że może zacząć się walka,  ale sytuacja zmusi bohaterów do określenia swojego stosunku do świata, ojczyzny, bliskich, samych siebie.
Ciekawy film, opowiedziany z humorem i odrobiną nostalgii. Ale saga rodzinna nieco rozmyła opowieść o historii, a w happy end trudno uwierzyć.
Barbara Hollender
 
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA