Jak postrzega pan inicjatywę local content?

Nasz sektor publiczny trochę zachłysnął się w latach 90. XX wieku nowymi technologiami i możliwościami wejścia na rynek przez firmy zachodnie. To wszystko było oczywiście konieczne, żeby polską gospodarkę podźwignąć po latach niewydolnego socjalizmu i wykonać skok technologiczny. Natomiast dziś – po 35 latach bardzo udanej transformacji – jesteśmy już w innym miejscu.

Najwyższy czas „przestawić wajchę” i zacząć chronić to, co mamy, a także myśleć kompleksowo o modelu gospodarczym na kolejne dekady. Model oparty na taniej sile roboczej, dobrej demografii i prostym imporcie technologii z Zachodu po prostu się wyczerpuje. Jeśli chcemy, by nasze państwo rozwijało się równie dobrze jak dotąd, musimy szukać nowego modelu rozwoju. Stąd właśnie idea local contentu.

Widać wyraźnie, że to nie jest trend ostatnich miesięcy, ale kilku ostatnich lat. Wszyscy zorientowali się, że mechaniczne kopiowanie szymelka zamówień publicznych i stosowanie wyłącznie kryterium najniższej ceny prowadzi donikąd. Coraz częściej pojawiają się próby zmiany systemu zamówień publicznych i wprowadzania kryteriów uwzględniających odporność państwa, jego interes oraz długofalowe korzyści, a nie wyłącznie krótkoterminową oszczędność.

Myśląc o local contencie, automatycznie myśli pan o jednoczesnej zmianie podejścia do zamówień publicznych?

Zdecydowanie tak. Rola sektora publicznego w budowie local contentu jest absolutnie kluczowa. Rolą prywatnych firm jest dostarczenie dobrego, konkurencyjnego produktu, jednak ostatecznie wszystko rozbija się o regulacje i praktyki zamawiających.

Dlatego uważam, że local content i zamówienia publiczne są ze sobą „syjamsko połączone”. Bardzo istotne są dokumenty przyjęte przez Radę Ministrów w ostatnich miesiącach – nowa polityka zakupowa państwa oraz nowa definicja local contentu. Widać tam wyraźny zwrot w kierunku kryteriów pozacenowych: bezpieczeństwa, odporności państwa, wpływu środowiskowego czy lokalnych korzyści gospodarczych.

Coraz większe znaczenie mają kryteria związane z cyklem życia produktu, dostępnością serwisu czy kompleksowością oferty. To bardzo dobry kierunek. Kluczowe będzie jednak to, jak nowe zasady przyjmą się w praktyce wśród zamawiających.

Krytycy mogą zarzucić, że local content to po prostu forma protekcjonizmu.

To bardzo ważna uwaga, bo granica w tym przypadku jest rzeczywiście cienka. Bardzo łatwo pod hasłem local contentu uciec w prosty i szkodliwy protekcjonizm. Taki protekcjonizm polega na mechanicznym odcinaniu lepszych i bardziej konkurencyjnych produktów od rynku, co w efekcie szkodzi interesowi publicznemu.

Local content oznacza jednak coś zupełnie innego – szersze spojrzenie na wpływ zamówień publicznych na otoczenie. Jeśli bierzemy pod uwagę kwestie środowiskowe, ślad węglowy, lokalny rynek pracy czy aspekty społeczne, to naturalnie pojawia się pytanie, czy krótkoterminowa oszczędność jest warta pogorszenia jakości życia mieszkańców. Ludzie chcą jakości życia, bezpieczeństwa i dobrego otoczenia. I właśnie to powinno znaleźć odzwierciedlenie w zamówieniach publicznych – niezależnie od tego, czy kupujemy wiertarkę, czy budujemy wielką inwestycję infrastrukturalną.

Czytaj więcej

Port Polska ma być hubem bezpieczeństwa

Tramwaje Warszawskie wdrażają już takie rozwiązania?

Tak. Kilka dni temu ogłosiliśmy przetarg na zakup nowych tramwajów – 20 sztuk z opcją rozszerzenia zamówienia o kolejne 42 pojazdy. Jednym z kryteriów, na razie jeszcze niewielkim, jest ślad węglowy generowany przy transporcie.

To pierwszy w Polsce duży, samorządowy przetarg z uwzględnieniem local contentu. Mówimy bowiem o przetargu wartym setki milionów złotych, a po uwzględnieniu opcji dodatkowej – nawet ponad miliard złotych.

Zaproponowane przez nas rozwiązanie nikogo nie dyskryminuje. Każda firma – niezależnie od kraju pochodzenia czy struktury właścicielskiej – może tak zorganizować swój łańcuch dostaw, aby ograniczyć ślad węglowy i zdobyć dodatkowe punkty w przetargu.

Można uznać, że Tramwaje Warszawskie są pionierem local contentu w samorządach?

W takiej skali – z pewnością tak. Przetargów są oczywiście setki tysięcy, ale tutaj mówimy o ogromnym postępowaniu i bardzo wyraźnym zastosowaniu nowych zasad polityki zakupowej państwa.

Jednym z najważniejszych elementów local contentu jest odporność państwa na zakłócenia łańcuchów dostaw – zarówno gospodarcze, jak i polityczne czy militarne. Świat staje się coraz bardziej niestabilny i te kwestie mają dziś ogromne znaczenie. Jeśli chcemy zapewnić bezpieczeństwo dostaw i stabilność cen, to naturalne jest dążenie do możliwie krótkich łańcuchów dostaw.

Jednocześnie Polska funkcjonuje w jednolitym rynku UE. To się nie kłóci?

I właśnie dlatego kryteria muszą być niedyskryminacyjne. Nie można napisać wprost, że chcemy firmy z konkretnego kraju czy regionu. Kryteria muszą być uczciwe dla wszystkich uczestników rynku europejskiego.

Jednocześnie wiemy już, że firmy, którym trudniej będzie skrócić łańcuch dostaw, prawdopodobnie będą próbowały takie rozwiązania podważać. Pojawia się więc pytanie, czy uda się obronić takie zapisy przed Krajową Izbą Odwoławczą (KIO) i sądami.

Kto powinien być liderem wprowadzania local contentu – samorządy czy spółki Skarbu Państwa?

Wszyscy. Natomiast specyfika poszczególnych podmiotów jest różna. Niektóre spółki Skarbu Państwa nie podlegają przepisom prawa zamówień publicznych w takim zakresie jak jednostki samorządu terytorialnego. Z kolei samorządów są tysiące – od województw, przez powiaty, po małe gminy wiejskie. Dlatego kluczowe znaczenie ma edukacja, a także zdefiniowanie i wdrażanie dobrych praktyk. Każdy patrzy z uwagą na większych graczy. Uważam więc, że jako jedna z większych spółek komunalnych w Polsce mamy obowiązek przecierać te szlaki i pokazywać innym, jak można to robić.

Czytaj więcej

Możemy dojść do 75 proc. local content w energetyce wiatrowej na lądzie

Zakłada pan optymistycznie, że local content się po prostu przyjmie?

Tak, bo local content nie jest wyłącznie zestawem przepisów. To przede wszystkim idea i sposób myślenia o naszej gospodarce. Jednocześnie trzeba bardzo uważać, aby nie przekroczyć granicy między zdrowym wspieraniem własnej gospodarki a nielegalnym protekcjonizmem. Państwo musi być w tej sprawie jednak konsekwentne i wiarygodne. Wielu zamawiających obawia się konsekwencji niestandardowych działań.

Dlaczego?

Przeciętność, powtarzalność jest bezpieczna. Działania wyprzedzające przeciętność w przeszłości kończyły się nieraz kontrolami, przesłuchaniami, a nawet wieloletnimi procesami. Jeśli państwo wyznacza nowe kierunki, to powinno również gwarantować bezpieczeństwo tym, którzy będą je wdrażać. Branża oczekuje, że działania państwa będą spójne, a jego struktury będą działać jednoznacznie. Nie można jednocześnie wyciągać do nas jednej ręki, a drugiej w tym samym czasie wykręcać. Niestety, historia pamięta takie przypadki. Wielu włodarzy czy prezesów tłumaczyło się już z niestandardowych, nieraz ryzykownych transakcji, przeprowadzanych jednak w dobrej wierze.

To logiczne i możliwe, bo przecież państwa zachodnie od dawna stosują local content.

Oczywiście. Przykładowo, francuskie firmy w Polsce kupują francuskie samochody, korzystają z francuskich doradców i ubezpieczycieli, ale nie znajdzie pan jednego przepisu, który by to formalnie nakazywał. To efekt wieloletniej świadomości gospodarczej.

Inny, konkretny przykład sprzed roku to głośna sprawa próby przejęcia hiszpańskiego producenta taboru kolejowego Talgo przez naszą PESĘ. Z tego, co wszyscy słyszeliśmy, strona hiszpańska po prostu nie zgodziła się na taką transakcję. I to też pokazuje, że państwa zachodnie od dawna chronią swoje strategiczne interesy gospodarcze. Musimy zrozumieć, że albo gramy według tych samych zasad, albo zawsze będziemy słabsi.

My tak dotychczas nie działaliśmy, choć Polska po 1989 r. wybrała optymalny model rozwoju. Dowodzą tego liczby. Wtedy nie było alternatywy – musieliśmy importować technologie i budować kapitalizm od podstaw. Zachód miał na to 50 lat więcej. Dziś jednak wchodzimy w nowy etap rozwoju gospodarczego. Już nie chcemy tylko kopiować rozwiązań z zewnątrz. Chcemy sami rozgrywać karty.

W których branżach Polska ma dziś ku temu największy potencjał?

Dobrym przykładem jest offshore, czyli morska energetyka wiatrowa. Polska zaczyna budować kompetencje i szuka możliwości wejścia do łańcucha dostaw na wyższych poziomach wartości dodanej. To bardzo ważne, bo offshore będzie jednym z filarów polskiej polityki energetycznej.

A czy local content nie będzie wymagał stworzenia nowych mierników?

To absolutnie konieczne. Pojawia się wiele pytań: jak mierzyć local content, jak traktować firmy z zagranicznym kapitałem, ale działające i produkujące w Polsce, zatrudniające Polaków? Dlatego bardzo potrzebne są prace nad miernikami i standardami. One się już toczą. Sama idea została już przedstawiona, ale teraz trzeba ją uporządkować i przełożyć na praktykę.

Jakie znaczenie będzie miało w tym kontekście stanowisko Krajowej Izby Odwoławczej?

Ogromne. Liczę, że KIO będzie brała pod uwagę kierunki wskazywane w strategicznych dokumentach polityki państwa. Dziś wszyscy widzimy, że dotychczasowy model rozwoju naturalnie się wyczerpuje. Doszliśmy do momentu, w którym jesteśmy bardzo dobrzy w tym, co robimy, ale przed nami pojawia się ściana.

Kapitalizm jest brutalny – silniejszy zawsze dominuje słabszego. Dlatego musimy cały czas wspinać się po drabinie wartości dodanej. Ten, kto tylko „skręca śrubki”, zarabia najmniej. Największa wartość powstaje tam, gdzie są technologie, kompetencje i własne know-how.

Dlatego local content powinien służyć nie tylko zwiększaniu udziału polskich firm w rynku, ale także budowaniu kompetencji technologicznych, które później pozwolą nam eksportować produkty i wzmacniać pozycję Polski jako regionalnego centrum gospodarczego.