Publicystyka

Igor Janke - recenzja książki Zamach w Smoleńsku

Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
W książce Leszka Szymowskiego „Zamach w Smoleńsku” brak jest źródeł, dokumentów, najsłabsze zaś poszlaki traktowane są przez autora jako twarde dowody – pisze publicysta
Tragedia smoleńska wywołała falę rozmaitych – rozsądnych i fantastycznych – spekulacji. Jest to właściwie całkowicie zrozumiałe. Z podobnym zjawiskiem mieliśmy do czynienia w Stanach Zjednoczonych po ataku na World Trade Centre. Powstawały tam filmy i książki udowadniające np., że za wszystkim stali George Bush i Żydzi.
Kiedy stykamy się z czymś, co trudno ogarnąć, próbujemy to na różne sposoby racjonalizować. Łatwiej jest żyć, kiedy wydaje nam się, że rozumiemy świat. Zwłaszcza kiedy oficjalne śledztwa prowadzone są w sposób, który powoduje, że rosną wątpliwości, a rządzący sprawiają wrażenie, jakby chcieli zrobić wszystko, byśmy w sprawie katastrofy wierzyli im coraz mniej. Zachowanie władz rosyjskich jeszcze bardziej prowokuje do snucia sensownych i nonsensownych teorii. Wiara w spiski rośnie naturalnie w sytuacjach szarych i niejasnych. Ludzie, nie ufając władzy, szukają własnych wytłumaczeń. Do pracy wzięli się też dziennikarze śledczy. I bardzo dobrze. Gorzej, jeśli zajmują się tym żurnaliści z niezbyt dużym doświadczeniem, ale z ogromną wiarą w raz przyjęte założenie oraz głębokim przekonaniem, że światem rządzą spiski i tajne porozumienia. Wtedy nawet ich pracowitość i dociekliwość niepołączona ze zdrowym sceptycyzmem i chęcią weryfikacji zdobywanej wiedzy w różnych źródłach przynosi opłakane skutki.
Takim opłakanym skutkiem jest książka Leszka Szymowskiego „Zamach w Smoleńsku". Autor wykonał bardzo dużą pracę, dotarł do wielu informatorów, zestawił ze sobą wiele faktów i wiele wyobrażeń i domniemań rozmaitych postaci. Problem w tym, że wszyscy informatorzy wyznają jedną teorię – mordu i zamachu. Wszystkie fakty i domniemania dobrane są tak, by układały się w spójną, logiczną opowieść. Teza autora jest dość prosta. Samolot wylądował miękko w błocie i lesie. Ściął drzewa, ale to nie przeszkodziło kapitanowi w „wirtuozerski sposób" posadzić maszyny i spokojnie wyłączyć silników. Potem dopiero nastąpił wybuch bomby próżniowej. Po czym dokonał się mord. Podbiegło kilku agentów w cywilu i kilku przebranych za pracowników straży pożarnej, którzy wykonali „egzekucję", dobijali strzałami z pistoletów żyjących pasażerów. Według Szymowskiego Bronisław Komorowski miał przygotowane wcześniej wystąpienie, które – jak twierdzi autor książki – pojawiło się na portalu TVP kilka godzin przed katastrofą. Przemówienia nie przygotował on sam, na co dowodem jest m.in. fakt, że było dobrze napisane. Nie wiadomo, kto to uczynił – tu autor nie postawił kropki nad i. Również redaktorzy portalu Gazeta.pl wiedzieli o katastrofie wcześniej, niż miała się wydarzyć. Ma o tym świadczyć fakt, iż autor – jak utrzymuje – posiada wydrukowany zrzut ze strony Gazeta.pl z informacją o tym, że spadł samolot, zamieszczoną na dwie minuty przed faktycznym wypadkiem... Książka zawiera dziesiątki „bezspornych dowodów", które „niepodważalnie i bezsprzecznie" wskazują na to, ze doszło do zamachu. Są nimi najczęściej wypowiedzi anonimowych ekspertów, które nawet jeśli są prawdziwe – czego nie wykluczam – mogą być najwyżej przesłanką do stawiania pytań. Ale autor utwierdza się w swej teorii z każdym napisanym zdaniem i każdą kolejną stroną. Umacniają go w tym między innymi materiały, nad którymi pracowała FBI, a do których – jak twierdzi – dotarł. W jaki sposób – nie podał, nie pokazał też nigdzie fotokopii tych dokumentów czy zdjęć. Są też wypowiedzi polskich polityków i profesora Mirosława Dakowskiego, który zajmuje się dynamiką ruchu, prawami zachowania i wytrzymałością materiałów. Profesor twierdzi, że nieprawdopodobne było zejście śmiertelne wszystkich osób na pokładzie. W tej książce pełnej niezwykłych zestawień faktów i ogromnej, niezmąconej niczym wiary autora, że Lech Kaczyński został zamordowany, jest jednak kilka ciekawych informacji wartych sprawdzenia przez bardziej krytycznych autorów. Choćby tych dotyczących remontu samolotu Tu-154, kosztów tej operacji i tego, co mogło się podczas niej dziać. Bo u Szymowskiego brak jest źródeł, dokumentów, a najsłabsze poszlaki traktowane są przez autora jako twarde dowody. W efekcie „Zamach w Smoleńsku" trudno traktować jako poważną analizę wydarzeń, do których doszło 10 kwietnia 2010 roku. Ta książka może być raczej dość ciekawym studium reakcji na katastrofę prezydenckiego samolotu. I – niestety – sama podobne, dalekie od racjonalności, reakcje wywołuje. Zygmunt Korus, krytyk sztuki, zajmujący się symboliką Salvadora Dalego, na jednym z portali nieuciekających od teorii o zamachu napisał: „Po przeczytaniu tej książki każdy mężczyzna, który potrafi pociągnąć za spust, powinien zakląć i rozejrzeć się dookoła, gdzie rezydują zdrajcy i ich poplecznicy z PO".
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL