fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Tygrys przy fortepianie

Forum
Jan Bończa-Szabłowski
Po 28 latach Ivo Pogorelicia nie opuszcza poczucie krzywdy. Chce dotrzeć do archiwum X Konkursu Chopinowskiego i dowiedzieć się, dlaczego go wyeliminowano
Jego pojawienie się w 1980 roku na Konkursie Chopinowskim wywołało zachwyt młodej publiczności i wielu krytyków. Kiedy zasiadał przy fortepianie, wydawał się przybyszem z innego świata. Nie tylko wyglądem, ale i sposobem grania wyróżniał się spośród innych uczestników . Skandal, jaki wybuchł po niedopuszczeniu go do finału, bardziej mu pomógł niż zdobycie nagrody. Zamówienia na koncerty nadchodziły z całego świata. Jedni uznali go za geniusza, inni woleli określać mianem szarlatana. Minęły lata i tak pozostało do dziś. Czasem się wydaje, że Pogorelić ma wyraźny problem, czy bardziej zależy mu na wysokich ocenach artystycznych, czy na wywoływaniu skandali. Publiczność go uwielbia i wiele wybacza, ale prasa bywa bezwzględna i potrafi napisać, że „grał Mozarta jak pianista z baru”. W podobnym tonie utrzymane były recenzje jego najnowszego koncertu w Filharmonii Narodowej w Warszawie, który – choć trudno uznać go za wydarzenie artystyczne – był najbardziej medialnym i najczęściej dyskutowanym elementem zakończonego właśnie festiwalu „Chopin i jego Europa”.
Bilety na występ najsłynniejszego chorwackiego pianisty rozeszły się błyskawicznie. Wszyscy chcieli zobaczyć i usłyszeć artystę tak bardzo skrzywdzonego w pamiętnej X edycji Konkursu Chopinowskiego. Spodziewali się sensacji i się nie zawiedli. Ku zaskoczeniu wszystkich zrezygnował z grania Chopina. Tak więc festiwal „Chopin i jego Europa” rozpoczął się bez kompozycji swego patrona. Pogorelić zaś pojawił się jedynie w drugiej części wieczoru i grał Rachmaninowa z taką nadekspresją, że dosłownie miażdżył klawisze. Krytycy wychodzili zniesmaczeni, ale publiczność nagrodziła go owacją na stojąco.
Podczas konferencji wyjaśnił, że ograniczył się do Rachmaninowa, bo właśnie jego ma w repertuarze mijającego sezonu. Chopina zaś zagra na specjalnym koncercie 26 października, świętując nim swoje 50. urodziny.Przyjazd do Warszawy na festiwal „Chopin i jego Europa” musiał z pewnością kosztować Pogorelicia wiele nerwów. Kiedy przybył tu niecałe półtora roku temu, po 26 latach nieobecności od pamiętnej przegranej w Konkursie Chopinowskim, unikał kamer, zabronił wstępu fotoreporterom. Podczas przedłużających się prób poprosił o możliwość wypróbowania kilku fortepianów. Ośmielony gorącym przyjęciem recitalu w Filharmonii Narodowej podczas ostatniej wizyty chętnie spotkał się z dziennikarzami. A na konferencji prasowej nie unikał osobistych zwierzeń.
Pogorelić urodził się w 1958 roku w Belgradzie. Grę na fortepianie rozpoczął w wieku siedmiu lat. Pięć lat później pojechał na dalszą naukę do Moskwy. Trafił tam na znakomitych pedagogów: Harry’ego Neuhausa, Eugeniusza Malinina i starszą od siebie o 15 lat gruzińską księżniczkę Alizę Kezeradze, którą w 1980 r. poślubił.
– Nasze wzajemne stosunki opierające się najpierw na relacji studenta i nauczycielki – mówił Pogorelić – przerodziły się w namiętność, a potem, kiedy została moją żoną, w wielką miłość.
Posiadała ponoć ogromny wpływ na jego interpretacje muzyczne. Zmarła kilka lat temu, a wydane już po jej śmierci nagranie scherz Chopina Pogorelić ozdobił wspólnym zdjęciem.
– Miałem w życiu dużo szczęścia, bo wychowywałem się w atmosferze miłości i tolerancji – mówił podczas ostatniej wizyty. – Teraz świat zmierza w stronę wieloetniczności, a ja zetknąłem się z tym od urodzenia. Rodziców dzieliły wiara i narodowość – ojciec chorwacki kontrabasisty był katolikiem, mama zaś Serbka jest prawosławną. – A jednak łączyło ich wspaniałe uczucie. Dziś z perspektywy 50-latka widzę, że miałem szczęście do ludzi. Kiedy wraz z żoną postanowiliśmy osiedlić się w Londynie, pomocną dłoń wyciągnął do nas Edward Richard Heath, były premier Wielkiej Brytanii, także muzyk i dyrygent. Dostrzegł mój talent i rozumiał sytuację, w jakiej się wtedy znalazłem wraz z żoną i pasierbem.
Pogorelić przyznaje, że od polityki stronił zawsze. Bez względu na to jednak, czy mieszkał w Rosji, Wielkiej Brytanii czy tak jak teraz – w Szwajcarii, nie wyrzekł się tożsamości narodowej, ani obywatelstwa chorwackiego i kiedy tylko może, chętnie sprzyja młodej chorwackiej demokracji.
Ekscentryczny pianista mianowany przez UNESCO ambasadorem dobrej woli od dawna łączy występy artystyczne z działalnością społeczną. Ustanowił fundację dla młodych muzyków w Chorwacji, zaangażował się w budowę kliniki położniczej w zniszczonym wojną Sarajewie. Powołał dla młodych talentów festiwal swego imienia w Bad Wörishofen, w Kalifornii zaś zorganizował własny konkurs pianistyczny.
Podczas wizyty w Warszawie zgłosił też chęć poprowadzenia bezpłatnych kursów mistrzowskich dla trójki utalentowanych młodych Polaków. Postawił jednak warunek: chce się rozliczyć z przeszłością. Dotrzeć do archiwum X Konkursu Chopinowskiego, zrozumieć, dlaczego będąc zdecydowanym faworytem konkursu, został z niego dość niespodziewanie usunięty już po II etapie.Jerzy Waldorff w „Wielkiej grze, czyli rzeczy o konkursach chopinowskich” określił Pogorelicia krótko: „Bardzo przystojny. Takie pół chłopca, pół dziewczyny, ale przy fortepianie cały tygrys”. I dalej: „Niezwykłość Pogorelicia na tym się wszakże zasadzała, iż tego samego Fryderyka Chopina grał jedne utwory w sposób nie do przyjęcia (Polonez fis-mol, początek sonaty B-moll), a inne – jak Etiuda F-dur, Marsz żałobny i finał Sonaty b-mol – w sposób zachwycający. Wedle nie tylko mojej oceny te udane pozycje (...) więcej były warte od całych programów wykonywanych przez innych konkursowiczów”.„Kiedy pierwszy raz pokazał się na estradzie konkursowej – notował Janusz Ekiert – zaskoczył tak ekspresjonistycznym Preludium cis-moll, jakby to był Skriabin w ostatnim okresie twórczości. Scherza cis-moll nikt jeszcze nie grał tak dramatycznie i demonicznie. W Marszu żałobnym na wyobraźnię działało forte jak dzwon i delikatnie rozdzwonione pianissimo. Mazurki (op. 59) – finezyjne, rozpoetyzowane, wyrafinowane w nastrojach – rozwijały się na tle obsesyjnie akcentowanego, czasem opętańczego rytmu”.Zdając sobie sprawę, że swą grą wywołuje skrajne opinie jury, sam Pogorelić powiedział wówczas w jednym z wywiadów: „Nie przyjechałem po nagrody, ale po to, by pokazać Chopina rozumianego przez pianistę w roku 1980, kompozytora nowoczesnego, ekspresyjnego, ale w interpretacji nie przekraczającej granic dobrego smaku”.
„Wstydzę się, że należę do jury konkursu” – oświadczyła po usunięciu Pogorelicia Marta Argerich. Poparli ją Paul Badura Skoda i Nikita Magaloff. Za wybitny talent uznali pianistę krytycy polscy, którzy obdarzyli go swoją nagrodą.
Sprawa usunięcia Pogorelicia z Konkursu Chopinowskiego znakomicie wpisała się w nastroje panujące wówczas w Polsce. To był przecież początek karnawału „Solidarności”, a boski Ivo z rozwianą czupryną nie tylko grał, ale też zachowywał się jak buntownik. Niedopuszczenie go do finału spowodowało, że poczuł się osobą prześladowaną. To przekonanie pozostało mu do dziś.
Na niedawnej konferencji prasowej w Warszawie wspominał, że dziwi go, dlaczego przed wejściem do pokoju hotelowego postawiono strażnika, a kiedy wyjeżdżał z Warszawy, towarzyszyła mu eskorta milicji. Jakby zapomniał, że na każdy jego występ szturmowały tłumy młodych ludzi i taka eskorta mogła być akurat w tym przypadku podyktowana względami bezpieczeństwa. Niepokorny pianista do dziś lubi uważać się za ofiarę prześladowań. Wspominała o tym niedawno jedna z chorwackich gazet, która opisując niedawną kłótnię po koncercie w Mediolanie, nazwała go P(r)ogorelić, czyli prześladowany.
Od lat 80. Pogorelić należy do najpopularniejszych pianistów na świecie. Nagrywa dla Deutsche Grammophon, a kolejne płyty oczekiwane są z ogromnym zainteresowaniem. Prasa, opisując sukcesy, nie szczędzi mu także kąśliwych uwag i z lubością ujawnia skandale. Pogorelić jest przecież mistrzem autokreacji.
Ostatnio jedna z chorwackich gazet napisała, że dla tego artysty większym problemem od wyboru repertuaru jest to, czy kupić sobie rolls-royce’a, bentleya czy maybacha. Przypomina, że Herbert von Karajan nie potrafił z nim dojść do porozumienia. Planowany wspólny koncert w Wiedniu odwołano, a Karajan do końca życia Pogorelicia traktował jak powietrze.Chorwacki dziennikarz Branimir Pofuk w artykule „Amerykańska awantura ekscentrycznego geniusza” zauważa, że tuż przed tournée Pogorelicia po USA ukazały się bardzo krytyczne opinie na jego temat m.in. w „New York Timesie” i „Washington Post”. Pogoreliciowi szczególnie nietaktowne wydało się porównanie go w jednym z artykułów do australijskiego pianisty Davida Helfgotta. Znanego w świecie wyjątkowo utalentowanego muzyka z zaburzeniami schizoafektywnymi, które objawiają się podczas jego gry. To na podstawie jego życiorysu powstał film „Shine” w reżyserii Scotta Hicksa.
– To bezczelność, że porównuje się mnie do chorego psychicznie artysty. W dodatku się mówi, że to najwybitniejszy na świecie pianista, a nie ma chyba wątpliwości, że ten tytuł należy się mnie – odrzekł oburzony Pogorelić.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA