fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Wildstein: Leszek Miller, SLD i kapitalizm

Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Jak to możliwe, że na głównego obrońcę wolnego rynku w Polsce został pasowany Sojusz Lewicy, który jest odpowiedzialny za powstanie postkomunistycznego pseudokapitalizmu? – rozważa publicysta “Rzeczpospolitej”
Czy SLD stać się może obrońcą wolnego rynku w Polsce? Twierdząca odpowiedź na to pytanie zdobywa coraz więcej zwolenników. Jest to efekt kampanii promocyjnej, którą dominujące media już od dawna wspierają partię Grzegorza Napieralskiego.
Ich sympatia, a w każdym razie taryfa ulgowa, z krótkimi przerwami, towarzyszy temu ugrupowaniu w kolejnych wcieleniach nieomal od jego powstania w 1990 roku. Od ostatnich wyborów wyraźnie widać wysiłki opiniotwórczych środowisk, aby to SLD stało się główną siłą opozycyjną, a PiS uległ marginalizacji.
Kiedy oglądamy fetowanie „gabinetu cieni" stronnictwa, które nie osiąga nawet połowy poparcia największego ugrupowania opozycyjnego, ocieramy się o groteskę. Skoro jednak projekt marginalizacji PiS ciągle nie przynosi efektu, a nawet widać tendencję do stopniowego wzmacniania się partii Kaczyńskiego, pojawia się próba wypromowania koalicji PO – SLD, która z dodatkiem PSL mogłaby rządzić po najbliższych wyborach. Akurat ten plan wydaje się realny.
Istotnym elementem wspierania SLD jest eksponowanie jego rynkowości i ekonomicznej racjonalności. Uczestniczy w tym sporo biznesowych środowisk. Niedawno, na wielkiej gali Business Centre Club, były premier i przywódca postkomunistów Leszek Miller otrzymał prestiżowy tytuł Lidera Polskiego Biznesu. Oficjalnym powodem było wprowadzenie Polski do UE, chociaż nic się nie stało, aby w tym właśnie momencie świętować tę okoliczność, a ostatni kryzys rozwiał wiele złudzeń, które żywiliśmy wobec zjednoczonej Europy. Chodzi więc o promocję SLD i pasowanie tej partii na obrońców polskiego kapitalizmu.
Niedawno sąd uniewinnił członków zarządu grupy Stoczni Gdynia i jej prezesa Janusza Szlantę. Rok temu ostatecznie oczyścił z zarzutów zarząd i współwłaścicieli Stoczni Szczecińskiej. Akcja przeciw nim przeprowadzona została pod patronatem rządu Millera. Wykorzystując chwilową dekoniunkturę, państwo przejęło dobrze prosperujące stocznie, a twórców ich sukcesów aresztowano i oskarżono o działanie przeciw interesom prowadzonych przez nich firm. W efekcie stocznie upadły. Przy tej okazji obłowiły się inne przedsiębiorstwa, np. związane przyjacielskimi układami z ówczesnym szczecińskim baronem SLD i ministrem gospodarki Jackiem Piechotą.
Działania te były elementem kampanii rozprawy z biznesem, który nie był wpisany w dominujący, postkomunistyczny układ. Jej symbolem było uderzenie w twórcę Optimusa, znanego przedsiębiorcę Romana Kluskę. Był to jednak tylko wierzchołek góry lodowej. Zajmujący się tymi sprawami w Sejmie Adam Szejnfeld mówił wówczas, że ma ich udokumentowaną ponad setkę.
Rok temu ostatecznie uniewinnieni zostali krakowscy przedsiębiorcy Lech Jeziorny i Paweł Rey, aresztowani oraz oskarżeni w tym samym czasie, gdy uderzono w Kluskę. Ich dobrze prosperujące przedsiębiorstwo zbankrutowało. Wyliczankę można kontynuować. Kryją się za nią likwidacje obiecujących firm i osobiste klęski ich twórców. Drugą stroną tych działań była prosperity eseldowskich baronów biznesu.  Afera Rywina to również odsłona tego samego przedsięwzięcia. W tym samym czasie miało miejsce porwanie i zabójstwo Krzysztofa Olewnika, które najprawdopodobniej ma również „gospodarcze" tło.
We wspomnianych sprawach widzieliśmy współdziałanie administracji państwowej, prokuratorów i sądów. Aresztowanie członków zarządu Stoczni Szczecińskiej precyzyjnie zapowiedziane zostało przez ministrów Jacka Piechotę i Krzysztofa Janika. Kluska twierdził, że doszły do niego wiadomości, iż rząd przygotowywał spektakularne uwięzienia kolejnych znanych biznesmenów, a wycofał się z powodu reakcji mediów. Przedsiębiorcy mieli również być kozłami ofiarnymi, na które zrzucić można było winę za problemy gospodarcze.
Trudno uznać działania te za obronę kapitalizmu. Natomiast z pewnością służyło ono dominującej w Polsce grupie postkomunistycznych właścicieli. Jan Kulczyk, Ryszard Krauze czy twórcy BCC nie tylko mogli się czuć bezpieczni. To również w ich interesie prowadzona była kampania wymierzona w ich konkurentów.
Wyobrażenie, że wielki biznes jest zwolennikiem wolnorynkowej gospodarki, jest ogromnym uproszczeniem, żeby nie powiedzieć nieporozumieniem. W niektórych aspektach, owszem, ale nikt tak jak gospodarczy potentaci nie marzy o patronacie państwa. Największą zmorą kapitalistów w sytuacji rynkowej jest konkurencja. Nie ma więc dla nich lepszego stanu rzeczy niż kontrolowany rynek i zaprzyjaźniona władza, która blokuje dostęp nowych podmiotów.
W wielu krajach europejskich, np. we Francji, wielki biznes najlepiej współżyje z socjalistami. Praktyki takie rozszerzyły się zresztą już bez względu na barwy polityczne, a ich eksplozję obserwować mogliśmy ostatnio podczas bieżącego kryzysu, kiedy to państwa na wyprzódki ratowały najbardziej nieodpowiedzialne przedsiębiorstwa, zwłaszcza banki, tworząc stan rzeczy zdefiniowany już po angielsku jako „moralny hazard", czyli działanie bez ponoszenia ryzyka. Coś z gruntu przeciwstawnego rynkowym regułom.
Sytuacja, w której można podejmować dowolne przedsięwzięcie, gdyż w ostatecznym rachunku ubezpiecza je – ratując przed upadłością – państwo, jest idealna dla wielkich ryb biznesu. Gdyż moralny hazard obejmuje tylko przedsięwzięcia o niepospolitej wielkości. Duzi i średni przedsiębiorcy nie tylko narażeni są na zwyczajne bankructwo, ale nawet w stopniu większym niż inni płacić muszą za ekscesy magnatów. Nie ma sensu rozwodzić się nad tym, jak bardzo ten stan rzeczy rozregulowuje rynek.
Jest to tylko jeden z aspektów korzyści, które wielki biznes odnosi, wchodząc z państwem w układy zasadniczo sprzeczne z modelem rynkowym. Przez czas dłuższy Ameryka Łacińska była wzorcowym przykładem takich budujących oligarchię powiązań. Poprzez biurokratyczny system koncesji władze mogły dowolnie blokować wchodzenie na rynek nowych podmiotów i promować na nim swoich faworytów. Oczywiście, świadczenia takie są z zasady zwrotne.
Dominujący dziś w Polsce telewizyjny oligopol, czyli Polsat i TVN (TVP funkcjonuje jednak na innej zasadzie), pod hasłem obrony polskiego biznesu skutecznie walczy przeciw rozszerzeniu konkurencji w swojej dziedzinie.
W Polsce mamy do czynienia z przypadkiem typowym dla powstania postkomunistycznego kapitalizmu. W obliczu nadchodzącej klęski nomenklatura wymienia polityczną władzę na ekonomiczne przywileje. Jest to proces złożony i do pewnego stopnia spontaniczny. Przywódcy komunistyczni zabezpieczają tylko jego ramowe warunki. Tworzą polityczny układ, który uniemożliwia rozliczenie zarówno kolektywnie, jak i indywidualnie członków aparatu. Oznacza to także pozostawienie im zdobytych w trakcie transformacji tytułów własności, a także pozostawienie ich na kluczowych stanowiskach w gospodarce i przede wszystkim w bankach.
W krajach wychodzących z komunizmu kapitał znajduje się wyłącznie w państwowych bankach, a możliwości przejmowania ich i uzyskiwania z nich kredytów na uprzywilejowanych warunkach w ogromnej mierze tworzą warstwę przyszłych liderów biznesu. Dodając do tego nomenklaturową prywatyzację i sieć powiązań łączących członków dawnej nomenklatury, odtworzyć możemy sposób powstawania kapitalizmu III RP.
Postnomenklaturowi przedsiębiorcy działają w otoczeniu wspierających ich grup wywodzących się z dawnych uprzywilejowanych warstw. Wszystkie one w polityce, wymiarze sprawiedliwości czy mediach walczą o utrzymanie choćby części dawnych wpływów oraz znaczenia i tworzą oligarchię postkomunistycznego państwa. Na zasadzie kooptacji skłonne są przyjmować nowe jednostki czy środowiska, natomiast blokują normalną konkurencję.
W tym kontekście wymowny był skuteczny sprzeciw tego środowiska przeciw reprywatyzacji, która wprowadziłaby na rynek odmienną grupę przedsiębiorców. Jego ostatnim aktem było weto prezydenta Kwaśniewskiego przeciw ustawie reprywatyzacyjnej.
Klasyczny kapitalizm wyrastał z indywidualnej odpowiedzialności w warunkach twardej konkurencji i wpisany był w kulturę rygorystycznej etyki i odroczonej konsumpcji. Postkomunistyczny kapitalizm sytuuje się na jego antypodach. Można uznać, że jego liderzy nadal wierzyli w marksowską interpretację pierwotnej akumulacji rozumianej jako grabieży. Jej prawdziwość udowadniali przecież swoim działaniem.
Stwierdzenie Aleksandra Kwaśniewskiego, że „pierwszy milion trzeba ukraść" (miał to być cytat z Rockefellera) oddaje mentalność tej grupy. Tworzony przez nią kapitalizm miał wszystkie defekty jego później fazy i nie prezentował żadnej z jego cnót.
SLD czy nawet Leszek Miller nadają się na patronów takiego właśnie pseudokapitalizmu. Niebezpieczne dla niego jest wprowadzenie jasnych reguł rynkowej gry czy walka z korupcją. Charakterystyczne, że nawet dość konwencjonalne antykorupcyjne działania przedstawianie były przez polskie ośrodki opiniotwórcze jako zamach na demokrację i wolny rynek. Obrona konkretnych kapitalistów uznawana była za obronę kapitalizmu samego. Tak samo przedstawiana jest walka z wszechwładzą korporacji, zwłaszcza w wymiarze sprawiedliwości, która prowadzi do otwarcia tego rynku.
Czas płynie, zmieniają się aktorzy na scenie publicznej, ale układy interesów trwają i znajdują tych samych obrońców.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA