fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wiadomości

Tusk gra rolę Indiany Jonesa

Eryk Mistewicz twierdzi, że PO nia byłaby tak silna, gdyby nie stworzyła sobie wygodnego sparingpartnera w postaci PiS
Fotorzepa, Rob Robert Gardziński
Premier jest bohaterem, któremu wiele rzeczy nie wychodzi, ale też przeciw niemu sprzysięgły się straszne moce – specjalista od marketingu politycznego Eryk Mistewicz wyjaśnia, jak PO zdobywa sympatię wyborców
[b]Rz: Czy polskie życie polityczne przypomina western, w którym czarny charakter walczy z dobrym kowbojem?[/b]
[b]Eryk Mistewicz:[/b] Nie, to już nie ten gatunek filmowy. Western zaproponował Jarosław Kaczyński, usadził nas w fotelach, ale nie zapanował nad regułami gatunku. Rewolwerowiec, który walczy ze złem całego świata, robi porządek, okazał słabość, dał się ograć. Kaczyński nie podołał roli, w której sam się obsadził.
[b]W jaki sposób Jarosław Kaczyński sprzeniewierzył się temu gatunkowi?[/b]
Jeśli ktoś wyśmiewa rewolwerowca, wykrzykując, że jest „chodzącym obciachem”, to prawdziwy bohater, ten, któremu kibicujemy, wyjmuje pistolet i strzela. Do tego go wynajęliśmy. A premier Kaczyński pozwolił, aby grupa młodziaków wyprowadziła go z równowagi.
[b]Wraca pan do wydarzeń sprzed ponad roku i debaty telewizyjnej Kaczyński – Tusk?[/b]
Tak. Sztabowcy PiS zgodzili się na grupę młodziaków rozpraszających uwagę Kaczyńskiego i to był koniec. Takie debaty wygrywa się, zanim się rozpoczną. Chwytów przybywa z kampanii na kampanię. Przed debatą Sarkozy – Royal kłócono się kilka godzin nawet o temperaturę w studio.
[b]I na czym stanęło?[/b]
Na równo 23,6 st. Celsjusza. Sztabowcy Sarkozy’ego chcieli, by było zimno, bo on lubi walczyć „na lodowcu”, ludzie Royal walczyli o warunki cieplarniane.
[b]Jak to się ma do „młodziaków za plecami Kaczyńskiego”?[/b]
Premier Kaczyński powinien wstać i wyjść. Mówiąc, że w tych warunkach nie będzie debatował, ponieważ rzecz idzie o sprawy najważniejsze, o Polskę, on zaś ma szacunek do widzów przed telewizorami. Byłby wtedy modelowym bohaterem westernu. A tak, to western się skończył.
[b]Z jakim gatunkiem filmowym mamy dzisiaj do czynienia?[/b]
Z politycznym Indianą Jonesem. Przygodami. Bohaterem, któremu wiele rzeczy nie wychodzi, ale też przeciw niemu sprzysięgły się straszne moce…
[b]Czyli z kim?[/b]
Oczywiście, z premierem Tuskiem. Rozumiemy, o co mu chodzi. Jesteśmy ciekawi, czy mu się uda, ba, niektórzy trzymają kciuki. Wciągnęło nas, czekamy, co będzie w następnym odcinku.
[b]My, czyli kto? Potencjalni wyborcy?[/b]
Tak. Polityka została tak silnie połączona z popkulturą. To już nie są dwa odległe światy. Proszę zobaczyć, jak uprawiają politykę Sarkozy, Berlusconi. Oni też wyszli z założenia, że nie trzeba zdawać się na elity, ekspertów, „pośredników informacji”, że można dotrzeć wprost do finalnego odbiorcy. Nazywam te techniki marketingiem narracyjnym: przytrzymanie uwagi widza w fotelu, proponując ciekawą opowieść. Po to, aby potem mógł pytać znajomych: czy już słyszałeś…
[b]Co na przykład mógł słyszeć?[/b]
Pamięta pani, jak cały świat przez kilka tygodni mówił tylko o tym, że Britney Spears na rozdaniu MTV Music Awards pocałowała Madonnę? I to jak pocałowała! We wszystkich stacjach świata – „hot news”. Gdy w grę wchodzi taka opowieść, nieważne są kryzys czy wojna w Zatoce. Gdyby zrobić wówczas sondaż „piosenkarka” – pierwsze wskazanie to Britney. Dziś w Polsce sondaż „polityk”: Palikot. To są te same mechanizmy budowania wizerunku. Tak o pocałunku Britney, jak i o Palikocie każdy słyszał, ba, każdy ma już wyrobione zdanie. Rzekoma prostytucja czy też skłonności seksualne adwersarza na kilka tygodni staną się najważniejszym tematem debaty publicznej. Oburzenie albo aplauz, w sumie nieważne. Ważne, że muszą podzielić się tym z innymi. O tym mówi się w windach, a nie o programie naprawczym polskiej gospodarki wypracowanym przez gremia kierownicze PiS.
[wyimek]Polityka łączy się z popkulturą. I o Britney Spears, i o Palikocie każdy słyszał. To ten sam mechanizm budowania wizerunku[/wyimek]
[b]Chce pan powiedzieć, że rolą Janusza Palikota jest umiejętne odwracanie uwagi?[/b]
To, czym PO przez ostatni rok zarządza sprawnie, to narracja, opowieść, story. Siedząc w fotelach, obserwujemy zmagania Indiany Jonesa i jego ludzi, takich jak poseł Palikot. A Indiana przeskakuje nad wodospadami, nunczakiem toruje sobie drogę do samolotu, walczy w dżungli światowej polityki. Stresy go wykańczają. Nie jest doskonały: Indiana Jones boi się węży, a ten nasz od ciągłych przygód i problemów, a to z klimatem, a to z pomostówkami, łysieje. Jego problemy są naszymi problemami. Jego wrogowie – to ważne – naszymi wrogami. A politolodzy rwą włosy z głów: to niemożliwe, żeby po roku rządów poparcie dla jakiejkolwiek partii sięgało 60 procent. To musi się skończyć, to jest wbrew prawom fizyki! Nie, nie musi.
[b]Dlaczego?[/b]
Zastosowano profesjonalne, wcześniej niestosowane w komunikacji politycznej w Polsce, techniki. Inne partie po prostu zamarły.
[b]Jak to zamarły?[/b]
Stoją i mówią z goryczą: „Nie, to przecież nie na tym polega polityka i debata publiczna”. Dodatkowo dla utrzymania wysokiej pozycji ekipa Tuska wymyśliła PiS.
[b]W jakim sensie „wymyśliła”? [/b]
Wyznaczyła go na swego adwersarza, sparingpartnera. I za każdym razem, gdy jest potrzebny, wywołuje go na swój ring. Ale bynajmniej nie po to, aby go pokonać. Zabicie PiS, sprowadzenie go do poziomu poniżej 10 czy 5 proc., nie ma dla PO żadnego sensu.
[b]Dlaczego?[/b]
Znów klasyka: antagonista jest potrzebny Platformie, aby emocje widzów, a co za tym idzie, ich zaangażowanie po stronie Indiany Tuska, były jak najwyższe. William Goldman, dwukrotny zdobywca Oscara, pisząc genialne scenariusze, zawsze odpowiada sobie na pytania: kim jest bohater, czego chce i kto mu, do diabła, przeszkadza? Bez antagonisty nie ma story!
[b]To jak wygląda ten scenariusz pisany przez Platformę?[/b]
Bohaterem tej politycznej narracji, która przetacza się przez Polskę, jest premier. Wciąż trwa jego kampania, wciąż pobudza obojętnych.
[b]O jakie grupy chodzi?[/b]
Ludzi, których polityka w ogóle nie interesuje. Nie tylko młodych. Wyciągając co chwila na matę „strasznych braci”, przypomina widzom, „co by było gdyby”. Tak dobrano sparingpartnera – tak spozycjonowano debatę publiczną – aby zostało tylko ich dwóch: PO i PiS. Wszystkich komentatorów i polityków zajęto tym, kto ma prawo lecieć na obrady do Brukseli, którym wejściem tam wejdzie, kto usiądzie, w jakim samolocie itp.
[b]Mówi pan o przepychankach wokół brukselskich szczytów?[/b]
Tak. Zauważmy, że Donald Tusk odnosi się do innych podmiotów politycznych tylko wtedy, gdy jest to PiS bądź któryś z braci. Nie znajdzie pani żadnej znaczącej wypowiedzi polityków PO o tym, co proponują dla Polski Rafał Dutkiewicz albo lewica. PiS został obsadzony w roli koncesjonowanego sparingpartnera.
[b]I co z tego wynika?[/b]
Stanowi dla PO element podparcia. Na równoważni, aby jedna strona pięła się w górę, musi się czymś, kimś podeprzeć. Tym punktem podparcia dla Platformy stało się PiS. Trudno sobie wyobrazić lepszego dla PO, bardziej nieporadnego przeciwnika na tej macie.
[b]A co za tym przemawia?[/b]
Znów klasyka marketingu. W latach 80. coca-cola była mniej więcej taka jak każdy rząd po pół roku rządzenia.
[b]Czyli jaka?[/b]
Każdy rząd po pół roku jest już zwyczajny. Moc, która towarzyszy wyborom, gdzieś się rozpełza. Ludzie mówią: ci znowu będą tacy jak tamci, też nic nie potrafią... I sondaże lecą w dół.
[b]Z PO tak się jednak nie stało. A co zrobiła Coca-Cola?[/b]
Po kilkudziesięciu latach wszyscy znali ten napój, nie był już „sexy”. Pojawiały się inne. Sprzedaż spadała. To, co zrobił wtedy Roberto Goizueta, ówczesny szef koncernu, przeszło do annałów marketingu. Wymyślił ring. Wskazał antagonistę. Wybrał pepsi. Wskazał ją, bo to był przeciwnik, którego zaatakowanie zmobillizowało wszystkie własne siły witalne. Wojna między Pepsi i Coca-Colą trwała całe lata 90. Wydano gigantyczne pieniądze na tę walkę.
[b]I co z tego wynikło?[/b]
W całości podzielili rynek. Dwie marki zapewniły sobie dominację na całym świecie, zarobili na tym gigantyczne pieniądze. I ani mysz się między nie nie wślizgnęła. Strategia Goizuety wyniosła pozycję coca-coli, choć pomogła też pepsi.
[b]I co z tego wynikło? Trzymając się zaproponowanej przez pana konwencji: jakiej zaginionej arki poszukuje dzisiaj premier Donald Tusk?[/b]
Szuka ludzi, ich emocji, wysokiej frekwencji. Elementy marketingu narracyjnego, których używa, sprawiły, że Platforma wyprzedziła PiS pod względem stosowanych technik o pięć – sześć lat. Każdego ranka dochodzą kolejne odsłony serialu pobudzającego emocje obserwatorów, z czasem stających się najbardziej lojalnymi kibicami.
[b]To co może zrobić PiS?[/b]
Marketing narracyjny ma swoje prawa. Dobrą narrację może załamać tylko kontrnarracja. Po Indianie Jonesie i „kinie nowej przygody” nastał przecież czas filmów odkurzających opowieści o Rzymie, Grecji, Macedonii. Z superprodukcją „Gladiatorem” odświeżającą mit samotnego mściciela powracającego, by gromić złych i wskazywać drogę dobrym. A dziś PiS nadal widzi ratunek w szkoleniach z erystyki i retoryki. I kilkusetstronicowych programach. Na razie Jarosławowi Kaczyńskiemu pozostało więc dziękować Donaldowi Tuskowi, że to jego partię wybrał na sparingpartnera, a nie lewicę. Wtedy partia Kaczyńskich podzieliłaby dzisiejszy los tej formacji.
[i]Masz pytanie, wyślij e-mail do autorki
[mail=m.subotic@rp.pl]m.subotic@rp.pl[/mail][/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA