fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Tenis

Najważniejsze to być

Na ekranie telewizora korty Rolanda Garrosa wyglądają okazale i nowocześnie. Ten sam obiekt od środka, z perspektywy biura prasowego czy kabin komentatorskich, razi ciasnotą i bałaganem.
Kilka lat temu dziennikarskie zaplecze wydawało mi się w sam raz. Dziś straciło przepustowość niczym paryskie ulice w godzinach szczytu. Podjęta w lutym decyzja o rozbudowie całości i modernizacji głównego stadionu była rzutem na taśmę. Po kilku dniach spędzonych w plątaninie kabli, bez skrawka wolnego miejsca na pulpicie, z monitorami, na których nic nie widać, bo słońce wali po oczach, z dźwiękiem niepasującym do piłki odbijanej na korcie mogę jedynie gorąco przyklasnąć planom gospodarzy.
Znajomy z kortu przybiegł zapytać o wrażenia z tenisowego Paryża. Miał ogień w oczach, był myślami przy decydujących meczach turnieju. Mnie akurat tuż po powrocie tkwiła w głowie nie tyle walka Rafaela Nadala z Rogerem Federerem czy Na Li z Francescą Schiavone, ile ta zakulisowa szarpanina z krnąbrną telewizyjną techniką.
 
Po kilku dniach spotkaliśmy się na innej rozmowie i doszliśmy wspólnie do innych wniosków.
Nie ma znaczenia, czy na stadionie siedzisz mniej czy bardziej wygodnie, najważniejsze, żebyś tam bywał. Jeśli to możliwe, w miarę regularnie albo przynajmniej od czasu do czasu. Staliśmy się dziś my, kibice tenisa, przede wszystkim zatwardziałymi telewidzami. Seryjnie oglądamy turniejowe pojedynki pokazywane na szklanym ekranie i jest to z jednej strony ogromna wygoda i nasz atut, z drugiej jednak gigantyczne zubożenie wrażeń.
Niesamowity mecz półfinałowy Novaka Djokovicia z Rogerem Federerem uświadomił mi, jak ważne jest odświeżanie naocznych tenisowych przeżyć. Kamera telewizyjna to genialny wynalazek, ale marnie oddaje czasoprzestrzeń, czyli to, co akurat dla tenisa najistotniejsze. Patrząc bez przerwy na ekran, gubimy proporcje i podstawowe wymiary, źle oceniamy siłę i szybkość, wskazanie, gdzie wylądowała piłka, to duży dla nas problem. Spojrzenie na akcję bezpośrednio z trybun, wykorzystanie trzeciego wymiaru sprawia, że takie kłopoty znikają, a wrażenia są bardziej pogłębione.
Wyjazd na Wielki Szlem to u nas wciąż poważne, kosztowne przedsięwzięcie. Ze znajomym umówiliśmy się więc na wypad w lipcu do Sopotu, na challengera ATP. Impreza mniejsza, ale skala wrażeń przecież bardzo podobna.
Autor jest komentatorem Eurosportu
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA