fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Czas przypomnieć Leszka Płażewskiego

Może przyszedł już czas, aby przypomnieć opowiadania Leszka Płażewskiego?
 
Na samym początku tego roku zmarł Leszek Płażewski, prozaik, autor kilku tomów opowiadań i krótkiej powieści. Był na pewno jednym z najbystrzejszych obserwatorów życia w PRL.
Jego debiut to wydany przez Iskry w 1964 roku zbiór opowiadań „Ktoś za drzwiami". Potem były „Cudowne dzieci", „Szklany bokser", krótka powieść „Kilka jesiennych dni" i znów zbiory opowiadań, m.in. „Mrówki faraona" i „Niedziela Barabasza". Na skrzydełku okładki „Szklanego boksera" napisano: „Autor, posługując się oszczędnymi środkami wyrazu, daje sugestywny obraz środowisk z peryferii wielkomiejskich, ze szczególnym uwzględnieniem życia młodzieży".
Myślę, że proza Leszka to nie tylko „sugestywny obraz środowisk z peryferii wielkomiejskich". Jest w jego opowiadaniach opis losów ludzkich – ludzi żyjących w czasach Gomułki i Gierka, w Polsce Ludowej. Obraz codzienności, borykania się z życiem, a także – niewypowiadane wprost pytanie o sens życia. To pytanie, które w każdym autentycznym pisarstwie jest obecne.
Z tytułowego opowiadania, z pierwszego tomu „Ktoś za drzwiami", pozostaje w pamięci postać robotnicy, matki dwunastoletniego chłopca, która obsesyjnie boi się, że rozwiedziony mąż – „mściwiec", jak mówi o nim – zabierze syna. Żart, jaki robią kobiecie pracujące przy taśmie produkcyjnej koleżanki robotnice i dwaj młodzi z kantorku obok – jest niby niewinny. Wywołują telefonem kobietę do portierni, gdzie rzekomo czeka na nią były mąż – „mściwiec".
Czytając, jakbyśmy patrzyli na krótki film dokumentalny – widzimy obraz życia tych ludzi, przeżywamy dramat kobiety, ludzką chęć dokuczenia, zabawienia się kosztem innego człowieka. To przejmujące opowiadanie napisał debiutant – zaledwie dwudziestoparoletni, młody człowiek. Poznał już życie ludzi, w takich, jak opisana, fabrykach. Zmieniał zawody. Był sportowcem – bokserem. Jeździł po Polsce.
W tytułowym opowiadaniu przedostatniego bodajże zbioru „W towarzystwie szczura", książki wydanej w 1988 roku, Heniutek, frezer, „chłop duży, niemal dwumetrowy, czarniawy, w wieku pięćdziesięciu lat" – domaga się od pryncypała, aby w piwnicy, w której pracuje, zainstalował piecyk. Jest jesień, zimno, Heniutek marznie, ale piecyka nie może się doprosić. Na domiar złego w piwnicy pojawia się szczur.
Ten piecyk, pobyt Heniutka w knajpie i pojawienie się szczura: oto znów krótki film, w którym wszystkie szczegóły, realia, tło, pamiętamy z czasów „realnego socjalizmu". Są opisane wiernie – nie mamy wątpliwości, że taki właśnie człowiek jak dwumetrowy Heniutek żył wtedy, pracował w prywatnym warsztacie i że z chwilą zainstalowania piecyka mógł poczuć się szczęśliwy.
To krótkie studium samotności zostało napisane dzięki – danej, jak się zdaje, nielicznym – empatii. Leszek na pewno potrafił zrozumieć, przeżywać i znaleźć się w sytuacji ludzi, których opisywał. Trudno też nie wspomnieć o tym, jak wiernie w jego opowiadaniach przedstawiony jest świat, w jakim żyliśmy przez bez mała pół wieku – świat PRL. Wszystkie paradoksy, śmieszne zachowania ludzkie, ale także jakaś towarzysząca temu wielka bezsilność. Ten cały świat, stojący na głowie, jest w jego opowiadaniach obecny.
W opowiadaniu „Kolejka", jednym z najlepszych opowiadań Leszka, napisanym w czasie stanu wojennego, powracamy do absurdów tamtego okresu. Do kolejek stojących dniem i nocą przed sklepami mięsnymi i tymi z reglamentowaną wódką – do tamtej atmosfery, typów ludzkich. Przeżywamy tę przedziwną sytuację, w jakiej znalazł się narrator, który zamiast – w miarę upływu godzin – być coraz bliżej sklepu, był coraz dalej. Bo kolejka stale pęczniała przy drzwiach.
Jak każdy autentyczny pisarz, o czym niedawno przeczytałem w jednym z listów, również pisarza, Leszek za życia należał do tych czekających na uznanie po śmierci. Był niezauważany, przemilczany. Myślę, że przeżywał tę swoją nieobecność na polskiej scenie literackiej, tak tłumnie zapełnionej przez postacie niezasługujące na uwagę. Może teraz przyszedł czas, aby opowiadania Leszka Płażewskiego przypomnieć? Wydając choćby jeden obszerny wybór? Dając, zwłaszcza młodym czytelnikom, książkę z wysokiej półki?
Kiedyś dużo pisał i dużo mówił o projektach swoich opowiadań. Znał wielu meneli z okolic Dolnej i Chełmskiej – barwnie opowiadał o spotkaniach z nimi i o ich życiu. Tak jak o swoich knajpianych eskapadach.
Pamiętam stolik w mieszkaniu Leszka – w kuchni kawalerki przy ulicy Dolnej. Był zawsze zarzucony zapisanymi kartkami. Leżały na parapecie okna, na podłodze, pod stołem. Zapisane i pokreślone.
Nie dbał o wygodne życie. Dużo czytał, nim wzrok mu się nie pogorszył. Cenił dobrą literaturę. Bezlitośnie wykpiwał twórczość literatów, którzy nie zasługiwali, jego zdaniem, na miano pisarzy. Kpił, w rozmowach, z twórczości wydumanej lub wykalkulowanej. Wyśmiewał się ze snobizmów literackich i literackiej poprawności. Z prozy szeleszczącej papierem. Był surowym krytykiem w rozmowach, ale nie używał epitetów ani języka agresji publicznie.
Był wierny w przyjaźniach, jeśli kogoś cenił i jeśli się było wobec niego szczerym i lojalnym. Mogę Leszka nazwać przyjacielem niezawodnym w chwilach trudnych.
Jego pogrzeb odbył się w styczniu, we Włochach pod Warszawą (rodzinnej miejscowości Leszka), na miejscowym cmentarzu. Wielu ludzi poruszyła jego śmierć. Był postacią barwną, wyjątkową, człowiekiem, o którym się pamięta.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA