fbTrack

Świat

Choć ONZ czuwa, krew się leje

AFP
Rząd Demokratycznej Republiki Konga obarcza ONZ odpowiedzialnością za masakry ludności we wschodniej części kraju. 17 tysięcy żołnierzy z misji pokojowej, która rocznie kosztuje ponad miliard dolarów, nie jest w stanie powstrzymać rebeliantów atakujących cywili
Wskutek antyrządowej ofensywy rebeliantów z plemienia Tutsi, na których czele stoi generał Laurent Nkunda, dach nad głową straciło już 250 tysięcy ludzi. Kongijski prezydent Joseph Kabila oskarża sąsiednią Rwandę o wspieranie rebeliantów. W próbę rozwiązania konfliktu zaangażował się sekretarz generalny ONZ Ban Ki-moon, spotykając się z przedstawicielami stron konfliktu. Obecne w Kongo siły ONZ znalazły się tymczasem w ogniu oskarżeń o bezczynność. – Ludzie są zabijani, a siły pokojowe nic nie robią – powiedział rzecznik prezydenta Kabili.
W piątek rebelianci zaatakowali miasteczko Kibati, na północ od stolicy prowincji – Gomy. W stronę tej ostatniej ruszyły z Kibati tysiące uchodźców. Opowiadają oni, że po wtargnięciu do miasteczka bojownicy chodzili od domu do domu, mordując znajdujących się tam mieszkańców. Generał Nkunda twierdzi tymczasem, że jego bojownicy nie strzelają do cywilów, tylko do członków zbrojnych milicji prorządowych. Według miejscowych relacji większość zabitych była jednak ubrana po cywilnemu, podczas gdy członkowie milicji noszą uniformy. ONZ prowadzi już dochodzenie w sprawie wcześniejszej masakry – w mieście Kiwanja, zaatakowanym przez oddziały Nkundy w ubiegłym tygodniu. – (Rebelianci) pukali do drzwi, a jak ludzie otwierali, to strzelali do nich z karabinów – opowiadał inspektorom Simo Bramporiki, który stracił żonę i dziecko.
Rzecznik ONZ w Kongo Madnodje Mounoubai mówi, że siły pokojowe robią wszystko, co w ich mocy, by pomóc cywilom, ale nie jest to takie proste. – Nie możesz strzelać, gdy masz przed sobą całą drogę zapchaną cywilami uciekającymi w różnych kierunkach – powiedział dziennikarzowi BBC. Nie wszyscy przyjmują jednak te tłumaczenia i zwracają uwagę, że misja MONUC w Demokratycznej Republice Konga jest najliczniejszą spośród pokojowych misji ONZ. Lecz choć liczy17 tys. żołnierzy, to tylko kilkuset z nich znajduje się w rejonie, gdzie toczą się obecnie walki. Po fali krytyki w Gomie ma być więcej żołnierzy ONZ i strzelać do wszystkich bojówek, które będą chciały zająć miasto. Generał Nkunda, którego oddziały znajdują się na północ od Gomy, grozi, że pomaszeruje na leżącą o 1580 kilometrów na zachód stolicę kraju Kinszasę, jeśli prezydent Kabila nie zgodzi się na bezpośrednie rozmowy z rebeliantami. Kongijski rząd ogłosił jednak, że z „terrorystami nie będzie rozmawiał”. Nkunda twierdzi jednak, że jego walka ma na celu ochronę Tutsich przed rwandyjskimi Hutu, którzy uciekli do Konga po słynnym ludobójstwie w 1994 roku. Ta słynna rzeź, podczas której bojówki Hutu wymordowały co najmniej 800 tysięcy Tutsi, zakończyła się obaleniem rządu Hutu i objęciem władzy przez zdominowany przez Tutsich Rwandyjski Front Patriotyczny pod dowództwem Paula Kagame. W obawie przed zemstą nowych władz dwa miliony Hutu uciekło wtedy do sąsiednich krajów, w tym do Zairu – dzisiejszej Demokratycznej Republiki Konga. Wywołało to ciąg wydarzeń prowadzących do obecnej wojny. Generał Nkunda zwraca uwagę, że rząd kongijski wielokrotnie obiecywał powstrzymanie zbrojnych grup Hutu, ale nigdy nie dotrzymał słowa. Paul Kagame, obecnie prezydent Rwandy, obarcza też odpowiedzialnością za ostatnie wydarzenia wspólnotę międzynarodową. Według niego wpompowała ona w region dziesiątki milionów dolarów bez właściwego rozpoznania źródeł kryzysu. ONZ jest również krytykowana na Zachodzie. Według amerykańskiej telewizji FoxNews w latach 2005 – 2006 organizacja wydała na operacje pokojowe 5 miliardów dolarów, a w kolejnych latach wydatki te były jeszcze większe. Mimo to błękitne hełmy nie mogą się chwalić wielkimi sukcesami.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL