fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Odwołany ze szczególnym okrucieństwem

Krzysztof Skowroński
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Wraz z zespołem Trójki wykonaliśmy pracę, która została doceniona nie tylko przez słuchaczy, ale i przez zarząd Polskiego Radia. Uznał on bowiem, że szef rozgłośni zasługuje na odwołanie w trybie nadzwyczajnym – pisze były dyrektor Programu III Polskiego Radia
Z radia zwolniono mnie dyscyplinarnie 22 kwietnia 2009 o godzinie 14. Kilka godzin później na portalu „Gazety Wyborczej” pojawił się tekst Agnieszki Kublik „wiernie” towarzyszącej mojej radiowej przygodzie. W sztuce oczerniania jego autorka osiągnęła wysoki kunszt i zasługuje na medal Lenina pierwszej klasy.
[srodtytul]Zabijanie legendy[/srodtytul]
Szczególne okrucieństwo, które zapowiedziano, że będzie obowiązywać przy moim zwolnieniu z pracy, to nie tyle odwołanie z funkcji, ile próba zabicia legendy o radiu, które udało mi się współtworzyć. Dziś z dużym prawdopodobieństwem mogę powiedzieć, że zastosowano wobec mnie sztuczki rodem z imperium zła. Nie boli mnie to, że moja historia w publicznym radiu zakończy się w sądzie, ale fakt, że zaatakowano fundamenty, na których powinno opierać się radio.
Trzy pojęcia były filarami „mojej” Trójki: wolność, otwartość, tradycja. Wolność, ponieważ tylko człowiek wolny może tworzyć rzeczy piękne i dobre. Otwartość, ponieważ uważam, że radio jest rynkiem, na który każdy może wejść, powiedzieć co chce, zaśpiewać, zagrać, kupić, sprzedać, poplotkować. Rynek i radio powinny być miejscem, które każdy może uznać za swoje. Tradycja, ponieważ wchodziłem do budynku przy ulicy Myśliwieckiej, w którym występowali i tworzyli najlepsi. Trzy filary i motor. Motorem była radość tworzenia.
[wyimek]Zastosowano wobec mnie sztuczki rodem z imperium zła. Ale najbardziej boli mnie, że zaatakowano fundamenty, na których powinno opierać się radio[/wyimek]
Trójka, do której przyszedłem, była właśnie w apogeum komercjalizacji. Na rynku radiowym za największe wady uważano wszystko, co jest w radiu niepowtarzalne. Magia radia została wyklęta. „Umówiono się”, że wszelka twórczość, a co za tym idzie podmiotowość ludzi radia, zostanie zminimalizowana i zastąpiona przez sztukę wtłaczania radia w koleiny zbadanych grup docelowych.
Aby radio nie nadawało się do słuchania, trzeba wydać bardzo duże pieniądze na badanie rynku, na grupy fokusowe i na reklamę takiego produktu. Radiom komercyjnym to przystoi, publicznemu – nie. Kiedy zostałem dyrektorem, uznałem, że Trójka jest słoniem, a słoniowi nie wypada się ścigać, dlatego wycofałem Trójkę z komercyjnych zawodów. Piotr Kaczkowski powiedział, że rewolucję w radiu przeprowadza się tak, by nikt się nie zorientował, że ona jest, a po półtora roku każdy mógł usłyszeć, że radio jest zupełnie inne.
[srodtytul]Radio wraca do radia[/srodtytul]
Ta antykomercyjna rewolucja była możliwa w radiu Krzysztofa Czabańskiego, który jako jeden z celów postawił sobie przywrócenie radiu radia. Moja pierwsza z nim rozmowa była bardzo krótka. Prezes Czabański zapytał mnie, czy zrobię dobre radio. Odpowiedziałem twierdząco i do końca jego przerwanej kadencji cieszyłem się nieobecną wcześniej w mediach publicznych wolnością.
Dlatego, że prezesowi Czabańskiemu chodziło o klasyczne radio, do Trójki mógł wrócić teatr (wspaniały dzięki gustowi, kulturze i olbrzymiej radosnej wiedzy śp. Krzysztofa Zalewskiego). Reportaż odzyskał swoje miejsce i rangę. Dwa razy dziennie czytana była w Trójce książka. W Jedynce pojawiły się poranki muzyczne, a Szymon Sławiński, z którym od początku współdziałałem w Trójce, mógł zbudować nowoczesne, multimedialne Radio Euro.
W filozofii Krzysztofa Czabańskiego oprócz niechęci do „nowoczesnych” metod badania rynku była wiara w potrzebę istnienia silnych mediów publicznych. Dlatego przeprowadził operację umożliwiającą odbiór Jedynki na częstotliwościach UKF w całej Polsce, zlikwidował upiorny biurokratyczny system producencki i przywrócił autonomię antenom. Prezes Czabański dbał też o materialne podstawy funkcjonowania anten. Dzięki temu budżet Trójki w latach 2007 i 2008 był najwyższy w historii (najwyższe były też dochody).
Obecny kryzys finansowy Polskiego Radia nie jest wynikiem polityki finansowej Krzysztofa Czabańskiego, ale skutkiem spadku wpływów z abonamentu i kryzysu światowego. W wyniku politycznych deklaracji o konieczności zniesienia abonamentu do radiowej kasy w roku 2009 wpłynie kilkadziesiąt milionów złotych mniej. Konsekwencją tego będzie uboższy program, a w perspektywie zmniejszenie liczby słuchaczy i ograniczenie wpływu z reklam.
[srodtytul]Trójka pnie się do góry[/srodtytul]
Po półtora roku mojego działania Trójka była już autorskim radiem. Transmitowaliśmy i organizowaliśmy setki koncertów, robiliśmy dziesiątki dni specjalnych od punk rocka i Boba Marleya po Kabaret Starszych Panów, Władę Majewską czy dzień z Władysławem Bartoszewskim. Organizowaliśmy spektakle filmowe, pomagaliśmy fundacjom pozarządowym, nadaliśmy setki audycji z Polski i ze świata.
Udało się przekonać słuchaczy, że naprawdę codziennie dla nich pracujemy, że naprawdę tworzymy radio i że naprawdę sprawia to nam przyjemność. Te wszystkie zdarzenia, sukcesy, które odnosiliśmy, i codzienna świadomość, że Trójka pnie się do góry, stworzyły zespół. Panie realizatorki pracujące w radiu od lat 60. opowiadały mi, że taka atmosfera w Trójce ostatni raz panowała przed stanem wojennym.
Ale nic nie trwa wiecznie. W radiu nastąpił przewrót. W listopadzie 2008 roku zawieszono i odwołano prezesa Czabańskiego. Przez pierwsze trzy miesiące panował w radiu triumwirat. Oprócz dwóch członków zarządu (którzy nie zostali zawieszeni) do zarządu Polskiego Radia został oddelegowany z rady nadzorczej Bogusław Kiernicki. To był układ z punktu widzenia mojego funkcjonowania w Trójce bezpieczny, bo tylko jeden z członków zarządu – Robert Wijas – chciał mnie odwołać. W tym właśnie czasie usłyszałem, że „Skowrońskiego trzeba odwołać ze szczególnym okrucieństwem”.
Początkowo myślałem, że to „szczególne okrucieństwo” polega na systematycznych insynuacyjnych opisach w „Gazecie Wyborczej”: a to, że „Nasz Dziennik” jest w przeglądach prasy w Trójce, co miało świadczyć o moim szczególnym związku z Jarosławem Kaczyńskim, a to że mam dziewięciomiesięczny okres wypowiedzenia (połączony z bardzo restrykcyjnym zakazem konkurencyjnym, o czym „Gazeta Wyborcza” nie wspomniała), a to że pojechałem zrobić wywiad z Jarosławem Kaczyńskim, choć na wywiady z Jarosławem Kaczyńskim jeździł i TOK FM i RMF.
[srodtytul]Wywołać święte oburzenie[/srodtytul]
Teraz ten cytat rozumiem inaczej. Zresztą zrozumiałem „szczególne okrucieństwo”, gdy zadzwoniła do mnie dziennikarka „Gazety” i poprosiła o komentarz do wyników audytu przeprowadzonego w Polskim Radiu, z którego wynika, że sam sobie zatwierdzałem honoraria.
Artykuł pojawił się w dniu obrad rady nadzorczej Polskiego Radia. Wydźwięk artykułu był prosty: facet sam sobie płacił honoraria (do honorariów miałem prawo zapisane w mojej umowie o pracę, i oczywiście dostawałem tylko te pieniądze, które zarobiłem) – inaczej mówiąc, kradł.
To miało wywołać efekt świętego oburzenia. Pełniący obowiązki prezesa Robert Wijas w trybie nadzwyczajnym odwołuje „dyrektora malwersanta” ze stanowiska, a sprawę przekazuje do prokuratury, by „nie narażać radia na ryzyko strat”. Jednak audytorki – mimo nalegań szefa rady nadzorczej Adama Hromiaka – nie chcą uznać winy dyrektora. Winą obarczają raczej służby finansowe Polskiego Radia (za które był odpowiedzialny Robert Wijas).
Dziś mam oświadczenie specjalistki od spraw finansowych w Programie Trzecim, że z Trójki dokumenty wychodziły zgodnie z procedurą. Mam zapewnienia mojego zastępcy, że podpisywał moje kwity honoracyjne i że wędrowały one do siedziby głównej Polskiego Radia.
Mam też SMS od byłej dyrektor finansowej pani Małgorzaty Skrzyszewskiej: „My przecież wypłacaliśmy na podstawie kwitów zatwierdzonych w systemie honoracyjnym. Kwity ktoś musiał wprowadzić do systemu na jakiejś podstawie! Nie na słowo, tylko na podpis prezesa”.
[srodtytul]Z arsenału państwa totalitarnego[/srodtytul]
To są poważne świadectwa pozwalające postawić tezę, że moje dokumenty honoracyjne z Polskiego Radia po prostu zginęły. Ktoś, kto znał obieg dokumentów, kto wiedział, że kwity honoracyjne nie mają swoich duplikatów, a ich jedyny egzemplarz znajduje się w archiwum, mógł je zabrać i wskazać audytorowi, by zbadał sprawę honorariów.
To są przesłanki, by twierdzić, że w demokratycznej Polsce działa grupa, która posługuje się metodami z arsenału państwa totalitarnego, i że grupa ta działa w mediach publicznych. Na szczęście grupa ta (jeśli jest), według moich intuicji i wiedzy, nie sprawuje dziś władzy, jest wpływowa, ale nie kontroluje i nie jest obecna na szczytach władzy wykonawczej.
Sprawa honorariów miała być ciosem śmiertelnym, ale się nie udało. Zamiast „ śmierci” pojawił się list w obronie, wyrazy sympatii i solidarności. Zamiast oburzenia prawie cztery tysiące podpisów (za które jeszcze raz dziękuję).
To zmobilizowało „nielegalnego p.o. prezesa”. Po audycie zlecił wewnętrzne kontrole w Programie Trzecim Polskiego Radia. W wyniku tych kontroli powstał dokument, a na podstawie niego artykuł w „Gazecie Wyborczej”: „Fikcyjne honoraria w Trójce”.
Tytuł znów sugeruje, tym razem, że ktoś dostawał pieniądze za prace, których nie wykonał. Oczywiście tak nie było. Znam materiały, na podstawie których napisała swój tekst „Gazeta”. To niepodpisany świstek papieru, taki niby-dokument, od którego dystansowała się nawet kierownik działu prawnego Polskiego Radia.
Główny zarzut to, że w systemie honoracyjnym (z 50-proc. kosztami uzysku) były osoby, którym to się nie należało: promocja, public relations, sekretarka, dla której przez dziewięć miesięcy starałem się o etat, logopedka wykonująca swoją pracę za połowę ceny rynkowej i wreszcie, że wypłacałem wysokie honoraria na akcję „Trójka przekracza granice”. Akcję, którą nie tylko wymyśliłem, ale i znalazłem dla niej sponsora.
[srodtytul]Manipulacja faktami[/srodtytul]
Co więcej, model finansowania akcji z punktu widzenia budżetu radia był o około 30 proc. tańszy niż model tradycyjny. Najkrócej opisując pomysł: reporter dostawał bardzo wysokie – jak na standardy polskiego radia – honoraria i miał dostarczyć w ciągu miesiąca kilkadziesiąt materiałów dziennikarskich (wywiady, reportaże, minireportaże, opowieści z dźwiękami).
W zamian za wysokie honoraria radio nie zajmowało się logistyką (hotele, jedzenie, transport) – to wszystko było kosztem uzyskania przychodów, za to płacił reporter.
Tak to funkcjonowało. Reporterzy zbierali (tam gdzie to możliwe) rachunki. Rachunki były potrzebne, bym miał pojęcie o kosztach własnych reporterów.
Akcja nie tylko sama się finansowała, lecz także przyniosła radiu prestiż, a prestiż wymierne dodatkowe dochody z reklamy. I właśnie akcją „Trójka przekracza granice” podobno zajmie się prokurator (o tym, że sprawa znajdzie finał u prokuratora, dowiedziałem się z „Gazety Wyborczej”).
Po moim dyscyplinarnym zwolnieniu również ukazał się tekst na portalu „Gazety Wyborczej”. Na jego przykładzie pokażę charakterystyczne sposoby manipulowania faktami i przemilczeniami. W artykule podpisanym Knysz czytamy: „Skowroński fotel szefa Trójki stracił w lutym. Stało się to po zakończeniu audytu przeprowadzonego na zlecenie ministra skarbu” – jest tu sugestia związku przyczynowo-skutkowego, którego nie było.
W innym miejscu: „zatwierdzał honoraria, potwierdzając tym samym pracę, której nie było” – w rzeczywistości praca była, a zarzut dotyczy biurokratycznych formalności. I na zakończenie tej małej analizy zdanie: „doradca ds. marketingu zarobił za trzy miesiące 33 tysiące złotych. Sekretarka szefa Trójki 27 tysięcy”. Manipulacja polega na niedodaniu, że za dziewięć miesięcy pracy. Faktami można manipulować.
[srodtytul]W trybie nadzwyczajnym[/srodtytul]
Mój prawdziwy bilans po ponad dwóch i pół roku rządzenia w Trójce to: wzrost słuchalności, trzy miliony złotych zysku w roku 2008, wzrost sprzedaży reklam o 30 proc. Trójka stała się słuchanym i dochodowym radiem. W 2008 roku pierwszy raz w swej historii nie musiałaby brać pieniędzy z abonamentu, z własnych dochodów mogłaby pokryć wszystkie koszty i trzy miliony oddać do kasy radia.
Przez te ponad dwa lata z zespołem Trójki wykonaliśmy wspaniałą pracę, która została doceniona nie tylko przez słuchaczy, ale i przez zarząd Polskiego Radia. Uznał on, że takie wyniki nie nadają się do odwołania dyrektora Programu Trzeciego w trybie zwykłym, ale że trzeba trybu nadzwyczajnego. Dokument temu towarzyszący świadczy o tym, jak dużo złej woli i wysiłku trzeba było włożyć, by tego dokonać. Jak ta historia się skończy – nie wiem, ale mam świadomość, że radia, którego motorem była radość tworzenia, już nie ma.
To nie oznacza końca Trójki. Tam nadal jest zespół, który przechował tradycje autorskiego radia nawet w najtrudniejszych dla Polski chwilach, choć, słuchając parlamentarnej debaty nad ustawą medialną, nabrałem podejrzeń, że tej rewolucji Trójka nie przetrwa.
[i]Autor od 8 lipca 2006 do 25 lutego 2009 r. był dyrektorem programowym Programu III Polskiego Radia. Jest absolwentem filozofii na Uniwersytecie Warszawskim. Jako dziennikarz pracował dla Radia Zet, radiowej Trójki, TVP, TV Puls, Polsatu. W roku 2007 został laureatem przyznawanej przez „Rzeczpospolitą” Nagrody im. Dariusza Fikusa w kategorii wydawców i redaktorów naczelnych. Wraz z Tomaszem Lisem i Mariuszem Ziomeckim napisał książkę „ABC dziennikarstwa”[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA