fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Skandal wokół kolejnej wersji śmierci Pyjasa

Stanisław Pyjas i Bronisław Wildstein (na zdjęciu w 1976 r. w Krakowie) byli przyjaciółmi. Dziś prof. Zdzisław Marek posądza Wildsteina o współodpowiedzialność za jego śmierć
Fotorzepa, Pio Piotr Guzik
Pijany Stanisław Pyjas przed śmiercią dobijał się do dziewczyny i został uderzony drzwiami - twierdzi w kontrowersyjnej książce były peerelowski lekarz sądowy Zdzisław Marek. - Jest kłamcą, i to dość nieudolny - mówi o nim historyk Antoni Dudek
Publikacja 85-letniego emerytowanego profesora nosi tytuł "Głośne zdarzenia w świetle medycyny sądowej". Znaczną część liczącej 295 stron książki zajmują opisy okoliczności śmierci, pobić i wypadków z lat 70. i 80., w których dopatrywano się motywów politycznych. Ekspertyzy w tych sprawach sporządzał Zakład Medycyny Sądowej w Krakowie kierowany przez wiele lat przez prof. Marka.
[srodtytul]Dudek: próbuje się wybielić [/srodtytul]
Nadzwyczajna komisja powołana w 1991 roku przez rektora Akademii Medycznej stwierdziła, że prof. Marek w swojej działalności opiniodawczej naruszył normy etyczne pracownika nauki. Pozbawiła go funkcji kierownika Katedry i Zakładu Medycyny Sądowej.
To ekspertyzy Marka wspierały prokuraturę w sprawie śmierci związanego z opozycją Stanisława Pyjasa, znalezionego w maju 1977 roku w sieni krakowskiej kamienicy. Dla przyjaciół Pyjasa było jasne, że zabiła go SB. Prokuratorzy twierdzili, że pijany student potknął się na klatce schodowej i zakrztusił krwią.
Dziś prof. Marek dowodzi w książce, że jego opinie były rzetelne, a on "nigdy nie naginał ich do życzeń i oczekiwań mocodawców, obojętne, spod jakiego sztandaru". Zapewnia, że tak było też w sprawie Pyjasa.
Profesor stawia hipotezę, że pijany student dobijał się do koleżanki mieszkającej na II piętrze kamienicy i został uderzony gwałtownie otwieranymi przez kogoś drzwiami. Zrezygnował z wizyty, zszedł na dół, a tam, siedząc u stóp schodów, zachłysnął się krwią z wargi zranionej przy uderzeniu drzwiami. Zaczął się dusić i upadł na posadzkę, doznając kolejnych urazów.
"Tylko zmasowana propaganda i z uporem powtarzane twierdzenia, że Stanisława P. zamordowano, utrwaliła to w powszechnym przekonaniu, bezkrytycznie powtarzanym. (...) Każdy mający odmienne zdanie, czy choćby wyrażający wątpliwości, jest zakrzykiwany i nazywany "świadomym współpracownikiem usiłującym zatuszować ponurą zbrodnię" – pisze prof. Marek.
– W ten sposób próbuje wybielić swój udział w tej sprawie i zachować dobre samopoczucie – uważa prof. Antoni Dudek, historyk z Uniwersytetu Jagiellońskiego. – Pytanie tylko, czy znajdzie się ktoś, kto uwierzy w kolejną wersję wydarzeń podawaną przez pana profesora.
Dudek przypomina, że jest ona sprzeczna z wypowiedzią Marka sprzed lat, gdy, nie wiedząc, że jest nagrywany, mówił dziennikarce radiowej: "Ktoś Pyjasowi dał po mordzie... ale ja nie wiem kto".
Najnowszej wersji prof. Marka zaprzeczają ogólnie znane ustalenia wznowionego w latach 90. śledztwa. W 1999 roku śledczy doszli do wniosku, że studenta śmiertelnie pobito, najprawdopodobniej z inspiracji SB.
Prokurator Krzysztof Urbaniak jest pewien, że Pyjas nie mógł zginąć, potykając się w kamienicy. – Pobito go gdzie indziej, stracił przytomność i został przeniesiony do sieni, w której później znaleziono jego zwłoki – podkreśla prokurator. Sprawców dotychczas nie udało się ustalić.
[srodtytul]Wildstein: po prostu kanalia[/srodtytul]
Prof. Marek sugeruje, że za śmierć Pyjasa współodpowiedzialny jest Bronisław Wildstein. "Wielce ciekawe i niecodzienne było zachowanie w tym przypadku Bronisława W. – najbliższego przyjaciela (jak wielokrotnie twierdził) Staszka, a także towarzysza w ostatnim dniu życia. Zostawił nietrzeźwego przyjaciela w mieście, potem wyjechał na wiele lat za granicę. Wrócił, gdy sprawa "niegodnego postępowania biegłego" już się przedawniła. (...) Może jednak "przedawnienie" dotyczyło innej sprawy, na przykład nieumyślnego zadania obrażeń? Musi to jednak pozostać w sferze domysłów, chyba że ci, którzy znają prawdę, zdecydują się mówić" – pisze prof. Marek.
– Na tym przykładzie widać najlepiej, że prof. Marek jest kłamcą, i to dość nieudolnym. Gdyby SB miała choć cień możliwości, by obarczyć Wildsteina winą za śmierć Pyjasa, skwapliwie by z tego skorzystała – uważa Antoni Dudek.
– Chorobliwa nienawiść zaślepiła prof. Marka. Przecież dokładnie wiadomo, co w dniu śmierci Staszka robił Bronek i że nie spotykał się wtedy z przyjacielem. A potem uparcie walczył o prawdę w sprawie Pyjasa – tłumaczy Bogusław Sonik, dawny opozycjonista, a dziś eurodeputowany. Wraz z Wildsteinem był współzałożycielem Studenckiego Komitetu Solidarności, który domagał się wyjaśnienia okoliczności śmierci Pyjasa.
Inny działacz opozycji prof. Ryszard Terlecki przypomina, że Wildstein wyjechał za granicę dopiero cztery lata po śmierci studenta i musiał tam zostać po ogłoszeniu stanu wojennego.
Sam Wildstein słowa prof. Marka kwituje krótko: – Kanalia, po prostu kanalia. Za to, że opisałem jego rolę w sprawie Pyjasa, wytoczył mi proces i wygrał, co wiele mówi o naszym wymiarze sprawiedliwości.
Zdzisław Marek nie pominął tego zresztą w swojej książce. Przypomina, jak z jego oskarżenia sąd prawomocnie skazał Bronisława Wildsteina na karę grzywny i nawiązki oraz opublikowanie wyroku w gazecie za to, że w 1991 roku publicznie obwiniał medyka o tuszowanie sprawy zabójstwa Pyjasa i nazwał go m.in. "najbardziej cynicznym wspólnikiem zbrodni", który tylko dzięki przedawnieniu uniknął odpowiedzialności.
[srodtytul]Biskup Pieronek: to niegodne[/srodtytul]
Na łamach książki prof. Marek powtarza też wersje peerelowskiej prokuratury i SB dotyczące dwukrotnego pobicia w 1985 roku przez "nieznanych sprawców" księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego. – Sugerowano wtedy, że upozorowałem je sam lub przy czyjejś pomocy – mówi ks. Zaleski.
Tu także prof. Marek mija się z ustaleniami śledztwa toczącego się w latach 1991 – 1995.
Autor książki podważa dobre imię znanego krakowskiego adwokata dr. Andrzeja Rozmarynowicza (1923 – 1999). Ten były żołnierz AK, więziony za udział w organizacji antykomunistycznej, w latach 60. i 70. był doradcą prawnym Karola Wojtyły, a w III RP senatorem I kadencji. Od połowy lat 70. bronił działaczy opozycji, występował w wielu sprawach, w których mówiono o nadużyciu władzy przez milicję i SB.
Mecenas był m.in. pełnomocnikiem ks. Zaleskiego i rodziny Pyjasa. Wielokrotnie krytykował opinie wydawane w tych sprawach przez Zakład Medycyny Sądowej.
"Powód niechęci mecenasa do nas był całkiem prozaiczny" – twierdzi w książce prof. Marek, pisząc o nim jako o Andrzeju R. "Przed laty zaproponował mi jako kierownikowi katedry obopólną "korzystną" współpracę. Sugerował, aby jego klientom wydawać przychylne opinie w zamian za udział w zyskach. Ku swemu zaskoczeniu, odszedł z niczym, ale zniewagi nie zapomniał i później nie zaniedbał żadnej okazji szkalowania nas".
– To jest obrzydliwe! Adwokat już nie żyje i nie może sam się bronić – komentuje prof. Zbigniew Ćwiąkalski, były minister sprawiedliwości.
Mówi, że znał dobrze mec. Rozmarynowicza. – Jako jeden z nielicznych adwokatów miał odwagę występować przeciwko władzom PRL – podkreśla.
Także biskup Tadeusz Pieronek za niegodne uznaje pomawianie nieżyjącego mecenasa bez przedstawienia dowodów. A prokurator Krzysztof Urbaniak pyta: – Czemu po rzekomej rozmowie z adwokatem prof. Marek nie zgłosił tego prokuraturze, choć było to jego obowiązkiem?
Książkę w nakładzie 2 tys. egzemplarzy wydało w tym roku krakowskie Wydawnictwo Medyczne. Można ją kupić w księgarniach medycznych i w Internecie. Wydawca dystansuje się od treści książki, drukując adnotację: "Interpretacje opisanych zdarzeń są wyrazem poglądów i wiedzy Autora".
Jak dowiadujemy się w krakowskim oddziale IPN, prokuratorzy, którzy od ubiegłego roku prowadzą wszczęte na nowo śledztwo w sprawie śmierci Pyjasa, zamierzają zapoznać się z książką prof. Marka i być może przesłuchać jej autora.
[ramka]Śledztwo kilkakrotnie umarzane i wznawiane
Stanisława Pyjasa, związanego z opozycją studenta polonistyki na UJ, znaleziono martwego nad ranem 7 maja 1977 r. w sieni kamienicy przy ul. Szewskiej 7 w Krakowie. Prokuratura umorzyła wówczas sprawę, twierdząc, że Pyjas uległ nieszczęśliwemu wypadkowi. Wznowione w 1991 r. śledztwo trzykrotnie było umarzane (ostatnio w 1999 r.), m.in. z powodu braku dostępu do materiałów SB i niewykrycia sprawców. Jako najbardziej prawdopodobną przyjęto wersję, że studenta pobił na zlecenie SB krakowski bokser, który kilka miesięcy później sam zginął w niejasnych okolicznościach. Dotychczas za utrudnianie śledztwa skazani zostali tylko dwaj wysocy funkcjonariusze SB i MO Jan B. i Zbigniew K. Trzej kolejni oskarżeni zmarli w trakcie procesu, wobec innych postępowanie zawieszono z powodu choroby. W maju 2008 r. śledztwo podjęto na nowo, bo odkryto nieznane dotąd dokumenty o inwigilacji studenta przez SB. Sprawę prowadzi Instytut Pamięci Narodowej.[/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA