fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sądownictwo

„Spieprzaj, dziadu” przeraża biegłych

Żaden językoznawca nie chce ocenić okrzyku, którym 33-latek z Lublina miał znieważyć prezydenta
„Spieprzaj, dziadu” – z tych słów Lech Kaczyński nie musiał się tłumaczyć przed organami ścigania. Wypowiedział je pod adresem starszego mężczyzny w czasie kampanii przed wyborami samorządowymi w 2002 roku w Warszawie, kiedy ubiegał się o fotel prezydenta stolicy.
To samo wyrażenie przed oblicze prokuratora zaprowadziło jednak 33-letniego Przemysława D., który kilka miesięcy temu podczas wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Lublinie krzyknął: „Spieprzaj, dziadu!”.
Prezydent i jego otoczenie incydentu nie zauważyli. Czujnych było za to kilku gapiów, którzy zaalarmowali policję, a ta zatrzymała Przemysława D.
„Tylko cytowałem Lecha Kaczyńskiego” – tłumaczył się śledczym. Ale usłyszał zarzut znieważenia głowy państwa. Grozi za to do trzech lat więzienia.
Od tamtej pory minęło pół roku, ale prokuratura wciąż nie zdecydowała się skierować aktu oskarżenia przeciwko 33-latkowi. Powód?
– Zwracaliśmy się do kilku biegłych językoznawców o wydanie opinii w tej sprawie. Na razie wszyscy nam odmawiali – mówi „Rz” Agnieszka Kępka z Prokuratury Okręgowej w Lublinie. Zapewnia, że śledztwo nie zostało przez to zahamowane. – Takie sytuacje się zdarzają – wyjaśnia.
Oficjalną przyczyną odmów były brak czasu i duża liczba ekspertyz do sporządzenia.
– Odmówiłem, bo nie chciałem tego ruszać. To trudna sprawa – mówi „Rz” prof. Jerzy Bralczyk, językoznawca z Uniwersytetu Warszawskiego. Jego zdaniem są dwie możliwości rozstrzygnięcia sprawy. – Gdyby to był okrzyk wymyślony przez krzykacza, to należałoby go w jakiś sposób ukarać. Ale nie można wykluczyć, że był to cytat, który miał się bumerangiem odbić w Lecha Kaczyńskiego – mówi prof. Bralczyk. Twierdzi, że rozpatrywanie sprawy w kategoriach satyry politycznej doprowadziłoby do oczyszczenia D. z zarzutu. – Na szczęście, nie ma przymusu wydawania opinii – konkluduje.
– Strasznie niewdzięczna rola – przyznaje inny znany językoznawca. – Każda opinia stawiałaby w złym świetle Lecha Kaczyńskiego, bo wiązałaby się z przypomnieniem sprawy z 2002 r. i interpretacją tamtego zachowania.
Prof. Jerzy Bartmiński, członek Rady Języka Polskiego, nie ma wątpliwości, że D. cytował przyszłego prezydenta Polski. – Dlatego możemy mówić jedynie o nieobyczajnym lub nieprzystojnym zachowaniu, ale nie o przestępstwie – uważa. Dlaczego więc brakuje chętnych do wydania opinii w tej sprawie? – Tego wolałbym już nie komentować – odpowiada.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA