fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

W internetowym podziemiu

Fotorzepa, Marcin Łobaczewski MŁ Marcin Łobaczewski
Podstawową cechą projektu zakładającego wprowadzenie w Polsce dowodów biometrycznych, który realizuje rząd Donalda Tuska, jest jego tajemniczość – pisze informatyk i publicysta
Projekt wprowadzenia w Polsce dowodów biometrycznych wzbudza wśród przedsiębiorców ogromne nadzieje. Liczą oni, że jego skuteczna realizacja pchnie do przodu sprawę zastosowania podpisu elektronicznego, który w naszym kraju praktycznie nie istnieje, choć już w 2001 r. prezydent Aleksander Kwaśniewski zapowiadał jego błyskawiczny rozwój. Okazało się to jednak wyłącznie propagandową zagrywką.
Wprowadzenie dowodu, w którym w formie elektronicznej zapisany będzie podpis obywatela, ma w założeniu projektodawców (byli to, o czym warto przypomnieć, członkowie rządu Jarosława Kaczyńskiego) stworzyć warunki, które umożliwią upowszechnienie w społeczeństwie polskim gospodarki „napędzanej wiedzą”, co jest też priorytetem Unii Europejskiej.
[srodtytul]Wielki Brat nie popatrzy[/srodtytul]
Projekt ten wzbudza niepokój Polaków, że zbudowana zostanie ogromna baza, w której zawarte by były dane o tożsamości obywatela w formie biometrycznej i której główną funkcją byłaby wymiana informacji z innymi rejestrami, takimi jak CEPiK, ZUS, PESEL, KEP. Innymi słowy MSWiA planuje zintegrować wszystkie zasoby informacyjne administracji publicznej w jedną wielka bazę danych. To może i powinno budzić obawę Polaków, gdyż jest wizją rodem z genialnej antyutopii Orwella.
Urzędnik naciska klawisz „enter” i wie o petencie czy podejrzanym niemal wszystko – i to w kilka sekund. Sądzę, że Polacy przeceniają jednak – i to bardzo – możliwości organizacyjne naszego państwa. Podam przykład: MSWiA od lat nie może doprowadzić do integracji rejestru – w ramach tego samego ministerstwa – PESEL z rejestrem cudzoziemców. Jeżeli poszczególne departamenty w MSWiA nie umieją ze sobą współpracować, to co dopiero mówić o wymianach informacji między centralnymi urzędami państwa?
Rozumiem niepokój związany z rozwojem informatyki i zbieraniem coraz większej ilości danych o obywatelach przez państwo, jednak nie wierzę, aby w Polsce możliwe było zbudowanie wirtualnej maszyny będącej odpowiednikiem Wielkiego Brata i dlatego jako obywatel i informatyk mam zupełnie inne obawy. Chciałbym, aby projekt realizowany był zgodnie z normami obowiązującymi w UE oraz aby wprowadzenie dowodu biometrycznego nie skończyło się kolejną mordęgą dla obywateli, tak jak to było przy wprowadzaniu systemu CEPiK czy nowych plastikowych dowodów. Chciałbym przede wszystkim dyskutować o konkretnym przebiegu realizacji projektu pl.ID, a nie o marzeniach, utopiach czy nawet usprawiedliwionych – rozwojem mikroelektroniki i informatyki – lękach.
W artykule „Wielka baza danych budzi kontrowersje” („Rzeczpospolita”, 22 stycznia 2010) Katarzyna Szymilewicz z Fundacji Panoptykon słusznie zauważyła, że w gruncie rzeczy my, obywatele, nic o tym projekcie nie wiemy. Jak wygląda jego praktyczna realizacja, czyli ile zaplanowano przetargów, ile ich rozstrzygnięto, kto je realizuje, i najważniejsze – jakie są główne konsekwencje założeń prawno-organizacyjnych projektu pl.ID, który – jeżeli zostanie zrealizowany – diametralnie zmieni życie Polaków? Otóż podstawową cechą projektu pl.ID realizowanego przez rząd Donalda Tuska jest jego antytransparentność.
[srodtytul]Tajemniczy projekt[/srodtytul]
Konkrety biurokratyczne są nudne, ale niestety – lub na szczęście – praktyczne zastosowanie zasad organizacyjnych obowiązujących w UE będzie dowodem na to, czy w Polsce dokonuje się postęp cywilizacyjny, czy nadal grzęźniemy w postkomunistycznym bałaganie.
Projekt unijny – a takim jest pl.ID – rządzi się ściśle określonymi prawami, z których najważniejszy jest obowiązek całkowitej transparentności, czyli obowiązek informowania obywateli o postępach projektu, jego celach, wydatkach itd. Na stronie internetowej MSWiA o tym jednym z trzech największych projektów informatycznych w UE nie ma ani słowa! Są zakładki o PESEL 2 (dawno ukończonym), CEPiK, Polsce cyfrowej, a jakże, ale o projekcie, który dotyczy każdego z nas i na którym firmy informatyczne zarobią mnóstwo pieniędzy, nic.
Zaczynamy więc poszukiwania: u góry stronicy znajdujemy zakładkę „Informatyzacja”, klikamy i w tytułach nowych zakładek szukamy naszego projektu. Nie znajdujemy, więc zaczynamy sprawdzać, co się kryje pod nazwami e-elementarz, e-pułap i w końcu w zakładce „Centrum projektów informatycznych” odnajdujemy nasz projekt. Podsumujmy: informacje o projekcie znajdują się na trzecim poziomie zakładek, czyli w internetowym podziemiu. Gdy klikniemy napis „pl.ID”, to stwierdzamy, że z lektury stronicy poświęconej wprowadzeniu dowodu biometrycznego nie dowiadujemy się tak naprawdę niczego.
Po pierwsze, każdy projekt unijny powinien być prowadzony przez tzw. Komitet Sterujący, których członków mianuje minister – w tym wypadku – MSWiA. Czy taki komitet został powołany? Czy podjął jakieś decyzje, a jeśli tak, to jakie? A może nie został powołany i wszystkie decyzje są nieprawomocne w świetle unijnego prawa? Po drugie, każdy unijny projekt powinien być opisany w dokumencie nazywanym MasterPlan. Dokument ten, stale aktualizowany, odzwierciedla zmiany wprowadzane w trakcie realizacji projektu.
Gabinet premiera Kaczyńskiego przyjął MasterPlan dla pl.ID. Czy rząd premiera Tuska wprowadził w nim zmiany? Czy w ogóle MasterPlan istnieje? Nic o tym nie wiemy, ponieważ zamiast informacje o projekcie pl.ID upowszechniać, urzędnicy MSWiA starannie je ukrywają. Dlaczego?
Ostatnio MSWiA poinformowało o wyborze firmy Sygnity, która ma zbudować i wdrożyć w ramach projektu pl.ID Zintegrowany Moduł Obsługi Końcowego Użytkownika (ZMOKU). Brawo! Firma Signity, która powstała kilka lat temu z połączenia ComputerLandu i Emaksu, zarobi 31 mln zł, co niewątpliwie wpłynie na jej kondycję finansową. Problem jednak w tym, że w założeniach do ustawy o dowodach osobistych – napisanej w okresie rządów PO – w jej części finansowej tego typu moduł w ogóle nie widnieje! Dlaczego w takim razie MSWiA zorganizowało przetarg, gdzie i w jakim dokumencie odnotowuje się potrzebę wdrożenia ZMOKU? Tego typu funkcjonalność zawarta jest w MasterPlanie przyjętym we wrześniu 2007 r. przez rząd Kaczyńskiego. Projekt dowodu biometrycznego w wersji rządu PiS jest dokładną odwrotnością tego samego projektu w wersji rządu PO.
[srodtytul]Reforma czy rewolucja?[/srodtytul]
Co zrobić, by z chwilą zmiany miejsca zamieszkania nie zmieniać plastikowego dowodu osobistego, na którym adres jest wygrawerowany? Odpowiedź – w erze elektroniki – jest ewidentna: zapisać na czipie adres i w momencie przeprowadzki zmienić go w uprawnionym do tego urzędzie. Takie było najogólniejsze założenie projektu pl.ID w chwili jego rozpoczęcia przez rząd Jarosława Kaczyńskiego na jesieni 2006 r.
Rząd Donalda Tuska chce natomiast zlikwidować nie tylko obowiązek meldunkowy, ale także adres zamieszkania jako informację obowiązującą dotychczas w dowodzie. Prawdziwa rewolucja o wielorakich społecznych konsekwencjach. Adres zamieszkania, powtórzmy, zniknąłby nawet w formie elektronicznej z dowodu osobistego, a z tego wynika pierwszy dość oczywisty wniosek: jego właścicielem w sensie informacyjnym byłoby państwo, ponieważ adres każdego obywatela byłby umieszczony odtąd tylko w rejestrze PESEL i rejestrze wydanych i utraconych dowodów osobistych. To naprawdę niebezpieczny precedens. Tym bardziej jeżeli przez moment zastanowimy się, jakie obowiązki zostaną nałożone na państwo w momencie wprowadzenia dowodu biometrycznego.
Rozpatrzmy na przykład sytuację odbioru listu poleconego lub zakupu komórki – obywatel zgłasza się do urzędniczki z dowodem, a ta, aby potwierdzić, że ma do czynienia właśnie z Janem Kowalskim mieszkającym w Warszawie przy ulicy Płatniczej 22 m. 1, musi skonsultować rejestr PESEL. Bez tego nie będzie mogła wydać listu. W tej nowej rewolucyjnej koncepcji dostęp do naszych danych osobowych uzyskają nowe liczne urzędy administracji publicznej, ale także przedsiębiorstwa prywatne, banki, ubezpieczalnie, notariusze. Czy ten fakt urzędnicy rządu Tuska wzięli pod uwagę?
W założeniach opracowanych w latach 2006 – 2007 dowód zawierałby adres w formie elektronicznej, który byłby konsultowany przez urzędników np. na poczcie za pomocą tzw. czytników elektronicznych. Koncepcja o wiele prostsza. Nie rozstrzygam, które rozwiązanie jest lepsze. Uważam natomiast, że sprawa wprowadzenia dowodu biometrycznego dotyczy każdego z nas i obowiązkiem MSWiA jest przeprowadzenie dyskusji społecznej na ten temat. Przypomnę, że w okresie rządów PiS projekty informatyczne były konsultowane ze społeczeństwem, a informacje o nich były regularnie publikowane na pierwszej stronie portalu MSWiA, a nie w internetowym podziemiu, tak jak to się dzieje obecnie.
Warto także przypomnieć, że wszystkie kraje, które wprowadziły lub wprowadzają dowody biometryczne, stworzyły specjalne portale internetowe informujące obywateli o funkcjonowaniu nowych dokumentów tożsamości. W Hiszpanii na oficjalnej stronie www.dnielectronico.es można znaleźć wszystkie niezbędne informacje o hiszpańskim elektronicznym dowodzie osobistym. Można na nim przeczytać, kiedy możemy posługiwać się dokumentem oraz jak tego dokonać. Umieszczona jest też instrukcja podłączenia dokumentu do domowego czytnika i posługiwania się nim w kontaktach prywatnych. Podobne portale powstały w Wielkiej Brytanii, Belgii, Estonii.
Na koniec należałoby poinformować czytelników, że adresu zamieszkania na dowodzie biometrycznym nie zlikwidowały Niemcy, Francja, Włochy, Hiszpania, Belgia.
[i]Autor był doradcą PiS i wiceministrem w MSWiA, w okresie, kiedy resortem kierował Ludwik Dorn. Wcześniej pracował jako informatyk we Francji. W latach 1997 – 2003 był szefem projektów informatycznych w MasterCards, Credit Lyonnais, GAN[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA