fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sylwetki

Biznes architektoniczny Stefana Kuryłowicza

Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Stefan Kuryłowicz buduje gigantyczne biurowce o powierzchni małego miasteczka. Koledzy zazdroszczą mu, podziwiają go, ale i krytykują za brak skrupułów. Rekin to czy wieloryb?
Co winkiel, to Schinkel, mówi się o Berlinie. O Warszawie można usłyszeć: co konkurs, to Kuryłowicz. Niemiecki architekt okresu klasycyzmu zbudował w stolicy Niemiec i pobliskim Poczdamie ponad 20 obiektów. Polski – wszystkich konkursów wprawdzie nie wygrywa, ale w samej Warszawie realizuje obecnie aż dziesięć projektów, również przy głównych ulicach Marszałkowskiej, Puławskiej, w Alejach Jerozolimskich. Kolejnych pięć rusza w ciągu najbliższych trzech miesięcy. W innych miastach Polski – w budowie jest ich dziesięć, m.in. Narodowe Forum Muzyki we Wrocławiu, Stadion w Białymstoku, budynki Politechniki we Wrocławiu i Uniwersytetu w Toruniu.
Szybko się orientuję, jak bardzo wpływowy to człowiek. Nawet ci, którzy wypowiadają się o nim w samych superlatywach, proszą mnie o autoryzację wypowiedzi. Słowem, które w kontekście Stefana Kuryłowicza pojawia się na ustach moich rozmówców najczęściej, jest sukces. Drugim jest zawiść. Zawiścią większość architektów tłumaczy, dlaczego Kuryłowicz jest krytykowany przez innych architektów i uważany za postać, jeśli nie kontrowersyjną, to na pewną wyrazistą.

Czarny sarkofag

Wchodzi się tu jak do wąskiego, ciemnego wąwozu, głębokiego na kilkanaście metrów. Po prawej kilkupiętrowa kamienica, po lewej ślepa ściana z ciemnoszarego łupka o nazwie Matrix. Oba budynki dzieli zaledwie 12 metrów. 300 okien z balkonami mieszkańców Brackiej 13 w Warszawie wychodzi na „czarny sarkofag", jak określana jest najnowsza realizacja Kuryłowicza – dom towarowy rodziny Likusów. Ma zaokrąglone kanty i jak większość współczesnych galerii handlowych jest niemal pozbawiony okien.
Rysunek na lekko chropowatej powierzchni kamienia przypomina zdjęcie bakterii pod mikroskopem. Światło słoneczne to wydobywa. Od wschodu budynek ma lekko pofalowaną bryłę. Zaokrąglonymi narożnikami nawiązuje do pobliskiego Smyka, przeszklonego domu towarowego z początku lat 50., wybitnego dzieła Zbigniewa Ihnatowicza i Jerzego Romańskiego. Nie można mu odmówić charakteru.
„Przyjemna architektura, bardzo profesjonalna, broni się" – mówią o domu przy Brackiej architekci.
Jednak mieszkańcy, którzy procesowali się z inwestorem cztery lata, nie przebierają w słowach. Cytując je, można by się narazić na proces o zniesławienie. – Jak można ludziom ukraść słońce, teraz tu są piwnice zamiast mieszkań. W zimie trzeba cały dzień mieć zapalone lampy – mówi Wanda Piszcz, przewodnicząca zarządu wspólnoty. Z jej okna na przedostatnim piętrze widać tylko wąski pasek nieba i czarną ścianę. – Pisaliśmy do architekta, żeby chociaż zmienił okładzinę na budynku, żeby była jasna i odbijała światło. Nie zgodził się.
Kuryłowicz: – Szczerze współczuję mieszkańcom Brackiej 13, ale to jest śródmieście Warszawy. Przez lata był tam ohydny parking. Budynek wypełnił szczerbę w zabudowie, będącą pozostałością po zniszczeniach wojennych.
Jednocześnie zablokował też historyczny trakt, uważany przez specjalistów za jedno z ciekawszych założeń urbanistycznych w mieście. Łuk utworzony przez Bracką i Mokotowską wyłamuje się z siatki zwykłych, ortogonalnych ulic i z lotu ptaka wygląda jak „uśmiech Warszawy".
– Nie powinno się tam budować, ale to nie architekt zadecydował, tylko władze miasta, wyznaczając warunki zabudowy – ocenia młody architekt Adam Brzostek z biura Projektor.
– Czegoś jednak nie dopilnowano, można było tak zaprojektować przyziemie budynku, żeby zachować to przejście i pewną ciągłość, tożsamość tego miejsca – kontruje Małgorzata Kuciewicz z pracowni Centrala.
Określenie „sarkofag" ma swoje drugie dno. Nowy dom towarowy stanął bowiem na gruzach Pawilonu Chemii, jednego z bardziej awangardowych warszawskich budynków z lat 70., ocenianego wysoko nawet w skali europejskiej.
– Jest zastanawiające, że swoje budynki Kuryłowicz stawia na gruzach znakomitej eksperymentującej modernistycznej architektury: Pawilonie Chemii oraz Supersamie – zwraca uwagę Jakub Szczęsny z Centrali. – Od profesora uczelni mającej kształtować przyszłych architektów, a co za tym idzie przyszłość miasta w tak dużym stopniu zniszczonego przez wojnę, oczekiwałbym pochylenia się nad kwestią tożsamości Warszawy. Architekci powinni poczuwać się do obowiązku budowania lepiej działających, piękniejszych miast. Porównując działalność profesora z innymi architektami dużej skali działającymi w Warszawie, można odnieść wrażenie, że wyróżnia go brak skrupułów wobec tkanki miasta rozumianej jako wspólne dobro – podkreśla Szczęsny. – Ale jednocześnie wychodzące z pracowni profesora budynki reprezentują jak najwyższy poziom, są solidnie zaprojektowane zarówno pod względem estetycznym, jak i technicznym – dodaje.
– Z jednej strony architekt powinien patrzeć szerzej, trzymać stronę społeczności lokalnej. Z drugiej, spytać należy, na ile nieetyczny jest Kuryłowicz, a na ile świat, w którym działa. To miasto zawodzi, Kuryłowicz jedynie ten fakt wykorzystuje – dodaje Brzostek.

Podejście biznesowe

Inwestorzy odkładają inwestycje, by się zmieścić w jego harmonogramie, czego mu serdecznie zazdroszczę, podkreślam: serdecznie – śmieje się architekt Magdalena Staniszkis. – To mistrz świata, jeśli chodzi o talenty rynkowe. Czy rekin? Nie, rekiny są drapieżne, wieloryb raczej.
– Pod względem profesjonalizmu oceniam go bardzo wysoko, stworzył sprawne biuro, nie wypuszcza rzeczy byle jakich. Jeśli sukces mierzyć pozycją na rynku inwestorskim, to Kuryłowicz jest człowiekiem sukcesu – mówi jeden z głównych konkurentów Kuryłowicza Maciej Miłobędzki z JEMS.
– Kuryłowicz jako pierwszy zaczął mówić wprost o pieniądzach. Wcześniej projektowanie traktowano z nabożeństwem. Jest uważany za kontrowersyjną postać, ponieważ do architektury ma podejście biznesowe, nie artystyczne – dodaje Dariusz Hyc z biura MAAS.
Biznesowe podejście architekta łatwo zmierzyć kubaturą jego budynków. O biurowcu Królewska w Warszawie, który ponaddwukrotnie przerósł budynki z najbliższego sąsiedztwa i równał raczej do stojących pół kilometra dalej punktowców wysokich na 85 metrów, architekci mówią: noga słonia. Od mieszkańców miasta dostał tytuł „Ulubieńca Warszawy".
Sztandarowym przykładem przeskalowania jest Focus przy Trasie Łazienkowskiej, 15-kondygnacyjny biurowiec o powierzchni porównywalnej z warszawską Starówką. Przytłoczył niską, jednopiętrową zabudowę pobliskiej ul. Lekarskiej, jednej z bardziej kameralnych w mieście. I dostał od SARP... Nagrodę Główną w konkursie Polski Cement w Architekturze oraz wyróżnienie w konkursie na Budynek Roku 2001.
„Skala tego miejsca to teraz ja" miał ponoć powiedzieć Kuryłowicz. Do niedawna nic nawet nie próbowało mu sprostać. – Focus wyznacza granice zabudowy ścisłego centrum Warszawy, a centrum stolicy dużego europejskiego kraju powinna wypełniać zwarta, względnie wysoka zabudowa – tłumaczy mi architekt. – Ograniczając intensywność zabudowy dzielnic śródmiejskich, powodujemy rozlewanie się zabudowy na tereny podmiejskie. To znacznie gorsze zjawisko, które w konsekwencji powoduje bezpowrotną utratę najbardziej wartościowych z przyrodniczego punktu widzenia terenów podmiejskich. Skazuje ponadto ludzi na wielogodzinne dojazdy, zwielokrotnia intensywność komunikacji samochodowej, jest zabójcze z punktu widzenia ekologii. Kilkunastokondygnacyjne budynki, które powstały w sąsiedztwie Focusa, dowodzą, że miałem rację – przekonuje.

Zużycie moralne budynku

Gdy spojrzeć na budynki Kuryłowicza, trudno odgadnąć, że wyszły spod jednej ręki. Symbolicznym tego dowodem jest Wolf Nullo, postawiony w pobliżu Sejmu biurowiec o dwóch twarzach, jednej spokojnej, klasycznej z trawertynu, i drugiej pokrytej grafitowym łupkiem, przypominającej obłościami statek podwodny lub wręcz jakieś prehistoryczne morskie stworzenie, które pływa tam, gdzie nie dociera światło.
Prawie ukończona Prosta Tower ma efektowną, wybrzuszoną ażurową elewację, której wzór kojarzy się ze skórą węża. Świetny budynek – chwalą szczególnie młodzi architekci – ma na zewnątrz widoczną całą konstrukcję, w Polsce rzadko się tak buduje. Surowy beton na elewacji też jak na polskie warunki jest odważny.
Przeciwieństwem Prostej jest minimalistyczny biurowiec LOT nieopodal lotniska Okęcie, który efektownie się dematerializuje. To sama lekkość – kostka z podwójną taflą szkła na elewacji, przez którą można spojrzeć na wylot. Jako jeden z nielicznych polskich budynków trafił do prestiżowego Phaidon Atlas of Contemporary World Architecture.
Jedyne co te budynki łączy to profesjonalizm wykonania i elegancki, zimny korporacyjny sznyt. Cieplejsza w odbiorze będzie natomiast siedziba Narodowego Forum Muzyki, którą architekt buduje we Wrocławiu – okładzina z drewnianych paneli ma się kojarzyć z instrumentami smyczkowymi.
– Pracownia Kuryłowicza realizuje bardzo różne pomysły zainspirowane różnymi trendami – ocenia Miłobędzki. – Niektórych rzeczy nie rozumiem, np. dlaczego Prosta Tower ma tak ekspresyjną formę, skoro to zwykły biurowiec, ale chylę czoła przed odwagą i warsztatem. Ja bym się nie odważył – dodaje architekt znany z minimalizmu i powściągliwości.
– Kuryłowicz nie wykształcił stylu, w jego projektach nie widać ciągłości, autorskiej idei. Architektura dzieli się na komercyjną i tę, która opiera się na osobistych poszukiwaniach estetycznych – to kierunki przeciwstawne, nie do pogodzenia. Jego firma skutecznie dostarcza produkty, które są nie do podważenia pod względem komercyjnym i które można będzie łatwo zburzyć, gdy przestaną być potrzebne – komentuje Andrzej Bulanda z biura Bulanda Mucha Architekci.
Sam Kuryłowicz potwierdza, że współczesne budynki mają coraz krótszy termin przydatności do użycia. „Architekt razem z pozwoleniem na budowę powinien otrzymywać także pozwolenie na zburzenie budynku" – żartuje w swojej opublikowanej niedawno książce „Pasja i pragmatyzm".
– Nie powinniśmy bronić integralności naszych własnych dzieł jak Częstochowy. Współcześnie żywotność budynków to około 30 lat, potem następuje ich „zużycie moralne". Budynek, aby przetrwał, musi być zaprojektowany w sposób dający możliwość dostosowywania go do zmieniających się potrzeb jego właścicieli i użytkowników. Siedzibę firmy Fuji zbudowaliśmy prawie 20 lat temu, w 1993 otrzymała Nagrodę Roku SARP za najlepszy budynek. Dziś już nawet nie istnieje tamten przemysł – argumentuje.

Od szronu na suficie po jaguara

Zasługi Kuryłowicza dla rozwoju polskiej architektury są nie do przecenienia, podkreśla to wielu architektów. – Najbardziej mi imponuje, że zaryzykował i zrobił z architektury profesję, za którą się ręczy własnym nazwiskiem – mówi Bulanda. – W PRL były tylko państwowe biura z anonimowymi pracownikami.
Na początku lat 70., po studiach, Kuryłowicz zaczął pracę w państwowym biurze, a jednocześnie startował „prywatnie" w ogólnopolskich konkursach. – Projekty robiliśmy w piwnicy, potem do trzeciej nad ranem piliśmy wódkę w Ścieku i dyskutowaliśmy o wartościach (jeden z nielicznych warszawskich lokali czynny do samego rana, w Pałacu Zamoyskich, siedzibie warszawskiego SARP, dokąd wchodziło się tylko po okazaniu legitymacji stowarzyszenia – przyp. red.). A na 8 rano szliśmy do pracy – opowiada.
Pierwsza własna pracownia Kuryłowicza mieściła się na Tamce, VI piętro bez windy, niski nieogrzewany stropodach. – W zimie na suficie był szron. Jakub Wacławek, mój ówczesny partner i przyjaciel, dwa metry wzrostu, zawadzał o niego głową. Chodziło się tam w czapkach – wspomina.
Dziś jego biuro Kuryłowicz & Associates prowadzone wraz z żoną profesor Ewą Kuryłowicz zatrudnia 70 osób, na polskie warunki jest to więc potężna firma architektoniczna. W ubiegłym roku otrzymała Diament „Forbesa" w kategorii firm od 50 do 250 mln zł, z tej samej branży w rankingu wyprzedziło ją tylko JSK. Receptą Kuryłowicza na sukces są wierni, długoletni klienci, na przykład firma Wolf Immobilien Polen, z którą K&A współpracuje od dziesięciu lat i dla której buduje już czwarty budynek.
Zewnętrznych oznak statusu Kuryłowicz nie ukrywa. Jest zapewne jednym z nielicznych wykładowców wyższych uczelni w Polsce, którzy jeżdżą jaguarem. Lata czteroosobową cesną oraz cirrusem, bo jego firma uczestniczy w programie Sky Share Club. Pilotuje sam. Licencję robił w tajemnicy przed rodziną. – Gdy moja żona Ewa w końcu się dowiedziała, nazwała mnie kretynem i powiedziała, że na pewno nie przejdę badań lekarskich. Przeszedłem. W przeszłości w RAF latała znaczna część mej rodziny – opowiada, a gdy żywo gestykuluje, pod mankietem dostrzegam potężną kopertę zegarka IWC, chyba z serii Pilot, bo pokrywają go liczne dodatkowe tarcze, jak w kokpicie samolotu. Do tego sprane sztruksy w odcieniu młodej wiśni. Ciemnozielona marynarka w dyskretną jodełkę z żywym akcentem w kieszonce (w kolorze spodni). Nieodłączny kuryłowiczowski szalik, granatowy, oraz brązowe buty, odpowiednio znoszone, według starej zasady niemieckiego literata eleganta Augusta von Kotzebue, że „wszystko, co nosi mężczyzna, powinno sprawiać wrażenie zużytego".
Koledzy dworują sobie z dopracowanego stylu architekta. Jego czarny długi płaszcz jednym się kojarzy z Morfeuszem z „Matriksa", innym z Herr Flickiem z „Allo, allo". Filmowo.
– Plotkują, złośliwcy, panie profesorze, że panu ktoś doradza w sprawach stroju – zagajam. – Naprawdę tak mówią? Żona mi trochę doradza – Kuryłowicz robi wrażenie ubawionego.
Styl jest mityczny niemal tak samo jak urok osobisty i zdolności perswazyjne architekta. Mówiąc o czymś kontrowersyjnym, pochyla się w stronę rozmówcy, nie spuszczając z niego wzroku. Inna rzecz, że wzrok ten ukrywa za szerokimi czarnymi oprawkami okularów.
Czarny worek treningowy
Siedzimy w jego gabinecie, który zupełnie nieoczekiwanie znajduje się na parterze budynku mieszczącego pracownię, przy samym wejściu, dokładnie za plecami recepcjonistki. I stoi w nim więcej modeli samolotów niż modeli budynków. Poza tym absolutna klasyka XX wieku – kanapa i fotel Grand Confort z czarnej skóry i chromowanych rurek projektu Corbusiera, Pierre'a Jeannereta i Charlotte Perriand z 1929 oraz najsłynniejsza leżanka świata, LC4, tych samych autorów. – Leżałem na niej tylko raz, gdy mi wypadł dysk – podkreśla 62-letni architekt, maratończyk, zapalony narciarz i żeglarz. – Wstaję o 6.30 rano, dwa – trzy razy w tygodniu biegam, także zimą. O 9 jestem w firmie. Nigdy nie byłem „na chorobowym".
W rogu gabinetu wisi czarny worek treningowy. Nietuzinkowy prezent od pracowników. – Urządza naloty, podczas których zdarza mu się bezceremonialnie krytykować pracę swoich podwładnych. Uchodzi za wzór lidera, choć jego zarządzanie opiera się raczej na incydentalnych interwencjach niż na jakiejś przemyślanej strategii. Projektom nie poświęca więcej niż kilka procent swojego czasu. Tworzą je świetni architekci zatrudnieni w pracowni – mówi mi anonimowo architekt, dawny pracownik Kuryłowicza. – Wielki sukces ma jak zawsze i drugą stronę. Kuryłowicz wysysa swoich pracowników, jego zachowanie budzi wiele frustracji i negatywnych emocji, wielu odeszło z firmy w ciągu ostatniego roku. Ma umiejętność sterowania otoczeniem dla realizacji swoich ambicji. Gdy manipuluje ludźmi, to w sposób wręcz podręcznikowy, choć zawsze w białych rękawiczkach. A prywatnie – uroczy człowiek.
– Ma w sobie coś ze sportowca, takiego, który nie odpuszcza, zdeterminowanego, może despotycznego, ale nic dziwnego, że jako lider dyktuje warunki, jest nastawiony na przezwyciężanie trudności – broni trudnego charakteru Kuryłowicza Bulanda. – Nigdy nie spotkałem się z nieuczciwą walką – podkreśla.
– Irytuję się łatwo i czytelnie wyrażam swoje opinie – przyznaje z uśmiechem architekt. – A w biurze tej wielkości czas, który jako szef mogę poświęcić na każdy z projektów, jest ograniczony. Staram się jednocześnie znaleźć czas dla rodziny, ostatnio powiększyła się o parę znakomitych wnuków. Pilnuję natomiast, by nie obniżać jakości tworzonych w pracowni projektów, i mam nadzieję, iż doceniają to nasi zleceniodawcy.
Doceniają też studenci. Kuryłowicz jest jednym z najbardziej zaangażowanych wykładowców Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej, do którego katedry studenci walą drzwiami i oknami i o której się mówi, że jest poszukująca, otwarta na trendy, popularyzuje to, co się dzieje na świecie. – U profesora robią dyplom najbardziej ambitni, tacy, którzy wiedzą, że będą musieli na kilka miesięcy zrezygnować z uroków życia studenckiego. Część z nich liczy, że później uda im się dostać pracę w jego biurze – mówi Natalia Paszkowska, współautorka polskiego pawilonu na Expo w Szanghaju, która u Kuryłowicza robiła dyplom, a w jego pracowni odbyła kilkumiesięczny staż. – Jest bardzo wymagający, ale to wszystkim wychodzi na dobre.
– Stefan i Ewa Kuryłowiczowie są jednymi z najbardziej poważanych postaci na wydziale. Ich charyzmatyczne osobowości oraz interesujące poglądy mają wpływ na wielu studentów oraz pracowników akademickich, o czym świadczy fakt pozytywnego przyjmowania proponowanych przez państwa Kuryłowiczów reform Wydziału Architektury – dodaje Szczęsny.
– Należy pamiętać, że to właściwie działalność charytatywna – ocenia Miłobędzki.

Totalnie atrakcyjna broń

Megawpływowy, megamocny – tak dziś określają Kuryłowicza w branży, nawiązując do znanej kreskówki o nieprawdopodobnie przystojnym mistrzu wszelkiego zła, który po pokonaniu swego przeciwnika, superbohatera Metromana, wpada w depresję i nawraca się. Zanim to się jednak stanie, mówi o sobie: „W odwiecznej walce dobra ze złem zawsze wygrywało dobro, jednak od niedawna zło ma tajemną, nieprawdopodobną, totalnie atrakcyjną broń – mnie".
Megazłośliwe, prawda? Lecz złośliwości są jedyną bronią, na jaką wielu może się zdobyć wobec osoby o tak szerokich możliwościach – laureata najważniejszego polskiego wyróżnienia architektonicznego, czyli Honorowej Nagrody SARP, cenionego profesora Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej, wieloletniego członka Miejskich Komisji Urbanizacyjno-Architektonicznych w Warszawie. Wreszcie jedynego europejskiego architekta, którego ONZ zaprosiła do zespołu opiniującego modernizację głównej siedziby organizacji w Nowym Jorku, budynku projektu takich sław jak Le Corbusier i Niemeyer.
Architekta, który przetrwał prokuratorskie zarzuty sprzed kilku lat w sprawie wyłudzania podatku VAT (osobiście podpisywał faktury, w sumie na ponad 2 miliony zł, za prace projektowe, które wykonywali tokarz i ogrodnik). Gdy sprawa wyszła na jaw, komentował, że podpisywał „w ciemno".
Dziś powtarza to samo, dodając, że decyzja Urzędu Kontroli Skarbowej została uchylona i wycofana do ponownego rozpatrzenia. I że wciąż ufa ludziom.
Na pytanie, jaka jest największa porażka człowieka sukcesu, odpowiada:
– Nie interesują mnie porażki.
Kuryłowicza budują:
- Giełdowa spółka BBI Development NFI w 2010 r. połączyła siły z deweloperem Juvenes. Realizuje znaczące projekty, takie jak rewitalizacja zabytkowego kompleksu Fabryki Wódek Koneser w Warszawie, biurowca Supersam na placu Unii Lubelskiej. W Szczecinie chce budować osiedle mieszkaniowe Małe Błonia. W 2010 r. spółka osiągnęła 66,6 mln zł przychodów wobec jedynie 990 tys. zł w 2009 r. Wtedy miała też ponad 9 mln zł straty netto. W 2010 r. już 13,5 mln zł zysku. Ostatnim przedsięwzięciem jest umowa na przebudowę domu towarowego Sezam w Warszawie.
- Znacznie mniej wiadomo na temat Wolf Immobilien Polen. Spółka deweloperska kojarzona jest ze znaną w biznesie hotelarskim rodziną Likus, jednak nie wiadomo, jaki pakiet udziałów kontroluje. Na jej stronie czytamy, że akcje należą do siedmiu udziałowców z kraju i zagranicy. Firma powstała w 1996 r., jej kapitał zakładowy to 35 mln zł. Zbudowała w Warszawie m.in. biurowce przy ul. Zielnej, Marszałkowskiej, Francesco Nullo. Ostatnim projektem jest dom towarowy przy ul. Brackiej, w którym mają się znaleźć butiki luksusowych marek.     —pm
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA