fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sztuka

40-lecie pracy twórczej Andrzeja Dudzińskiego

galeria grafiki i plakatu
Andrzeja Dudzińskiego zna każdy. Jednak mało kto wie, jak wiele zrobił i jak różnorodna jest to twórczość. On sam nie mógł się połapać. Szczęśliwie, do porządków zmusił go jubileusz: w tym roku zacznie (ale nie skończy) 40-lecie pracy twórczej
A oto efekty. Od 14 maja pokazuje wybór „staroci" w stołecznej Galerii Grafiki i Plakatu. Obok zabytków – mini przegląd późniejszych dokonań, do dziś. Czyli 40 lat zamknięte w 70 pracach. Tydzień później Dudziński opanuje Galerię Sztuki Współczesnej Oranżeria w Jabłonnej. Z Kulturą na TY - Poleć swoje wydarzenie kulturalne
Potem ruszy w Polskę, w kilku miastach prezentując inny zestaw prac – co zajmie mu czas do jesieni 2012 roku. Następnie będzie wystawiał za granicą. I tak minie kolejna czterdziestka.
Najlepiej znany jest jego... ptak. Znaczy, Dudi. Jego twórca prawie przez dekadę wkładał mu w dziób komentarze do PRL-owskiej rzeczywistości. Tak dalece identyfikował się z rozczochranym ptaszyskiem, że przybrał pseudonim „Dudi". Ksywka została, choć niesforne włosy trochę mu posiwiały, zaś w rysunkowym repertuarze pojawiły się inne stwory o równie charakterystycznej powierzchowności i zbliżonej elokwencji: Pokrak, Hipol, Myszony. Zobacz galerię zdjęć
Wracając do ptaka Dudiego. Od 1970 roku występował na łamach „Szpilek". Z tej satyrycznej ambony wygłaszał teksty śmieszne, absurdalne, zarazem drapieżne, pełne anarchistycznych poglądów. Miał niezliczone rzesze fanów – każdy chciał, jak Dudi, olewać reguły i rygory, prowadzić żywot niezależny, a bogaty. No i nie chodzić do fryzjera.
Było to w epoce gierkowskiej, kiedy w Polsce trwał etos „Hair", hipisów i Zachodu. Autorowi dane było na własnej skórze doświadczyć tego, co dla większości jego pokolenia było marzeniem. Przez dwa lata mieszkał w Londynie (od 1971 do 1972 roku), ale wrócił do Warszawy. Zdarzały mu się także kilkumiesięczne  wypady do Francji i Holandii, ale bez emigracyjnych konsekwencji. Dopiero zaproszenie do amerykańskiego Aspen (w Kolorado) na międzynarodowy spęd grafików sprawiło, ze na dłużej wyrwał się z kraju. Rok 1977. Objechał całe Stany, zatrzymał się w Nowym Jorku. Cały czas towarzyszyła mu żona Magda Dygat, córka znanego pisarza, sama też parająca się literaturą. Do dziś w sprawach sercowych nic nie zmieniło się u Dudzińskiego. Magda forever.
Wydawało mu (im) się – Nowy Jork też forever. Jednak, gdy wrócili na święta Bożego Narodzenia '89, zmienili zdanie. W Polsce zaczęło robić się ciekawie. Mieli mieszkanie na Mokotowie – żadne cudo, w bloku – ale nie było problemu z zatrzymywaniem się. Od tej pory „zaczęło cykać", jak mówi Andrzej. Czas  dzielili między dwa miasta: pół roku Warszawa, drugie pół – Nowy Jork.
Dziesięć lat temu zmienili adres: kupili 100-metrowy apartament przy Alejach Ujazdowskich, w starej kamienicy. Wyremontowany według upodobań i potrzeb. Ostatnio ten transoceaniczny wahadłowiec jest coraz bardziej męczący. Loty stały się koszmarem, uważa Andrzej. Za to częściej podróżują po Europie.
– Obydwoje z Magdą uważamy, że podróże to najprzyjemniejsza strona życia. Kompletne zaburzenie rutyny codzienności. Monotonia zabija. Każde zajęcie, choćby najatrakcyjniejsze, lecz wykonywane stale, zamienia się w udrękę.
Pytam – gdzie mu się najlepiej pracuje? I jak?
– Nigdzie tak doskonale, jak w... szkole! – śmieje się artysta. – Ponad 10 lat przechodziłem z klasy do klasy na własnych warunkach!
I wyjaśnia: chodzi o nieużywany budynek szkolny w miasteczku pod Nowym Jorkiem, gdzie dostał do użytku całe piętro.
– Gdyby nie ta szkoła, pewnie nie zacząłbym malować... dodaje. – Drugie genialne miejsce, to pomieszczenia nad salami wystawowymi na zamku w Reszlu. Tam grasuje jakiś życzliwy artystom duch, wyczarowujący niezwykle twórczą aurę. Pamiętam, że przed wystawą w Reszlu wstąpiły we mnie takie kreatywne moce, że z trudem wyhamowałem produkcję.
No, a jakie miejsce na ziemi najbardziej pasuje państwu Dudzińskim do życia?
– Za najbardziej inspirujące miejsce na świecie uważam Nowy Jork, choć zarazem męczy nadaktywnością – zapewnia artysta. – Warszawa jest wygodniejsza, przynajmniej z mojego punku widzenia: wszędzie docieram na piechotę. W dodatku pies ma wybieg w okolicznych parkach i zieleńcach. Gdybym miał dziś wybierać miasto, zastanawiałbym się też nad Londynem, moją pierwszą fascynacją, która nie traci atrakcyjności.
Dudi najwyżej ceni polską publiczność. Dziwię się. Przecież dopracował się nazwiska doskonale znanego w prasie amerykańskiej, publikuje m.in. w „The New York Times", „Newsweek", „Vanity Fair".
– Tak, ale... Czasem cierpię schizofreniczne męki: odbiorcy umieszczają mnie w dwóch różnych sferach – sztuki użytkowej i tzw. czystej. Jedni mają kontakt z moimi ilustracjami; drudzy postrzegają jako artystę niezależnego, malarza, fotografa, autora gablot-kolaży. Nie sklejam się ludziom w całość. Wyjeżdżając do Stanów, odciąłem się od Dudiego, od rysunkowych żarcików. W USA zająłem się poważną ilustracją, choć nie pozbawioną humoru czy ironii. Może teraz powinienem rozstać się z rysunkiem, ograniczyć do obrazów. Ale to dla mnie psychicznie niemożliwe. Mam też nowe fascynacje. Niedługo rozpoczną się zdjęcia do filmu animowanego „Zwariowany kawałek czegoś". Jest to historia o Dudim opowiedziana przez psa. Mój debiut reżyserski. Animacja nie w pełni cyfrowa. W tłach wykorzystam własne zdjęcia – bo przecież to kolejna dziedzina, którą się pasjonuję. Film jest współfinansowany przez Polski Instytut Sztuki Filmowej. Teraz producent szuka dodatkowych sponsorów. Kiedy film trafi do kin, nie mam pojęcia.
Wystawy:
Galeria Grafiki i Plakatu (Warszawa, ul. Hoża 40), 14 – 31 maja; Galeria sztuki Współczesnej Oranżeria, Jabłonna k/Warszawy, ul. Modlińska 105
 
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA