fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Biznes

Prawdziwi mężczyźni są z Warsa

Dawniej, gdy jeszcze w Warsie panował prawdziwy klimat (niektórzy, młodsi, poprawiają z przekąsem: klimacik), gdy pociąg dojeżdżał do stacji, kelnerzy stali już w oknach. Był to gest kurtuazyjny, mający jednak i przyczyny praktyczne. Liczba wsiadających przekłada się mianowicie na ilość gorących napoi, które można przygotować w ciągu kilku minut, zanim się ruszy dalej.
Fotorzepa, Jerzy Dudek JD Jerzy Dudek
Gastronomiczne zaplecze polskich kolei powoli zdąża ku nowoczesności. Utknęło jednak na stacji prywatyzacja
Marka z potencjałem – zgodnie mówią o Warsie Zbigniew Terek, prezes spółki w latach 2006 – 2008, Czesław Warsewicz, były prezes PKP InterCity, i Waldemar Krzystek – ajent z 30-letnim stażem. Przychylnie, choć już bez entuzjazmu, wypowiada się też obecny szef InterCity Krzysztof Celiński, którego firma chciała odkupić połowę akcji barowo-restauracyjnej spółki od Skarbu Państwa. Nie miała konkurentów, ale resort skarbu właśnie unieważnił przetarg, bo nie satysfakcjonowała go oferta inwestora. I będzie się zastanawiać, co z tą pełną potencjału marką począć dalej.
[srodtytul]Tajemniczy potencjał[/srodtytul]
Na czym ten potencjał polega, już za bardzo nikt nie umie powiedzieć – poza tym, że markę kojarzy każdy Polak, ale niestety nie najlepiej. Wszyscy za to są pewni, że Wars może być bardzo dobrą firmą, zwłaszcza gdyby mógł pojechać dalej już bez Skarbu Państwa. Gdyby jego właścicielem stały się PKP InterCity, a potem odsprzedały część lub całość udziałów komuś, kto się zna na restauracyjno-barowym biznesie, na przykład firmie kateringowej. Choć to przekonanie podziela także Ministerstwo Skarbu, spółka jakoś nie może ruszyć samodzielnie dalej, choć o prywatyzacji mówi się od ładnych kilku lat. Wars i tak uzależniony jest od InterCity, bo zawarte z nimi umowy zapewniają im dziś ok. 90 proc. przychodów. Dlatego Celiński mówi: – Możemy zmodyfikować naszą ofertę zakupu, ale to wymaga czasu. Pod koniec roku mieliśmy pilniejsze wydatki. – I dodaje dyplomatycznie: – Ani dla nas, ani dla Skarbu Państwa nie jest to priorytetowa transakcja.
[wyimek]Wars uzależniony jest od spółki PKP InterCity, bo zawarte z nią umowy zapewniają mu obecnie około 90 proc. przychodów [/wyimek]
Wars nie tylko utknął w połowie drogi, ma też rozdwojoną tożsamość. Rozwinięcie skrótu nazwy spółki brzmi Wagony Restauracyjne i Sypialne, choć właścicielem tych ostatnich jest PKP InterCity. To jednak z ich obsługi, a nie z tego, z czym się kojarzy klientom najbardziej, czyli działalności w wagonach restauracyjnych i barowych, Wars czerpie dziś dwie trzecie przychodów.
Do początku lat 90., podobnie jak firma LOT Catering, Wars miał „drugą nogę” – restauracje na dworcach PKP i PKS, ale zrezygnował z niej, zostawiając sobie tylko działalność w pociągach. Część lokali przejęli nowi właściciele, część zlikwidowano. Teraz Wars chciałby naprawić ten błąd, choć idzie mu to wolniej, niż zamierzał.
[srodtytul]Niechęć do innowacji[/srodtytul]
W oczekiwaniu na prywatyzację pierwsze zmiany w Warsie zaczęto wprowadzać w 2006 r., by przystosować firmę do – jak ujmują to obecni i byli decydenci – nowych standardów rynkowych. Ujmują w sposób ostrożny, gdyż wśród pracowników i współpracowników innowacje do dziś nie wzbudzają entuzjazmu. Uważają oni mianowicie, że na skutek zmian Wars zatracił atmosferę. – Klimat, jak się teraz mówi – precyzuje ajent Krzystek. Symbolem atmosfery jest dla Krzystka choćby porcelana. Biała, gruba, z logo Wars. Jeszcze w latach 80. była w każdym składzie, podobnie jak sztućce wielorazowego użytku, tace, szklanki. Wszystko wyparł styropian.
– Chcieliśmy wrócić do serwowania dań na porcelanowych talerzach – przyznaje były prezes PKP IC Czesław Warsewicz, jeden z inicjatorów zmian. – Niestety, okazało się to niemożliwe, bo w wagonie restauracyjnym musiałaby być zmywarka do naczyń. Metodą prób i błędów zaczęliśmy więc szukać odpowiedniego, estetycznego plastiku. I w końcu się udało. Styropian definitywnie wylądował w koszu.
– Miejsce na zmywarkę jeszcze by się znalazło, ale instalacja elektryczna w modernizowanych wagonach okazała się na taki sprzęt za słaba – precyzuje były prezes Warsu Zbigniew Terek. To wyjaśnia też inną zagadkę Warsu – dlaczego nie można dostać w nim frytek, tostów ani kawy z ekspresu. Pojawią się dopiero wówczas, gdy spółka zamiast poddawać liftingowi stare wagony, zakupi nowe, bardziej zaawansowane technologicznie.
Na razie dla ajentów wątpliwym symbolem liftingu (koszt: kilkadziesiąt tysięcy złotych za wagon), którego efekty miały być widoczne przez trzy kolejne lata, są kawiarenki o specyficznym różowym wystroju jeżdżące z logo Warsu od lat 90. Część z nich uchowała się do dziś. Ksywa? Barbie.
[srodtytul]Spanie w lodówce[/srodtytul]
Dzień ajenta Krzystka zaczyna się zazwyczaj o 6.30 rano, gdy zrywa się z podłogi na dźwięk budzika. Konkretnie – z karimaty rozłożonej między stolikami. Obok przeciąga się kolega, ziewa koleżanka.
Po raz kolejny odczuli na własnej skórze różnicę między wagonem barowym a restauracyjnym: na niekorzyść restauracyjnego. – W barach są magazynek i kuszeta do spania – precyzuje Krzystek. – W restauracyjnych rozwijamy koce, bierzemy kołdry i leżymy pokotem, jak śledzie. W zimie, jeśli wagon ma dobre akumulatory, ogrzewanie wytrzymuje do rana. Jeśli nie – śpi się jak w lodówce. Myje się w miednicy, zimną wodą z łazienki, potem wskakuje w umundurowanie (kucharz – biały strój, kelner – czarna kamizelka i spodnie, biała koszula).
[wyimek]Dawny klimat Warsu tworzyła m.in. muzyka. Nie byle jakie, przypadkowe przeboje, ale piosenki nagrywane na potrzeby firmy [/wyimek]
Dawniej, gdy jeszcze w Warsie panował prawdziwy klimat (niektórzy, młodsi, poprawiają z przekąsem: klimacik), gdy pociąg dojeżdżał do stacji, kelnerzy stali już w oknach. Był to gest kurtuazyjny, mający jednak i przyczyny praktyczne. Liczba wsiadających przekłada się mianowicie na ilość gorących napoi, które można przygotować w ciągu kilku minut, zanim się ruszy dalej. Teraz mało kto tego przestrzega. Ale trzy termosy z gorącą wodą na wszelki wypadek czekają w gotowości. Na 80 osób wystarczy, choć rzadko się zdarza aż takie zapotrzebowanie. Raczej przyjdzie jeden z drugim, rozłoży gazetki, jak w salonie, i sączy jedną kawę za 5 złotych przez dwie godziny czterdzieści minut.
– Bigosik raz! – takie zawołanie słychać coraz rzadziej. Kiełbasę wiejską na ciepło (wersja dla podróżujących z zagranicy: sausage from the country), żółty ser do piwa, bigos, flaki i fasolkę po bretońsku wyparł schabowy z surówką albo pita z warzywami, które konsumuje się przy stolikach, a nie na stojąco, przy ladzie barowej.
[srodtytul]„Kujawiak” za karę[/srodtytul]
Dawny klimat tworzyła też muzyka. Nie byle jakie, przypadkowe przeboje, ale piosenki charakterystyczne dla Warsu, nagrywane na potrzeby firmy. Odtwarzane z magnetofonu kasetowego. Wchodząca do wagonu tajna kontrola nadstawiała ucha. Za brak muzyki dawano punkty karne. Dziś można je dostać nawet za włączone radio, bo a nuż doczepi się ZAiKS. Wystarczy nieestetyczny wygląd wagonu albo brak zalegalizowanej wagi towarowej – i już wpada po 20 punktów, co potem brane jest pod uwagę przy przydziale linii. Po 60 punktach karnych nie ma co marzyć o składach Poznań – Warszawa, Warszawa – Kraków, Warszawa – Gdańsk, z klientem biznesowym, który pierwsze kroki kieruje do Warsu na kawę i śniadanie. A najgorsze, co może człowieka spotkać, to „Kujawiak”, z którego przywozi się najwyżej 15 – 20 złotych dziennego utargu z trasy tam i z powrotem, podczas gdy średnia na innych liniach sięga 150 – 200 zł.
Z perspektywy ajenta przejście na system franczyzowy, które w 1999 r. poprzedziło wszystkie późniejsze zmiany, poprawiając znacząco wyniki Warsu, było nikomu niepotrzebną rewolucją. Dotąd tacy jak Krzystek (20 lat jeździł w roli kelnera, potem przeszedł na kucharza) byli zatrudnieni bezpośrednio w spółce, na stałą pensję. A teraz wybierani są w konkursach. Na początku komisja konkursowa brała pod uwagę wyłącznie cenę proponowaną przez ajenta. Stopniowo na pierwsze miejsce wysunęła się jakość oferowanych usług. W przypadku dotychczasowych współpracowników istotne znaczenie miała, jak to ujmuje Zbigniew Terek, historia wzajemnych relacji. Nie ze wszystkimi układały się idealnie.
– W każdej społeczności są jednostki wybitne, przeciętne i czarne owce – podsumowuje Terek. Najbardziej drastycznym powodem zerwania umowy z ajentem była sprzedaż alkoholu na trasach krajowych. Od stycznia 2005 r. zabrania tego prawo (z wyjątkiem pociągów relacji międzynarodowej). Jak ocenia ten zakaz ajent Krzystek, lepiej nie pytać. – Kiedyś też niby nie było wolno handlować alkoholem, ale jak sprzedawałem klientom piwo z magazynu do konsumpcji w wagonie, kontrola przymykała oko. Ale dziś też można sobie poradzić: zasuwa się zasłonkę i przelewa z puszki w lodówce.
Bo przecież jak człowiek jeździ na danej trasie trzy lata, to wie, jakie zapotrzebowanie ma konkretny klient i stara się mu wyjść naprzeciw.
[srodtytul] Klucz do zagadki[/srodtytul]
Istnienie magazynu, czyli centrów logistycznych Warsu, w których mają obowiązek zaopatrywać się ajenci, to klucz do kolejnej zagadki – dlaczego jajecznica serwowana w wagonie bywa o 50 proc. droższa od tej, którą można dostać w stacjonarnym barze szybkiej obsługi. – Kilogram sera kosztuje, powiedzmy, 18 zł, podczas gdy w Makro 14 – 15 zł – mówi Krzystek. Jak wyjaśnia były prezes Zbigniew Terek, zobowiązanie ajentów do nabywania części artykułów bezpośrednio od spółki miało wynikać z dbałości o jakość serwowanych w wagonach restauracyjnych produktów.
Obowiązek obowiązkiem, ale bywa, że ajenci dokupują tańszy towar na boku i tym samym dokładają do marnych – w porównaniu ze złotymi latami 80. – zarobków. Cena poszczególnych dań ustalana jest odgórnie, marża na niektórych posiłkach dochodzi nawet do 300 proc.
Ajenci przechodzą prowadzone cyklicznie szkolenia, głównie z obsługi klienta i przygotowywania dań. Najlepsze wyniki, mówi Krzystek, osiągają w nich panie. Idzie potem taka z wózeczkiem i szczebiocze: – Dzień dobry państwu, herbatka, soczek, zapraszamy serdecznie do zakupów, miłego dnia. Prawdziwy mężczyzna nie zniży się do takiego poziomu. No, ale jak mawiają: mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus. Nawet książka była o takim tytule. Teraz wystarczyłoby tylko stosownie go przerobić i już mamy nowe hasło reklamowe, które może wyprze ośmieszone piosenką Wałów Jagiellońskich „Wars wita was”.
[i]Imię i nazwisko ajenta zostały zmienione[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA