fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rewolucje w krajach arabskich

Krwawa bitwa o strategiczne miasto w Libii

W toczonych po południu walkach rannych zostało kilkadziesiąt osób
Fotorzepa, Kuba Kamiński kkam Kuba Kamiński Kuba Kamiński
Jerzy Haszczyński
Rewolucjoniści świętowali wieczorem odparcie ataku na miasto Brega. Oddziały Kaddafiego używały żywych tarcz, a ich dowódcy grozili śmiercią wycofującym się żołnierzom
Korespondencja Jerzego Haszczyńskiego i Kuby Kamińskiego z Libii
Atak na 20-tysięczną Bregę, miasto szczególnie ważne dla przemysłu naftowego Libii, zaczął się o 3 nad ranem. Kilkadziesiąt samochodów nadjechało od zachodu, drogą z Syrty, rodzinnego gniazda Muammara Kaddafiego. Po kilku godzinach walki toczyły się w przemysłowej dzielnicy zwanej Area 1, na małym uniwersytecie Jasnej Gwiazdy i w centrum.
Galeria zdjęć Kuby Kamińskiego z frontuGdy dojeżdżaliśmy do miasta około 14, nie było wiadomo, w czyich jest rękach. Z głośnika naszego samochodu dobiegały informacje Radia Wolna Libia. Co chwilę inne. Mieszkańcy Bregi dzwonili i mówili raz o odbiciu z rąk kaddafistów zakładów naftowych, raz o ich ponownym przejęciu. Nie wiedzieliśmy, czy nie wjedziemy wprost na teren opanowany przez oddziały Kaddafiego, według którego jesteśmy w Libii nielegalnie i powinniśmy być za to ukarani.
Na ostatnim posterunku przed Bregą zebrało się kilkadziesiąt samochodów, w tym terenowe toyoty z żołnierzami, którzy przeszli na stronę rewolucji, i bojownikami w cywilu, mające na pakach działka przeciwlotnicze. Nagle, o 14.30, usłyszeliśmy odgłos samolotów. Jeden było wyraźnie widać. Masa ludzi rzuciła się do ucieczki, samochody zaczęły się rozjeżdżać w różne strony, by nie być łatwym celem dla samolotów.
Razem z dwójką dziennikarzy kanadyjskich i jednym francuskim pracującym dla szwajcarskiego dziennika pobiegliśmy do naszego busika i ruszyliśmy boczną drogą w kierunku dzielnicy mieszkaniowej Bregi. Samolot zrzucił bombę kilkaset metrów od posterunku. Widać było kłęby czarnego dymu. Kilka godzin później usłyszeliśmy od świadka wydarzeń, że oddziałom rewolucyjnym udało się strącić jeden z dwóch samolotów, które atakowały wczoraj miasto. W środę nie udało się potwierdzić tej informacji.
Brega leży 240 km na południowy zachód od Bengazi, największego miasta wschodniej Libii i stolicy rewolucji rozpoczętej 16 lutego, przy głównej nadmorskiej drodze do Trypolisu. W dzielnicy przemysłowej miasteczka, które przez dwa tygodnie cieszyło się wolnością od władzy Kaddafiego, jest lotnisko i kluczowy dla kraju port przeładunkowy ropy. Przejęcie lotniska umożliwiłoby kaddafistom przesłanie znacznych sił drogą lotniczą i rozpoczęcie lądowego ataku na Bengazi i inne miasta, które wyrwały się spod panowania dyktatora.
– Kaddafi chciał pokazać Zachodowi, że panuje nad  przemysłem naftowym. Czyli że nadal jest najważniejszy w Libii i z nim należy rozmawiać – powiedział mi Naser Mohamed, inżynier informatyk z tutejszych wielkich zakładów naftowych Sirt Oil Company. Nie wiedział jeszcze wówczas, że Kaddafiemu się to nie udało.
Gdy wjeżdżaliśmy do dzielnicy mieszkaniowej zwanej Area 3, wciąż słychać było strzały. Samochody z dużą szybkością uciekały z miejsc, gdzie toczyły się walki. Skręciliśmy w kierunku dużego budynku i z przerażeniem stwierdziliśmy, że wisi nad nim zielona flaga kaddafowskiej Libii.
Rewolucjoniści na swoich gmachach wywieszają sztandary w poziome pasy czerwono-czarno-zielone z białym półksiężycem i pięcioramienną gwiazdą. – Zawracamy! – krzyknął jeden z dziennikarzy. Samochód zatrzymał się gwałtownie. – Spokojnie, to szkoła – powiedział nasz przewodnik Muhammad. Szkoły są zamknięte od  dwóch tygodni i nikt nie zdążył na nich wymienić flag.
Przed szpitalem pogotowia ratunkowego stało kilkuset mężczyzn, w pełnej gotowości było kilkudziesięciu lekarzy, w tym 15, którzy specjalnie przyjechali z pomocą z Bengazi. Nie było natomiast ofiar. Kaddafiści, jak mówili oburzeni ludzie, nie pozwalali zabierać z ulic zabitych ani rannych. Grozili śmiercią kierowcom karetek. Mówili też, że dowódcy nie pozwalali się wycofywać żołnierzom, grozili im rozstrzelaniem, jeżeli nie będą chcieli dalej zdobywać miasta.
Nagle pojawiła się pierwsza karetka na sygnale. Jakiś mężczyzna zaczął łkać i wznosić ręce ku niebu. Otoczył go tłum próbujący go pocieszyć, w  chwili gdy dowiedział się o  śmierci krewnego. Z kilkuset gardeł wydobył się gniewny krzyk: „Nie ma innego Boga niż Allah. A Muammar jest wrogiem Allaha". – Śmierć Kaddafiemu! – grozili inni.
Potem wjeżdżały następne karetki. Tłum wyciągał zmarłych, kładł na łóżku szpitalnym i przykrytych prześcieradłami wiózł do kostnicy, malutkiej, jak budka strażnika, śpiewając pieśni o męczeństwie. Do tego szpitala przywieziono sześć zwłok. Wieczorem mówiono o 14 zabitych w Bredze.
– Kaddafi jest bezwzględny. W dzielnicy przemysłowej na  własne oczy widziałem, jak jego żołnierze, wycofując się, wzięli dzieci jako zakładników i użyli ich jako żywych tarcz – opowiadał dr Ramzi Szehi, lekarz medycyny sądowej z Bengazi, który gdy tylko usłyszał o ataku na Bregę, z samego rana tu przyjechał. – Dzieciom użytym jako żywe tarcze nic się nie stało – dodał – ale kilkoro innych dzieci, z jednej rodziny, zostało rannych.
Tłum ludzi przed szpitalem przekazywał sobie informacje i pogłoski z frontu. Przerażenie wzbudziła plotka, że w kierunku miasteczka ruszyli czarnoskórzy najemnicy z położonej 250 kilometrów stąd oazy Dżalu. Mówiono też o najemnikach walczących na uniwersytecie Jasnej Gwiazdy, gdzie bitwa trwała najdłużej.
– Nic nie wiem o najemnikach. Wśród stu złapanych jeńców nie ma żadnego obcokrajowca, sami Libijczycy – powiedział mi wieczorem Mustafa Geriani, rzecznik władz rewolucyjnych w Bengazi.
Strzały na wiwat zaczęły się przed zmrokiem. Miasto zostało odbite, wojska Kaddafiego się wycofały. To symboliczna porażka dla dyktatora. I znaczne wzmocnienie morale rewolucjonistów, którzy od kilku dni nie odnosili sukcesów. Wielu ludzi bało się ostrego kontrataku na Bengazi, wspominano nawet o możliwości użycia broni chemicznej.
– Kaddafi przegrał bitwę w swoje ukochane święto – podkreślał inżynier Abdul Wahab.
2 marca to Sultat Szaab, Święto Władzy Ludu, obchodzone od 1977 roku na pamiątkę utworzenia kaddafowskiej Dżamahirii Ludowo-Socjalistycznej. Był to dzień wolny od pracy, przeznaczony na akademie i pochody, a w Bengazi zbierał się pseudoparlament: Powszechny Kongres Ludowy. Swoiste obchody urządził sobie wczoraj w Trypolisie Muammar Kaddafi, na spotkanie w wielkim beduińskim namiocie pojechał samochodzikiem przeznaczonym do jeżdżenia po polu golfowym. Wcześniej w wystąpieniu telewizyjnym zapowiedział, że będzie walczył „do ostatniego mężczyzny i ostatniej kobiety".
Tym razem w pierwszym mieście zaatakowanym przez jego wojska na opanowanym przez buntowników wschodzie kraju libijski lud, jak o sobie mówią rewolucjoniści, odniósł zwycięstwo nad pomysłodawcą święta.
Wieczorem we wschodniej Libii tysiące ludzi cieszyły się ze zwycięstwa w Bredze. Przy bramie wjazdowej do następnego miasta, Adżdabii, pod którą dzień wcześniej lotnictwo rządowe próbowało zniszczyć magazyny z bronią, strzelano na  wiwat nawet z dział przeciwlotniczych. W Bengazi nad budynkiem sądu, gdzie teraz urzędują władze rewolucyjne, wystrzeliwano fajerwerki.
– To była bardzo ważna bitwa. Ludzie byli mocno zaniepokojeni, gdy usłyszeli rano o ataku. To, co się stało, to wspaniały sygnał dla rewolucji. Teraz wszyscy czują się tu bezpieczniej – powiedział mi Mustafa Geriani, rzecznik władz rewolucyjnych w Bengazi. – Oczywiście chciałbym, by dyktator padł za kilka godzin. Ale przed nami jeszcze długa droga. Kaddafi i jego ludzie są zdolni do wszystkiego.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA