fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ekonomia

Światową gospodarkę trapią turbulencje

Fotorzepa, Dominik Pisarek Dominik Pisarek
Gdy kilka lat temu słynny prezes Rezerwy Federalnej (banku centralnego USA) Alan Greenspan publikował książkę „Era turbulencji", prawdopodobnie nie był sobie w stanie wyobrazić, jakie turbulencje czekają nas w najbliższej przyszłości
Warto je podsumować, tym bardziej że wszystkie mogą wystąpić w jednym czasie.
W skali globalnej wzrost gospodarczy jest pompowany drukiem pieniądza i rekordowo niskimi stopami procentowymi, co prowadzi do nowych baniek spekulacyjnych na giełdach i na rynkach surowcowych.
W Europie Grecja i Irlandia znalazły się na krawędzi bankructwa i bez pomocy Międzynarodowego Funduszu Walutowego już by były bankrutami. Na razie otrzymały pomoc finansową, ale ich dług publiczny rośnie, więc bankructwo jest tylko kwestią czasu. Ten sam los być może wkrótce czeka Portugalię i Hiszpanię. Od pewnego czasu trwa dyskusja o możliwym rozpadzie strefy euro.
W Stanach Zjednoczonych kilka stanów stoi przed widmem bankructwa, w tym Kalifornia, która może nie być w stanie spłacić swojego zadłużenia. Ameryka jako kraj ma olbrzymi deficyt budżetowy, który może z czasem doprowadzić do obniżenia jej ratingu i do silnych zaburzeń na rynkach finansowych.
W Afryce Północnej trwa wojna w Libii i zamieszki w kilku innych krajach, choćby w Jemenie i Bahrajnie. To nakręca ceny ropy, co może doprowadzić do światowej recesji, gdyby na przykład konflikt rozszerzył się na Arabię Saudyjską i ropa jeszcze zdrożała.
W Chinach, drugiej gospodarce świata, są potężne bańki spekulacyjne na rynkach nieruchomości. Jeżeli te rynki się załamią, Chinom grozi poważne spowolnienie gospodarcze, które odczuje cały świat.
Dodatkowo na Japonię, trzecią gospodarkę świata, spadło nieszczęście w postaci trzęsienia ziemi, tsunami i możliwego kryzysu nuklearnego. To wszystko łącznie może w niesprzyjających okolicznościach doprowadzić do paniki na rynkach finansowych.
W dalszej perspektywie mamy też bardzo silny proces starzenia się społeczeństw w większości krajów Unii Europejskiej, co może doprowadzić do ciężkiego kryzysu finansów publicznych we Wspólnocie.
Reakcją na te wstrząsy nie jest współpraca międzynarodowa, ale eskalacja międzynarodowych waśni.
Między Chinami a USA trwa spór o poziom kursu walutowego. W wielu krajach rozwijających się mamy wojny walutowe, gdy rządy wprowadzają podatki mające utrudnić napływ kapitału spekulacyjnego prowadzący do silnego umocnienia walut i uderzający w eksport. Przykładem jest Brazylia.
Cały czas trwa chocholi taniec wokół Iranu i jego instalacji nuklearnych. Nabiera to szczególnego znaczenia wobec rodzącego się konfliktu między dwoma odłamami islamu, co jest widoczne w Bahrajnie.
Wiele krajów Zachodu nie może się zdecydować, czy zmiany w Afryce Północnej są dobre czy złe. Bo z jednej strony demokracja jest dobra, ale z drugiej obala zaprzyjaźnionego z Zachodem satrapę. Przywódcy G20 w zasadzie nie są w stanie nic załatwić. Liderzy strefy euro nie mogą się dogadać w sprawie działań na rzecz jej umocnienia. Każdy myśli w kategoriach swoich wąskich interesów – co ma powiedzieć na szczycie, żeby wrócić do kraju i dobrze wypaść w telewizji w oczach swoich wyborców.
Świat Zachodu – oparty na demokratyczno-medialnych standardach rządzenia, zaślepiony słupkami popularności – powoli traci na znaczeniu i bez mądrych decyzji niedługo może się pogrążyć w demograficzno-finansowym kryzysie.
Dlatego dziś trzeba rozmawiać o koniecznych zmianach. I to nie o drobnych krokach, ale o zmianach rewolucyjnych, które uchronią nas przed kryzysem. Jedną z przyczyn obecnego kryzysu Zachodu jest wysoka częstotliwość wyborów – co cztery lata – i problem, że często wybierane są miernoty, których jedyną umiejętnością jest to, że dobrze wyglądają w telewizji.
Dlatego proponuję, aby Polska zapoczątkowała nowe reformy świata Zachodu.
Proponuję zmianę konstytucji, która określi, że prezydent, premier, ministrowie, posłowie i senatorowie powinni być ludźmi sukcesu, o uznanym dorobku i wysokich kwalifikacjach. Przed wystawieniem kandydata powinno się przeprowadzać test sprawdzający te umiejętności (językowe, zarządzania zespołami ludzkimi, wiedzy merytorycznej, komunikacji etc.).
Po wprowadzeniu tych zmian kadencja parlamentu i rządu powinna być wydłużona do dziesięciu lat bez prawa ponownego wyboru. Należałoby ustanowić obowiązek dwuletniego okresu przygotowawczego dla następców na stanowiskach parlamentarnych, rządowych i prezydenta, podczas którego nowi kandydaci musieliby pozyskać odpowiednie kompetencje.
Taka demokracja miałaby szansę w starciu z krajami Azji. Obecna nie ma żadnych.
Autor jest profesorem i rektorem Uczelni Vistula (d. Wyższa Szkoła Ekonomiczno-Informatyczna w Warszawie)
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA