fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kultura

Czesiek by u nas bywał

Choć praCoVnia to tylko mały osiedlowy klub, na koncerty potrafi tutaj przyjść i 150 osób
Materiały Promocyjne
Wola ma Chłodną 25, Śródmieście – Powiększenie, zaś oazą na żoliborskiej pustyni kulturalnej jest praCoVnia art club. Niepozorna piwnica tętni życiem i uzależnia
Niby to tylko 120 metrów kwadratowych w delcie między ulicą Słowackiego a Popiełuszki. Prostokątne pomieszczenie, bar, małe stoliki – ot, rutyna. A jednak mówimy o czymś więcej niż miejscu, gdzie wpada się na wyszukane piwo.
[srodtytul]Z potrzeby serca[/srodtytul]
Lokal aspiruje do miana lokalnego centrum artystycznego – muzyka, spotkania, wystawy, przedstawienia, filmy.
[wyimek]Miejsce jest wyjątkowe, bo ludzie są wyjątkowi. W praCoVni traktowani jak ktoś więcej niż tylko klient[/wyimek]
Dogadano się z wydawnictwem Czarne, dzięki czemu działa wymiana książek. Wśród kupców biletu na koncerty losowane są wejściówki do kina Muranów. Granie na żywo jest magnesem. A gra się tu tak, by „uwznioślać, nie ogłuszać”. Folkowo, transowo, trochę jazzowo.
– To, co etniczne, pozostanie uwypuklone, ale jedynym wyznacznikiem gatunkowego profilu praCoVni jest to, czy tworzy się muzykę z potrzeby serca, czy z potrzeby portfela – zarzeka się Radosław Gierszewski, nagłośnieniowiec. To o nim i o jego studiu nagraniowym zespół Vavamuffin śpiewa: „U Papy Radara na Tarchominie gra (...) muzyka”. Z praCoVnią jako realizator dźwięku jest związany od pierwszego dnia. Dziś jest jej współwłaścicielem.
– Urzekła mnie energia, jaką muzycy są tu w stanie wydobyć podczas koncertu. I rezonans, w jaki wpada publiczność pod ich wpływem. Miejsce to ma ducha.
I można go usłyszeć – przekonuje.
Sporo spośród 500 występów rzeczywiście miało niepowtarzalny charakter.
Choćby ten, gdy perkusjonista Kuba Pogorzelski przyjechał z Mali z grającym w narodowej orkiestrze na harfie afrykańskiej Adamą Kamissoko. PraCoVnia głośno chwali się swoimi „muzycznymi dziećmi” – Alamutem czy Żywiołakiem.
Na tego ostatniego przychodziło 150 osób, a jeszcze znalazło się miejsce na szalone tańce.
Robert Jaworski, lider żywiołaczej sfory, wraca w sobotę z nowym projektem jako Roberto DELIRA. Coraz więcej zespołów w praCoVni chce zresztą zagrać. Zabawne, że klub ten – w obecnej postaci – powstał przez przypadek.
[srodtytul]Więcej niż klienci[/srodtytul]
Krzysztof Walczak, inżynier elektryk z dyplomem Politechniki, jako jeden z pierwszych budował w Polsce szkieletowe domy kanadyjskie. Zrobił sobie przerwę, po czym skoncentrował się na tym, co sprawia mu przyjemność. Lubił bilard – otworzył klub bilardowy. Kolega Maciek „Grucha” Kołodyński po Mikołajkach Folkowych w Lublinie namówił go do zorganizowania w nim koncertu ukraińskiego zespołu.
Cudzoziemcy nie za bardzo mieli za co wrócić do ojczyzny, do tego wszystkie oczy były wówczas zwrócone na ich kraj za sprawą pomarańczowej rewolucji. Jako że Walczak dzielił z „Gruchą” sympatię do muzyki folkowej, nie trzeba go było namawiać. Trzeba było za to wynieść pięć stołów bilardowych, każdy po 300 kg. Ale było warto. Przyszło 100 osób, głównie Ukraińców. To dało panom do myślenia.
– Zaczęliśmy się z Maćkiem rozglądać, bo to jednak nie były to miejsce i ta widownia. Zdarzają się wyjątki, ale biedna, robotnicza, tramwajarska Wola w muzyce nie gustuje – mówi Walczak.
Wraz z dwoma wspólnikami znaleźli więc praCoVnię. Kupili, nie zmieniając nazwy. Dziś, po czterech i pół roku, z tamtej paczki pozostał tylko Walczak. Ale – co ważniejsze – zostały też założenia. Do Walczaka i Gierszewskiego jako wspólnik dołączył Wojtek Łasicki, dawny radiowiec, dziś organizator koncertów w Domu Kultury Praga.
– Ja tu przez pięć lat byłem meblem – śmieje się. – Moje pierwsze przyjście skończyło się balowaniem ze wszystkimi, których poznałem. Zbudowaliśmy bar, postawiliśmy ściany, uczestniczyłem w budowaniu sceny – mówi z dumą.
Jak zapewnia – miejsce jest wyjątkowe, bo ludzie są wyjątkowi. Siedemdziesiąt procent tych, którzy przychodzą wieczorem na piwko, jest czymś więcej niż klientem. Nieznajomi przysiadają się do stolików, wychodzą już skumplowani.
– Jestem z dzielnicy i kiedy potem spotykam się z klientami, przystaję pogadać. Mamy wspólne problemy – opowiada Łasicki. Jest już nawet dwójka „praCoVnianych“ dzieci. – Być może i więcej, ale o dwójce wiemy – śmieje się.
Właściciele wiedzą, jak zjednywać klientów, i zdają sobie sprawę, że dzielnica, w której się znajdują, jest wyjątkowa. Seniorzy w godzinach 16 – 18 mogą liczyć na darmową kawę. Trzy razy do roku organizowany jest pokaz przedwojennych, żoliborskich zdjęć.
[srodtytul]Wymarzony Żoliborz[/srodtytul]
A sąsiedzi i tak potrafią dopiec. Jedyny mieszkający nad praCoVnią lokator śle donosy. Któregoś dnia właściciele dobijali się do niego, by wyjaśnić sprawę. Telewizor ryczał na całego. Okazało się, że osoba ta ma... problemy ze słuchem. Mimo przeszkód i nikłych zysków (do koncertów regularnie trzeba dopłacać) właściciele zapowiadają konsekwencję.
– Chcemy rozwijać się w awangardowym kierunku. Żoliborz jest wymarzonym miejscem do robienia takich rzeczy – stwierdza Łasicki.
Warszawiacy wciąż będą mogli wpaść, zrelaksować się przy seansie tybetańskich gongów, posiedzieć w towarzystwie szanowanych bywalców: Wojtka Krzaka (Kapela Ze Wsi Warszawa), Maćka Korby czy Ryśka Lateckiego (Kawalerowie Błotni).
– Żałuję tylko tego, że Czesław Niemen nie może do nas przyjść. Nasz żoliborzanin często tu grywa, miewa nawet całe koncerty – przyznaje z nostalgią współwłaściciel.
[link=http://www.pracovnia.pl/]www.pracovnia.pl[/link]
Źródło: Życie Warszawy
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA