fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Droga bez odwrotu

Adam Małysz
AFP
Adam Małysz opowiada o końcu kariery, niespełnionych marzeniach, planach na przyszłość.
Dobrze pan teraz sypia?
Adam Małysz: Położyłem się po konkursie z ulgą, choć coś tam w sercu rwie. Posiedzieliśmy z trenerami przy piwie, powspominaliśmy. Obudziłem się rano, spojrzałem na kombinezony wiszące w pokoju i pomyślałem: „To już jedne z ostatnich". Ale żalu nie czuję, długo się przygotowywałem do tej chwili.
Telefon jeszcze działa?
Esemesy przychodzą bez przerwy. Czasami z numerów, których nie znam. Z podziękowaniami za te lata. Jeden mi utkwił w pamięci: „Teraz już mi telewizor do niczego niepotrzebny". Skoczkowie podchodzą, mówią, że będzie im mnie brakowało. Cieszę się, że byłem częścią tej rodziny. Pewnych chwil nie zapomnę do końca życia. Predazzo, gdzie jako jedyny skoczek wygrałem obydwa konkursy mistrzostw świata. Sapporo, gdzie przegrałem medal na dużej skoczni, ale na mniejszej zwyciężyłem w niesamowitym stylu. To wszystko się teraz przeplata we wspomnieniach, sukcesy i porażki.
Najważniejsza osoba poznana dzięki skokom?
Cieszę się, że mogłem skakać z Jensem Weissflogiem, naśladowałem go od dziecka. I pozostał moim wzorem. Ale sukcesy otworzyły mi wiele innych drzwi. Pamiętam kolacje z premierami, z prezydentami. Trudno wymienić wszystkich, więc powiem o osobie, której spotkać nie miałem szansy. Nie jestem wyznania katolickiego, my, protestanci, nie uznajemy papieża, ale zawsze marzyłem o audiencji u Jana Pawła II. Były propozycje, ale strasznie oficjalne. Byłyby media, oficjele, a ja tego nie lubię. Marzyłem o tym, by z tak wielkim człowiekiem spotkać się bardzo prywatnie. Kilka razy się do tego zbieraliśmy z żoną. Wiem, że Jan Paweł II był  fanem narciarstwa, i do dziś żałuję, że nam się nie udało.
Wyobraża pan to sobie: następna zima, a pan siedzi przed telewizorem i ogląda konkursy?
Nie, będę zakładał biegówki – i z domu. Jeszcze nie wiem, czy będę w skokach nadal uczestniczył już tylko jako widz, czy pozostanę bliżej. Na pewno z nimi nie zerwę.
Zgodziłby się pan komentować je w telewizji?
Nie zastanawiałem się jeszcze, czy to by mnie cieszyło. Nie dostałem żadnej propozycji. Wielu sportowców tak zrobiło. Może bym spróbował?
Jest pan już gotowy, by zostać celebrytą?
Wiem, że życie się zmienia. Pora otworzyć nowy rozdział. Ale potrzebuję czasu, muszę sam zrozumieć, czego teraz chcę, a nie mogłem się takim rozmyślaniom oddać wcześniej, bo nie przygotowałbym się dobrze do Vancouver i mistrzostw w Oslo.
Ale wie pan już przynajmniej, czy „Taniec z gwiazdami" wchodzi w grę?
Nie, taniec nie.
A rajdy? Coraz głośniej o tym, że miałby pan w nich startować.
W każdej plotce jest trochę prawdy. Żyję również motoryzacją, sam mam terenówkę, którą jeżdżę po górach, żeby odreagować. Ale czy chcę to robić wyczynowo, jeszcze sobie nie odpowiedziałem.
To może będzie pan pracował ze swoim menedżerem Edim Federerem, pomagał mu jak Andreas Goldberger, albo przejmie pan niektórych jego skoczków?
To jest trudny temat. Edi jest bardzo chory. Jest niewielka szansa, że z tej choroby wyjdzie i będzie dalej pracował. W tym momencie wszystkim zajmuje się jego księgowy. Nawet kontakt z Edim jest teraz trudny. Nie piszę esemesów ani nie dzwonię, żeby go nie męczyć. Kiedy ostatni raz odwiedziłem go w Bischofshofen podczas Turnieju Czterech Skoczni, nasza rozmowa wyglądała tak, że Edi miał przed sobą komputer i pisał to, co chciał powiedzieć. Zmęczyło  go wystukanie dwóch słów. Człowiek, który tak kochał życie, dziś jest niewolnikiem własnego ciała. Umysł pracuje, ciało nie i nie mogą na to znaleźć żadnego lekarstwa.
Z Federerem jesteście nie tylko współpracownikami, ale przyjaciółmi, tak jak przyjacielem Ediego, a nie tylko partnerem w interesach, jest właściciel Red Bulla Dietrich Mateschitz. Może pan został już wskazany jako następca?
To prawda, że wiele spraw załatwialiśmy po przyjacielsku. Byłem od początku wspierany przez  austriackiego Red Bulla i wiem, że oni chcą ze mną zostać. Mam kontakt z polskim oddziałem, ale wszystkie decyzje zapadały w Austrii. Edi załatwiał sprawy bezpośrednio z Mateschitzem. Mnie taka praca zawsze pociągała. Moja żona jest menedżerem trzech skoczków: Grzegorza Miętusa, Andrzeja Zapotocznego i Olka Zniszczoła. Może będę jej pomagał, jeśli będzie chciała.
Słyszał pan słowa Hannu Lepistoe, że karierę kończy skoczek wszech czasów?
Cieszę się, że tak uważa najlepszy trener na świecie. On wie, jak ciężko pracowaliśmy. Nigdy się nie zdarzyło, że próbowałem się wymigać od treningu, bo byłem zmęczony. Mówiłem: Bolą mnie nogi. Hannu odpowiadał: Gut, znaczy, że trening był dobry. A skoro on uważał, że to dobrze, to mi wystarczało. Myślę, że z innym trenerem bym odpuścił, ale jemu zaufałem całkowicie.
Hannu powiedział też: Adam nie jest egoistą. Gdyby był, wygrałby dużo więcej, ale cieszę się, że tego nie sprawdziliśmy.
Trudno mówić o sobie. Staram się dawać ludziom to, czego sam oczekuję od innych. Nigdy nie chciałem być jednym z tych zawodników, którzy jak coś osiągną, to wbijają się w dumę. Tak było, choć może głupio to teraz mówić, ze Svenem Hannawaldem. Jak mu dobrze szło, to nie widział nic poza sobą. Trudno mu było „cześć" powiedzieć. Z Martinem Schmittem na odwrót: jak wygrywał, miałem z nim świetny kontakt. A jak jego zwycięstwa się skończyły, kontakt się urwał. Każdy reaguje inaczej. Ja po prostu lubię ludzi i muszę ich mieć obok siebie. Bywały różne sytuacje. Czasami miałem lecieć na zawody samolotem sponsora i gdy chciałem zabrać chłopaków z kadry, a słyszałem odmowę, to wolałem nie lecieć, tylko jechać z nimi.
Dlatego tak długo nie mógł się pan zdobyć na prośbę o utworzenie Teamu Małysz?
Edi przekonywał mnie do tego od dawna. Ale ja miałem wyrzuty sumienia. Czułem niepokój, jak to będzie, że może ktoś się poczuje urażony, będzie mi to wypominał. Musiałem dojrzeć, tak jak z zakończeniem kariery. Wiedziałem od początku, że chcę ją zakończyć, będąc mocny. Tak jak to kiedyś zrobił w Oslo Weissflog. Bo gdy kończysz karierę w kryzysie, mało kogo to obchodzi. Po prostu przegrałeś i schodzisz ze skoczni. Tak mi szkoda Andreasa Kuettela: mistrz świata sprzed dwóch lat, jest bez formy i kończy tutaj karierę po cichu.
Gdy pan 26 marca po pokazowym konkursie w Zakopanem zejdzie ze skoczni, już nie będzie odwrotu? Nie zmieni pan decyzji jak Janne Ahonen?
Nie zmienię. Gdy rozmawiałem po czwartkowym konkursie z Hannu, powiedział: Adam, obiecaj mi jedno. Że nie popełnisz błędu Janne. Odpowiedziałem mu: Nie popełnię, bądź tego pewny.
Rozmawiał w Oslo Paweł Wilkowicz
Posłuchaj fragmentów rozmowy z Adamem Małyszem
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA