Wiadomości

W sztuce kocham kontrasty

Jacek Ostaszewski
Fotorzepa
- Moim placem zabaw były garderoba teatralna mamy i pracownia rzeźbiarska ojca - mówi Jacek Ostaszewski, lider Osjana i kompozytor
[b]Rz: Jeśli ktoś ma tak bogatą biografię jak pan, i nie wiadomo od czego zacząć wywiad, to co podpowiada w tej sytuacji bliski pana sercu buddyzm? [/b]
[b]Jacek Ostaszewski:[/b] Staram się go nie mieszać do wypowiedzi na temat artystycznych dokonań. Należy do intymnej sfery życia. Nie mam aspiracji misjonarskich, żeby wychwalać zbawienny wpływ buddyzmu na moje życiowe postawy, ale z całą pewnością trening uwagi pomaga nam kontaktować się z innymi. W buddyzmie zen uwaga jest jedną z najważniejszych wartości, taką jak miłość w chrześcijaństwie. Można powiedzieć, że te dwa pojęcia w pewnym sensie się pokrywają. Nie ma przecież miłości bez uwagi. „Uwaga” wydaje się słowem mniej wzniosłym, ale bardziej praktycznym. Nie chodzi przecież o żadną nadzwyczajną moc, która przekracza ludzkie możliwości. Każdy z nas ma podobny potencjał. Prawda jest taka, że rzadko nad nim pracujemy. A dopiero kiedy stajemy się uważni – zauważamy cierpienie, współczujemy. I możemy pomóc. [b]Pana mama była aktorką Teatru Rapsodycznego, tata jego scenografem i rzeźbiarzem. Jaki świat widział pan z perspektywy rodzinnego domu w najmłodszych latach? [/b]
Długo nie zdawałem sobie sprawy, że mogą być inne domy. Moim placem zabaw były garderoba teatralna mamy i pracownia rzeźbiarska ojca. Akty i nagość modeli były dla mnie czymś naturalnym. Zdałem sobie sprawę, że mogą kogoś ekscytować, dopiero w pierwszej klasie, kiedy odwiedzili mnie koledzy. Oglądali kobiecy akt, który, ku memu zdziwieniu, wyraźnie ich fascynował. Po tym zdarzeniu zacząłem nadrabiać braki wstydliwości. Z jednej strony miałem dom artystyczny, a z drugiej mówiło się w nim wiele i bardzo serdecznie o Lolku, czyli Karolu Wojtyle, z którym rodzice spotkali się w Teatrze Rapsodycznym. Padały pytania, co u Lolka słychać, bo tak się wspaniale w teatrze zapowiadał, a wybrał Kościół. Karol Wojtyła był celebransem na ślubie moich rodziców, a potem, kiedy umierała moja mama, dawał jej ostatnie namaszczenie. Zaraz po jej śmierci miałem prywatną audiencję. To był okres moich duchowych poszukiwań poza tradycją chrześcijańską. Co prawda w dzieciństwie chodziłem do kościoła z babcią, ale wówczas, gdy nie deklarowałem się już jako syn Kościoła, wydawać by się mogło, że kontakt z kardynałem Wojtyłą będzie utrudniony. Taki problem w ogóle nie istniał. Czułem otwarte serce ponad podziałami i wolę pomocy. Nigdy nie zapomnę słów, które wypowiedział do mnie: „Jacku, gdybyś potrzebował pomocy, zawsze możesz na mnie polegać”. [b]Jaki był Kraków w czasach, kiedy zbudowano socjalistyczną Nową Hutę? [/b] Były różne Krakowy. Należałem do tego, który nazywano reakcyjnym. Mój dziadek zginął w Katyniu i dość wcześnie dowiedziałem się o brutalności systemu, kłamstwie, na którym został zbudowany. Babcia słuchała Radia Wolna Europa pod kołdrą, żeby sąsiedzi nie donieśli. W pierwszej lub drugiej klasie ni z tego, ni z owego zostałem wcielony do pionierów i dostałem legitymację Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Chińskiej. Naturalnie nikt mnie nie pytał, czy chcę. Pamiętam czytanki o Pawełku Morozowie, jak doniósł na tatusia. Na szczęście dom impregnował na kłamstwo. Ze strony rodziny ojca dominowała tradycja szlachecka, choć on sam miał do niej stosunek ambiwalentny, pamięć zagrabionych majątków i napiętnowania jako wroga ludu. Kiedy zdałem egzaminy do szkoły teatralnej, okazało się, że zabrakło mi punktów za pochodzenie. Wtedy ostatecznie zrozumiałem, co to znaczy mieć złe, takie jak moje. [b]Jak sobie radzili pana rodzice? [/b] Moja mama jeszcze w czasach okupacji brała udział w konspiracyjnych przedstawieniach rodzącego się Teatru Rapsodycznego, a po wojnie stała się jego czołową aktorką. Ojciec, początkujący rzeźbiarz, projektował tam scenografie. Dzięki rekomendacji znajomych został kierownikiem domu pracy twórczej we wspaniałym klasycystycznym pałacu, który w obawie przed władzą ludową hrabia Morstin oddał Związkowi Literatów Polskich. Pałac w podkrakowskich Pławowicach przetrwał wszystkie wojny w stanie jak spod igły. Zrujnowała go „władza ludowa”, oddając wkrótce pegeerowi. Zresztą i Teatr Rapsodyczny, ostoja polskości i względnej politycznej niezależności w trudnych latach powojennych, został przez władze zamknięty. Mama musiała szukać nowej pracy. Sądzę, że piętno aktora Teatru Rapsodycznego miało wpływ na decyzje obsadowe w nowym teatrze, znacznie poniżej jej możliwości i talentu. Ojciec dorabiał pracą konserwatorską, a jednocześnie intensywnie tworzył. Później wykładał w krakowskiej ASP. Ten trudny okres to czas rozpadu ich małżeństwa. Zostałem z mamą. Kiedy po latach zacząłem współpracę z Krystianem Lupą, pokazywaliśmy sobie miejsca związane z dzieciństwem. Między innymi pojechaliśmy do Pławowic. W wyciętym parku przed ruiną pałacu stała babina z jednym zębem, trzymając krowę na łańcuchu. Zapytałem ją, czy pamięta, jak przyjeżdżałem tu z babcią. Pamiętała i zaczęła opowiadać Lupie, jak za Morstinów działał teatr, który wystawiał m.in. „Antygonę”. „Sofoklesa!” – dodała szybko, żeby nie było wątpliwości. Grała Kreona. Ta historia nadaje się na nowelę w nienachalny sposób mówiącą, jak wyglądały relacje dworu ze wsią, a czym był dla niej PRL. Oczywiście nie wszędzie. Dwa lwy sprzed pałacu, na których bawiłem się jako dziecko, zostały przewiezione na krakowski Rynek i stoją przed ratuszem. [b]W szkole był pan w inteligenckiej mniejszości? [/b] Tak, ale przyjemnej, ponieważ kolega z liceum Tomek Stańko szybko poznał mnie z pianistą, który nazywał się Wacek Kisielewski. Wszedłem w krąg rodziny, w której poglądy były wyrażane w sposób jasny nie tylko w domu, ale także publicznie. [b]Nie dostał się pan do Szkoły Teatralnej. Skąd się wzięła muzyka?[/b] Moja babcia należała do pokolenia, które uważało, że każda panienka i kawaler z tak zwanego dobrego domu muszą grać na fortepianie, i to ona podjęła się mojej edukacji muzycznej. Ale jej metody raczej mnie do muzyki zraziły, niż zachęciły. Na szczęście mama zabrała mnie na koncert jazzowy pianisty Dave’a Brubecka. I tam przeżyłem olśnienie. Zobaczyłem, że w muzyce można się swobodnie poruszać. Idea wolności, także w sferze artystycznej i obyczajowej, była bardzo pociągająca. Zapragnąłem iść do szkoły muzycznej, grać na saksofonie. Tomek Stańko polecił mi kontrabas i rada okazała się zbawienna. Z powodu braku konkurencji szybko wszedłem do liczących się zespołów jazzowych. Miałem już za sobą wyjazdy zagraniczne z Andrzejem Trzaskowskim, grałem z Komedą. Kiedy dyrektor szkoły muzycznej postawił mnie przed wyborem: szkoła albo jazz, nie miałem wątpliwości. Na szczęście nauczyciel kontrabasu powiedział: „Jacek, możesz do mnie przychodzić i nie musisz płacić za lekcje, tylko żeby dyrektor cię nie widział”. A potem Krzyś Komeda napisał do mnie, żebym przeniósł się do Warszawy. [b]Jaka była stolica lat 60.? [/b] Była tu głęboka komuna, ale i niezależny świat skonsolidowanych środowisk twórczych – aktorów, muzyków, filmowców. Jako człowiek bardzo młody musiałem biegać po wódkę na melinę. Sklepów nocnych nie było. Pamiętam postawy autodestrukcyjne, straceńcze. Piliśmy, żeby się znieczulić na peerelowską szarość. Ale piło się też towarzysko. Ludziom rozwiązywały się języki, mogliśmy mówić to, co myślimy. Być może były wtyczki, ale to nie miało znaczenia. Grałem z Andrzejem Trzaskowskim – był bliżej awangardy, i Komedą, który wygrywał liryzmem. Komedzie zawdzięczam, że zacząłem komponować. Gdy Krzysiu wyjeżdżał, Mirek Kijowicz, reżyser filmów rysunkowych, zapytał, kto mu będzie pisał muzykę. Krzyś odpowiedział: „Stańko i Ostaszewski”. Kiedy przeczytałem o tym 20 lat później, zdębiałem. [b]Niedługo pan pomieszkał w Warszawie. [/b] Była miastem zamkniętym, obowiązywały ograniczenia meldunkowe, a ja wynajmowałem od pani, która nie zgłosiła sublokatorów, gdzie trzeba. Żona była w ciąży, a tu nagle milicja wyłamała drzwi, dostałem kolegium i zakaz przebywania w Warszawie. Mieszkaliśmy, co zabawne, na rogu ulic Świerczewskiego i Marchlewskiego. Dziś – Jana Pawła II i alei Solidarności. [b]W Krakowie związał się pan z Anawą. [/b] Środowisko jazzowe było w rozsypce, urodziła się moja pierwsza córeczka, musiałem zarabiać. [b]Powiedział pan to z dystansem. [/b] Anawa prezentowała kulturę wysoką, znakomite muzyczne grono i poetyckie teksty. Skoro nie mogłem być muzykiem jazzowym, miałem przynajmniej pewność, że Anawy nie będę musiał się wstydzić. A byłem już wtedy znanym muzykiem. Akompaniowałem Wojtkowi Młynarskiemu z takim pianistą... Adamem Makowiczem. Też ambitnie. Ale trzeba oddzielić szacunek dla literackich piosenek od uznania dla muzyki jazzowej, która stawiała bardzo wysoko poprzeczkę, jeśli chodzi o muzykalność. Granie piosenek było jednak krokiem wstecz. A jednak to właśnie Anawa upewniła mnie w słuszności drogi obranej przez Osjana. Rzadko się o tym mówi, dlatego powiem nieskromnie, a Marek Jackowski powiedziałby pewnie to samo, że sukces utworu „Korowód” wziął się z doświadczeń Osjana. Janek Pawluśkiewicz, który słyszał, co gramy, poprosił, żebyśmy spróbowali w Anawie czegoś podobnego. [b]W Radiu grano Mazowsze i Śląsk, a Osjan odwoływał się do prakorzeni naszej cywilizacji. Skąd taki wybór? [/b] Zeitgeist! Duch czasu! To wtedy zaczęło się patrzeć na świat jak na globalną wioskę. Nagle dostrzeżono piękno japońskiej prostoty. Sterylność sztuki zen, gdzie jedynym motywem jest kamień, drewno. Prostota niosła treści duchowe. Coraz bardziej potrzebowałem jej w życiu prywatnym i rodzinnym, bo ze środowiskiem jazzowym łączył się autodestrukcyjny styl życia. Przełom musiał być zdecydowany. Jak u alkoholika, który całkowicie odstawia alkohol, żeby sobie poradzić z problemem. Dlatego, chociaż w ankietach „Jazzu” uznawano mnie za najlepszego kontrabasistę w Polsce, zerwałem z jazzowymi przyjaciółmi. Rozpocząłem okres poszukiwań. Koledzy byli przekonani, że zwariowałem. Naturalnie, kiedy człowiek zaczyna podążać nową drogą, staje się neofitą, potrafi przejaskrawić nawet biel. Pewnie inaczej nie dałbym sobie rady. A Osjan był naturalną konsekwencją tego myślenia. [b]Jak pan wchodził w buddyzm? [/b] Najpierw zetknąłem się z literaturą jogistyczną, głównie w tłumaczeniach Wandy Dynowskiej, i z poglądami Krishnamurtiego. Później z zen. Hasłem tamtych lat było „poznać innych”. Nie jest przypadkiem, że w tym samym czasie działał teatr Grotowskiego. Ale chociaż posądzani byliśmy o dużą bliskość, w sferze idei jej nie było. Grotowski miał okres lewicowy. U mnie tego nie było. Nigdy nie flirtowaliśmy z władzą. Grotowski, nawet gdy zrzucił zetempowski mundurek, korzystał z dawnych kolegów, którzy potrafili mu załatwić pieniądze. My nigdy byśmy w to nie weszli. Wiedzieliśmy, że za takie przysługi zawsze się płaci. Nawet jak się człowiek zmieni, przeszłość ciąży. [b]Ze względu na pana białe ubrania krzyczano za panem na ulicy „lodziarz”. [/b] To świadczy o mojej naiwności w prezentowaniu odmienności, choć na pewno nie była dla mnie ważna w buddyzmie orientalna ornamentyka. Unikałem afektacji. Z tego powodu nie chciałem włożyć mundurka hipisa. Nie miałem długich włosów ani koralików. Widziałem w tym przejaw kolejnego getta. Dlatego nasza publiczność była często hipisowska, ale ja – nie. Muzyka musiała być otwarta dla wszystkich. Pozostałem wierny temu przekonaniu. Czuję satysfakcję, gdy po latach dowiaduję się, że słuchaczami Osjana byli ludzie o tak zróżnicowanych światopoglądach, jak Barbara Labuda i Wojciech Cejrowski, Chociaż przez godzinę łączyło ich wspólne słuchanie dźwięków. [b]Zdecydował się pan na przeprowadzkę do Przesieki, gdzie powstała kolonia buddystyczna. Pana córka Maja opowiadała, że dzieci w szkole wytykały ją jako odmieńca, bo nie chodziła na religię. [/b] Miała trochę kłopotów. Ale z siekierami nikt nas nie gonił ani na stosie spalić nie chciał. Świadomie wybraliśmy Przesiekę za Jelenią Górą, gdzie był tygiel różnych narodowości: wysiedleni Polacy z Kresów, Łemkowie, Ukraińcy, Niemcy. Zabawnie mylono nas z baptystami. Takie podobne nazwy. Buddyści i baptyści! [b]Polska przeżywała dojście do władzy Gierka, a pan?[/b] Znalazłem się w pierwszej grupie zen, byliśmy pionierami, przede wszystkim treningu. Mieliśmy poczucie, że jesteśmy mniejszością religijną. W 1972 r. zostałem formalnie buddystą, przyjąłem tak zwane cztery schronienia. [b]Jak to wszystko było możliwe z punktu widzenia administracyjnego? Przecież system kontrolował wszystko! [/b] Trzeba było konspirować z buddystyczną bibułą, choć władza z jednej strony patrzyła na nas podejrzliwie, a z drugiej być może widziała w nas V kolumnę na tyłach chrześcijaństwa. Kiedy władza zaczęła mieć coraz większe problemy z bibułą polityczną, na naszą chyba przymknęła oko. Nie mogła już wszystkiego ogarnąć. [b]O piątej rano musiał pan już być na medytacji.[/b] Wstać trzeba było wcześniej, ale pamiętam tak cudowne górskie wschody słońca, że płakałem ze wzruszenia. [b]Proszę powiedzieć, na czym polega medytacja? [/b] A jak smakuje owoc mango...? Generalnie trzeba poznać własny umysł. To, jak jesteśmy zniewoleni własnym intelektem. Proszę zwrócić uwagę, że idea powrotu do umysłu dziecka jest też charakterystyczna dla chrześcijaństwa. Narzędzie, jakim jest intelekt, nie powinno nas dominować. To tak jak z komputerem. Można go używać, ale nie wolno się stać jego niewolnikiem. Nie można dać się zniewolić ułudą. [b]Czy odejście od chrześcijaństwa łączyło się z krytyką Kościoła?[/b] Kiedy zaczynałem trening zenistyczny, nikt ode mnie nie oczekiwał żadnych religijnych deklaracji. Nie napisałem pisma do Watykanu z prośbą o unieważnienie chrztu. Na zawsze pozostała we mnie pamięć słów kardynała Wojtyły, że jeżeli będę czegoś potrzebował, to mogę liczyć na jego pomoc. [b]W Kościele by się pan jeszcze odnalazł?[/b] Trudno mi się odnaleźć w rytuałach, również buddyjskich. Nie jestem typowym buddystą. W kościele przeżegnam się, uklęknę i mogę pomodlić. Przed ołtarzem buddyjskim mogę złożyć pokłon i zapalić kadzidło. Ale rytuały nie są dla mnie jądrem nauczania. U Jezusa jest to przykazanie: „Kochaj”. Zen mówi: „Bądź uważny, nie ulegaj ułudzie, nie czepiaj się tego, co jest zmienne, bo inaczej będziesz cierpiał i siał cierpienie”. Nie uważam jednak, że buddyzm i chrześcijaństwo prowadzą do tego samego celu. Różnica jest fundamentalna. Zen mówi o bezjaźniowości, o tym, że jaźń pojedynczego człowieka jest złudzeniem. Nie ma więc idei superjaźni, czyli Boga pojmowanego w ten sposób. Co nie znaczy, że nie ma niczego. Co jest rzeczywiste? – to podstawowe pytanie, na które jedynie słowa nie są odpowiedzią. Buddyzm nie jest ateizmem, relatywizmem, nihilizmem. Niczego nie afirmuje, ale też niczemu nie zaprzecza. Unika intelektualnych modeli. [b]W „Podwójnym życiu Weroniki” Krzysztof Kieślowski powierzył panu partię fletu uosabiającą Boga.[/b] Być może Boga doświadcza się wtedy, kiedy nie używa się słów. W umyśle muzyka musi się dokonać transcendencja, zmiana z myślenia pojęciami na myślenie dźwiękami. Najbardziej niezwykłe w życiu muzyka jest to, kiedy nie trzeba myśleć, co było i co będzie, przeżuwać rzeczywistości, tylko smakować „tu i teraz”. Tak jak radził święty Augustyn. [b]Miał pan okazję opowiedzieć dźwiękami świat „Kalkwerku” Krystiana Lupy, którego bohater Konrad pisze studium o słuchu.[/b] Konrad, bohater spektaklu, nie potrafił zrealizować tego, co było jego potencją. Zamiast tworzyć, rozpraszał się, ciągle mu coś przeszkadzało, a to żona, a to sąsiad. Widział przeszkody poza sobą. Jakże często o nasze niepowodzenia, naszą bezpłodność oskarżamy wszystkich – tylko nie siebie. Kiedy byłem dzieckiem, ojciec powtarzał, że artysta nie powinien się żenić i mieć dzieci. W końcu moi rodzice się rozwiedli. [b]Pan udowodnił, że artysta może mieć rodzinę. [/b] Może chciałem pokazać całym życiem, że to możliwe? Rodzina jest moją największą inspiracją. I kiedy pytają mnie o mistrza zen, odpowiadam, że jest nim żona, która jak nikt inny zna moje słabości. Przeszliśmy razem buddyjski trening grupowy. W końcu zaczął nas niepokoić sposób myślenia „my i oni – buddyści kontra świat”. Unikam takich podziałów. Natomiast w sztuce kocham kontrasty. To widać w Osjanie, który gra czasami prosto i melodyjnie, wręcz sentymentalnie, a zaraz potem – awangardowo. Podobny stosunek mam do muzyki teatralnej. Cieszą mnie poszukiwania artystyczne, ale kocham też rzeczy dobrze zrobione w tradycyjny sposób. Tak jak w spektaklu Jacques’a Lasalle’a „Umowa”, nad którym pracowałem ostatnio w Narodowym. Podstawową sprawą jest dla mnie jakość. I wolność. Trudno mi znieść grupę z dogmatycznym liderem. Parareligijną artystyczną sektę. [b]Chciał pan, żeby córka Maja była aktorką? [/b] Odkąd pamiętam, zawsze interesował ją teatr. Większość dzieci zaczyna od teatru. Ustawia laleczki. Z wiekiem większość chowa je do szuflady. Tymczasem Maja weszła na prawdziwą scenę. Płynnie i naturalne. Babci nie znała. Nie wiem, czy można mówić o genach. [b]Jakim przeżyciem był dla pana „Katyń” Andrzeja Wajdy? [/b] Bardzo osobistym. Patrząc na Maję, widziałem babcię czekającą na dziadka. Lata niepewności, czy się uratował, czy nie został zamordowany. [b]Mówi się, że po Katyniu Polska musiała być inna. Stalin dopiął swego.[/b] Została zerwana ciągłość kulturowa i trudno odbudować całe pokolenia inteligencji. Nawet takie proste rzeczy jak kindersztubę. Jak jeść, jak trzymać sztućce. Czytanie literatury. Dla inteligencji kontakt z kulturą był i powinien być nadrzędny. Na pewno ważniejszy od pieniędzy. [b]Jaka będzie Polska najbliższych lat?[/b] Wzrusza mnie – do tego stopnia, że mam łzy w oczach – „Wesele” Wyspiańskiego, gdzie padają słowa: „A to Polska właśnie”, a chodzi o nasze serca. Nie szukajmy nadzwyczajnych odpowiedzi w oderwaniu od siebie, od tego, jacy jesteśmy dla innych, bo ciągle dostrzegamy belkę w oku innych, a zbyt mało pracujemy nad sobą. Receptą na pewno nie jest nienawiść. Dlatego miarkujmy się w atakowaniu tych, których uważamy za wrogów politycznych... Polska będzie taka, jacy są ci, których najmocniej kochamy: nasze dzieci i wnukowie.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL