fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Własne poglądy z otwartą przyłbicą

Piotr Semka
Fotorzepa, Kuba Kamiński Kub Kuba Kamiński
Gdzie kończy się chwalebna skromność anonimowych blogerów, a zaczyna się konformizm i obawa, aby się nie wychylać?
Wydawałoby się, że w dyskusji o prawie blogerów do zachowania statusu incognito powiedziano już wszystko. Mnie jednak nie daje spokoju styl argumentacji, jaki stosują w obronie swojej anonimowości najbardziej prominentni blogerzy.
Czytam więc w wypowiedziach gwiazd blogosfery dumne deklaracje: „Gdyby nie nick, nie mógłbym się wypowiadać tak otwarcie. Bo jestem szkolnym nauczycielem, wykładowcą na uniwersytecie, zdolną menedżerką, znanym naukowcem".
Jak rozumiem, pseudonim ma oddzielać jedną, np. zawodową, funkcję od innej, tej z blogosfery roznamiętnionej politycznymi sporami. Mam też świadomość, że ludzie znający kogoś jako zwykłego kolegę z pracy mogą czuć się niezręcznie, gdy ta sama osoba głosi pod nazwiskiem wyraziste poglądy polityczne czy cywilizacyjne. Ale czy uznanie za oczywiste, że nie mogę się ujawniać z moimi poglądami, bo co powie moja uczelnia czy firma, nie utrwala dominacji poglądów mainstreamu? Czy zatem pośrednio nie lansuje politycznej poprawności?
Co jest łatwiejsze: przyznać na biurowym korytarzu, że śmieszy nas do łez „Szkło kontaktowe" czy że zaciekawiła nas książka Pawła Zyzaka o Lechu Wałęsie?
Najsłynniejsza polska blogerka Kataryna lubi opowiadać, jak przeszła metamorfozę od bezkrytycznej czytelniczki „Gazety Wyborczej" do publicystki ujawniającej nieuczciwe chwyty pisma z ulicy Czerskiej. Chciałbym zapytać: ile ze swoich poglądów pani Kataryna ujawnia w rozmowach z kolegami w pracy? Pamiętam stosunkowo dobrze czasy PRL, gdy demokratyczna opozycja wystąpiła z pomysłem publicznego ujawniania nazwisk i adresów ludzi, którzy rzucali wyzwanie komunistycznej władzy. Ludziom walczącym ze strachem dysydenci pokazywali, że można publicznie głosić nieprawomyślne poglądy.
Owa odwaga i jawność pomagała mniej znanym – lub mniej zdeterminowanym – Polakom przełamać barierę strachu.
Dziś za poglądy nie grozi już areszt czy wyrzucenie z pracy, wielu ludzi nie przestaje jednak paraliżować lęk przez wyrażaniem nieprawomyślnych opinii. Ludzie obawiają się na przykład, że w pracy uznano by ich za „moher" albo „kryptopisiorów".
Zatem, jak rozumiem, mechanizm jest następujący: anonimowi internauci w realnym życiu unikają wyrażania swoich poglądów z otwartą przyłbicą, aby potem skrobnąć coś bezkompromisowo w necie. Zostając sam na sam z komputerem, odreagowują swoją bojaźliwość hurraradykalizmem. A po rozliczeniu w sieci innych z braku politycznej pryncypialności w „realu" znów stają się cichymi urzędnikami w magistracie czy w prywatnej firmie.
Nie martwią mnie ci, którzy mieszkają na wsi czy w małych miasteczkach. Nie myślę też o ludziach po politycznych przejściach. Ale gdy w anonimowość zaczynają uciekać znani naukowcy czy menedżerowie – to trudno mi orzec, gdzie kończy się chwalebna powściągliwość i niechęć do kłucia w oczy swoimi poglądami, a gdzie zaczyna się obawa, by się z nimi nie wychylać. Bo, ujawniając swoje poglądy, można się komuś narazić.
W „Potopie" jest znamienna scena. W czasie kolacji u Janusza Radziwiłła jeden z pułkowników jego wojska wpierw rzuca pod nogi zdradzieckiego magnata buławę, ale potem po cichu podnosi ją z ziemi. Zdziwionym kolegom oficerom tłumaczy: „Jako obywatel protestowałem, jako żołnierz słuchać muszę".
Czy wielu anonimowych blogerów nie myśli podobnie? W miejsce wojskowego posłuszeństwa wprowadzając pojęcie dyscypliny korporacyjnej, która wyklucza odwagę posiadania własnych poglądów?
Gdzie się kończy chęć uszanowania swojej prywatności, a zaczyna konformizm? Nie wiem. Wiem tylko, że problem ten jest wpisany w każdą anonimowość. Szkoda, że Kataryna jakoś tego nie zauważa.
Gdy w debacie publicznej panuje równowaga i pluralizm, anonimowość bywa wyborem dyktowanym przez dobry smak i skromność.
Ale gdy w debacie publicznej jedne poglądy są hołubione, a za inne dostaje się etykietki „oszołoma" lub „wroga demokracji", trudno orzec, ile w zachowaniu incognito jest umiaru, a ile konformizmu. A przecież odwaga występowania z otwartą przyłbicą zawsze była perłą w koronie konserwatywnych cnót.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA