fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Media

Toksyczna miłość

Hubert Salik
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
„Dziennik” odgrzewa na czołówce leitmotiv polskiego sukcesu inwestycyjnego. Polska przyciąga centra usług finansowych, księgowych i informatycznych z całego świata, stając się liderem w regionie.
Pretekst: otwarcie wrocławskiego centrum firmy Ernst & Young. Tego typu „zakładów” jest w Polsce ok. 300, zatrudniają ok. 40-50 tys. ludzi.
Są dwie strony tego medalu. Tylko jedna lśni. To dobrze, że w Polsce powstają nowe miejsca pracy.
Z drugiej strony nie ma innych powodów do hurraoptymizmu. Przeksięgowywanie faktur, ewidencjonowanie w systemie transakcji, nocne call-center dla klientów z całego świata, płaska struktura utrudniająca awans zawodowy i pensje poniżej średniej krajowej (niejednokrotnie poniżej 2 tys. zł brutto) nie są elementami na których tworzy się przewagi konkurencyjne. Przewag nie tworzy się zwykle dzięki podwykonawstwie. Chyba, że oferuje się niskie koszty. A jak wiadomo Polska to nie Chiny czy Wietnam. Nigdy nimi nie będziemy i pewnie nigdy nie chcielibyśmy się nimi stać. A centra usług to współczesne fabryki. Tyle, że zamiast dziewiarek pracują tam księgowi, co znacząco zmniejsza wypadkowość.
Zdaniem urzędników PAIIZ koncerny wybierają Polskę, nie z powodu niskich kosztów, ale wysokich kwalifikacji. Śmiem twierdzić, że wybierają dlatego, że mogą bardzo tanio zapłacić za pewien zakres kwalifikacji. Trudno jednak urzędnikom PAIIZ mówić coś innego, jeśli ich praca polega na przyciąganiu takich inwestycji. Negowanie ich jakości byłoby strzałem w stopę. Dużo więcej zastrzeżeń można mieć do specjalistów.
- Centra usług wspólnych powstające w Polsce są naszą drogą do innowacyjności – mówi na łamach „Dziennika” Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek. To nieprawda. Centra to wyzysk białych kołnierzyków. Ich największą zaletą jest, że dają pracę. Jakąkolwiek. Nie wiadomo tylko jak długo. Rotacja wśród pracowników jest duża, na dodatek łatwo jest je przenieść do innego kraju. Nakłady inwestycyjne na ich uruchomienie są bowiem zwykle stosunkowo niewielkie. Innymi słowy: niestabilna przyszłość za niezbyt cukierkową teraźniejszość.
„Gazeta Wyborcza” otwiera się na sportowo. W zasadzie drugi dzień z rzędu, jeśli nie patrzeć na środową czołówkę o Orlikach przez pryzmat polityczno-społeczny. „Kibole się panoszą” – donosi „GW”. To efekt wczorajszych wypowiedzi przedstawicieli UEFA zaniepokojonych rozróbami po meczu Litwa-Polska w Kownie.
Polski Związek Piłki Nożnej obrzucono już błotem (i nie tylko) na wiele różnych sposobów. To, co najbardziej boli to hipokryzja. Stadionowi chuligani, bandyci udający kibiców (z hasłem „Gdyby interesowała nas piłka zostalibyśmy piłkarzami”), rozróby, zniszczenia to standard. Co PZPN ma zamiar z tym zrobić, by przygotować się do Euro 2012?
- To sprawa polityków i policji. My zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy – cytuje anonimowego działacza PZPN „Gazeta Wyborcza”. A inny dodaje: – Z pretensjami UEFA i tak przyjdzie do rządu, nie do nas.
PZPN chciałby mieć piękne stadiony, tysiące kibiców na wszystkich meczach, przedstawicieli we władzach FIFA, – jednym słowem chce pieniędzy, chwały i sławy oraz by ludzie ich kochali, a tymczasem ma ich wszystkich w głębokim poważaniu. No bo czemu karać lub utrudniać życie klubom, które współpracują oficjalnie z kibolami, jeśli to utrudnianie życia swoim własnym działaczom? Innymi słowy PZPN nie broni standardów tylko własnego środowiska. A to akurat nie jest standard najwyższej próby.
Na domiar złego, jak pokazały przykłady paru ministrów sportu – PZPN uważa, wtrącanie się do swoich spraw za inwazję, ale branie odpowiedzialności za swoje zaniedbania za obowiązek. To trochę toksyczna miłość. Kibice kochają sport, a PZPN kocha ich pieniądze. Niewiele za to daje w zamian.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA