fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Na własnym torze

Artur Rojek
Fotorzepa, Grzegorz Hawałej GH Grzegorz Hawałej
W Mysłowicach czuję najlepiej. Są mi najbliższe. Tu się wychowałem. Tu żyję i mieszkam - mówi w rozmowie z "Rzeczpospolitą" Artur Rojek, lider zespołu Myslovitz i organizator trwającego w ten weekend Off Festival.
Byłeś mistrzem Polski juniorów w pływaniu, spotkałeś kiedyś Otylię Jędrzejczak na torze?
Otylia jest ode mnie o wiele młodsza. Kiedy kończyłem swoją przygodę z pływaniem, była jeszcze dzieckiem. Znałem ją pośrednio, z opowiadań jej trenera z Pałacu Katowice. Słyszałem, że jeśli wszystko dobrze pójdzie, zostanie kiedyś olimpijką.
A ty nie myślałeś o tym?
Myślałem. Przez wiele lat trenowałem pływanie i wyłącznie tym się zajmowałem. Wybrałem związany z tym kierunek na katowickiej AWF. Ale przyszedł taki moment, kiedy przestałem osiągać wyniki, jakie były wymagane w mojej kategorii wiekowej.
Dlaczego?
Chyba nie wytrzymała moja psychika. Tak bardzo chciałem być lepszy, że aż nie mogłem. Rozczarowałem się i zdecydowałem, że czas przestać. Pewnie wpływ na moją karierę pływacką miało to, że po szkole podstawowej nie wybrałem liceum sportowego. Poszedłem do normalnego ogólniaka w Mysłowicach z półindywidualnym tokiem nauczania i nie będąc w grupie podporządkowującej wszystko wynikowi sportowemu, miałem mniejsze szanse na sukces. Fizycznie też nie jestem typem pływaka. To zazwyczaj duzi faceci, a ja jestem niski. Potrafiłem nawiązać rywalizację w kategorii juniorów. W seniorach – szanse malały. Coraz częściej przegrywałem.
Pływanie wymaga niezwykłej dyscypliny, decydują ułamki sekund.
To bardzo indywidualny sport, przynajmniej na treningu. Monotonny. Pływa się od ściany do ściany. Wymaga poświęcenia. Ale ja to lubiłem. Do dziś lubię bardziej sporty indywidualne niż zespołowe.
Co czułeś, kiedy zostałeś mistrzem juniorów na 400 metrów kraulem?
Tak naprawdę nie zdawałem sobie sprawy z tego, co się stało. Kiedy wróciłem z zawodów, postawiono mnie na stoliku podczas specjalnej uroczystości. Byłem pierwszym medalistą w szkole. Kiedy przyszedłem do niej, nosiła imię Wincentego Pstrowskiego. Dopiero później została przemianowana na sportową. Wszystko się zaczęło kiedy miałem 12 lat. Wtedy zacząłem osiągać coraz lepsze wyniki. Biłem rekordy Śląska, potem byłem w reprezentacji kraju juniorów.
To była połowa lat 80. Czy za wyniki były jakieś materialne bonusy?
Tylko słowne.
A czego uczy upływanie?
Mnie nauczyło konsekwencji, wytrwałości i systematyczności. Treningi odbywały się dwa razy dziennie. Trenowałem solidnie. Rano o 6.15 musiałem być już na basenie. Potem był czas na szkołę i znowu basen.
Dla dziecka to musi być horror!
Jak pomyślę o własnym dziecku, to chyba tak. Ale w dzielnicy Piasek, gdzie mieszkałem, pływanie dzieciaków było normą. Dom był blisko basenu, szkoła też – musiałem przejść tylko przez trzy podwórka.
Szliście rano na basen jak górnicy na pierwszą szychtę.
Zwłaszcza że basen był na kopalni.
Chodziliście pływać, żeby ratować zdrowie przed zatrutym środowiskiem na Śląsku?
Myślę, że dorośli chcieli zająć dzieciaki z górniczej dzielnicy, żebyśmy, zamiast kopać szmacianą piłkę na podwórku w kurzu, – mogli pojechać na obóz, na zawody, zobaczyć kawałek świata, coś więcej niż szyby kopalniane. Dzielnica Piasek nie należała do najbogatszych, raczej do tych biedniejszych. Zawsze była związana z kopalnią. Tu było najwięcej w mieście familoków. Pływając przez dziesięć lat, ciągle gdzieś jeździłem. Czechosłowacja i Węgry to był dla nas przedsionek Zachodu.
To szmacianki nie kopałeś?
Kopałem, ale to nie było moje tradycyjne zajęcie. Częściej na obozach niż na podwórku. Ale nie czułem, że coś tracę, że czegoś się wyrzekam. Na tym polegało moje życie od dziecka.
Twoja rodzina była od zawsze związana z kopalnią?
Kiedy chodziłem do szkoły, wychowywałem się głównie u dziadków. Dziadek przyjechał na Śląsk z Poznania, za pracą, no i za babcią. Na początku nie rozumiał, co do niego mówią rodowici Ślązacy, kiedy trzeba było porozumieć się w kopalni, podać jakiś przedmiot, narzędzie. Miał wypadek, stracił palec.
Czy jego wyjście z domu było codziennym obcowaniem z zagrożeniem?
– Przeszedł na emeryturę, kiedy byłem dzieckiem. Zapamiętałem jego nauki – miałem zrobić wszystko, żeby nie wylądować na dole. Pływanie pewnie miało w tym pomóc, choć wielu moich kolegów pływaków zostało później górnikami. I wcale nie czuli się przegrani. To była rodzinna tradycja. Ja nie jestem klasycznym Ślązakiem. Ale mocno identyfikuję się z regionem i lubię gwarę, której kiedyś się wstydziłem.
A używasz jej?
Jak się czasem wygłupiam – to potrafię! Wracając do moich śląskich korzeni, myślę, że opierają się na bardzo prostym i konkretnym wychowaniu. Nie było miejsca na trwonienie czasu i zbędne słowa. Liczyła się wytrwałość i punktualność. Choć do końca nie jestem pewien, czy to nie brało się raczej ze sportowego trybu życia. A może trening i Śląsk łączyły się na kopalnianym basenie?
Dziadek był ze Śląska. A babcia?
Ona jest typową Ślązaczką. Urodziła się na Śląsku, chodziła do niemieckiej szkoły, tak jak jej mama.
Czy, jak wielu Ślązaków, jej najbliżsi podczas wojny musieli służyć w Wehrmachcie?
Jej kuzyn i mój ulubiony wujek.
Czy w PRL była to rodzinna tajemnica?
Nie. Mówiło się: „wujek Paulek był odważny”, bo był bardzo odważnym żołnierzem na wojnie. Nie miało znaczenia, że walczył w niemieckim wojsku, tylko to, że miał charakter, że kładł się pod czołg, był szalony. A jak się napił – tańczył kozaka. Po wojnie wyjechał do Niemiec. Był w moim dzieciństwie elementem z innego świata. Wszystkie śląskie rodziny, które miały krewnych w Niemczech, mogły liczyć na paczkę, w której było coś, czego nie można było dostać na co dzień w Polsce.
Nie myślałeś o emigracji?
Kiedy byłem w klasie maturalnej, po raz pierwszy wyjechałem do Niemiec i mało co nie zostałem. Moja mama poważnie się nad tym zastanawiała. Pamiętam, że wszystko dla mnie było fascynujące – począwszy od zapachu klatki schodowej, a skończywszy na wyglądzie półek sklepowych w najtańszej wersji supermarketu, czyli Aldiku. Ale z Niemcami kojarzy mi się też inna historia. Wuj Paulek wysyłał nam paczki, ale raz przywiózł ją osobiście jego syn. Wracałem z kolegami ze szkoły do domu i przed moim oknem zobaczyłem srebrne porsche. Wszyscy oszaleliśmy z zachwytu. Kiedy zacząłem rozmawiać z kuzynem, okazało się, że jest tak zniemczony, że w ogóle nie mówi ani po śląsku, ani po polsku. Wszedł na chwilę i odjechał, zostawiając paczkę. Nie wiedziałem, co było w środku, zawartość wylądowała w lodówce. Gdy ją otworzyłem, zobaczyłem, że od góry do dołu jest wyłożona pasztetem w konserwach! Liczyłem, że przesyłka będzie bardziej urozmaicona. Ale sklepy były puste. Dobre było i to.
Świętowaliście Barbórkę?
W domu niespecjalnie. Ale na basenie mieliśmy uroczystości. Trening był krótszy, bo potem zaczynała się impreza.
Dziadek miał mundur i pióropusz?
Miał i pamiętam, że kiedy przeszedł na emeryturę, nie był zadowolony, że pióropusz jest innego koloru niż pióra bardziej docenionych kolegów.
A czy odczuwałeś, że Śląsk jest krzywdzony przez Polskę?
Nie, ale słyszałem to wielokrotnie od moich kolegów. Nie mając tej świadomości, nie miałem uprzedzeń.
Gierek był ważną postacią?
W 1979 r. miałem siedem lat. Ale pamiętam komentarz dziadka, który oglądał „Dziennik telewizyjny”. Mówił: za Gierka to było dobrze, były banany w sklepach. A potem ich nie było.
Czy na kąpielisku Słupna, gdzie organizujesz teraz w Mysłowicach Off Festival, pływałeś kiedyś i marzyłeś, że właśnie tu będzie jedna z najważniejszych muzycznych imprez w Polsce?
Nie, chodziłem tam z mamą na spacery, potem się kąpałem i pracowałem jako ratownik. Ale nigdy nie myślałem, że można tam zorganizować koncert. Do czasu, gdy urządziliśmy w Słupnej urodziny Myslovitz. Sprawdziło się. A mimo to na początku planowałem umieszczenie Off Festivalu w Giszowcu, pięknej dzielnicy Katowic.
Małgorzata Szajnert napisała o niej wspaniałą książkę „Czarny ogród”.
Tak, były jednak problemy techniczne. Padło na Słupną i dopiero goście, którzy tu przyjeżdżają, przekonali mnie, że jest OK.
Festiwal reklamuje Mysłowice, daje ludziom pracę i zarobek. Czujesz się w mieście potrzebny?
Zaczęło się od Myslovitz. Ale to nie był wielki boom popularności: objawienie. Jestem w mieście traktowany normalnie.
Po prostu robisz zakupy w tych samych sklepach co wszyscy.
No tak, tu nie ma niezwykłych sklepów! Są sklepy dla wszystkich.
A czy myślałeś o tym, żeby dać coś miastu? Mogłeś przecież zorganizować imprezę gdzie indziej.
W Mysłowicach czuję najlepiej. Są mi najbliższe. Tu się wychowałem. Tu żyję i mieszkam. Tu są ludzie, którzy mi pomagają. Gdzie indziej musiałbym wszystko zaczynać od nowa.
Czy kiedy byłeś ratownikiem, podrywałeś dziewczyny, prężyłeś muskuły, uratowałeś komuś życie?
Inni w wakacje sprzedawali paletki z piłeczką na gumkę, a my pracowaliśmy na kąpielisku, kiedy była przerwa w treningach. Mogłem zarobić pieniądze. Potem zostałem nauczycielem w szkole, bo ta praca dawała mi możliwość brania urlopów bezpłatnych w czasie, kiedy zacząłem grać w Myslovitz. Bycie trenerem, mam specjalizację z pływania, by mi na to nie pozwalało. Nie mógłbym zostawić dzieciaków.
Ze wszystkiego, co mówisz, przebija praktyczny, śląski styl myślenia. Co by było, gdyby nie można było się utrzymać z muzyki?
Kiedy zakładałem zespół w 1992 r., robiłem to z ogromnej potrzeby grania i traktowałem próby tak poważnie jak treningi. Strasznie się wkurzałem, jak ktoś nie przychodził, bo był, na przykład, piątkowy post. Goniłem chłopaków do rozwieszania plakatów. Ale mimo to miałem świadomość, że muszę skończyć studia na AWF i pójść do pracy. Dziś, kiedy to mówię, wydaje mi się to mało młodzieńcze, ale tak rzeczywiście było. Bałem się postawić wszystko na jedną kartę, choć tak naprawdę przecież to zrobiłem.
Kiedy zacząłeś wierzyć, że Myslovitz ma szansę i jest jednym z najważniejszych polskich zespołów ostatnich lat?
Pewność zyskałem, gdy nagraliśmy „Korova Milky Bar”.
Przecież to była wasza piąta płyta, nagrana siedem lat po debiucie!
No wiem, ale przez długi czas siłowałem się z myślami, czy Myslovitz to jest to, co powinien w życiu robić, czy zespół idzie w dobrym kierunku. Oczywiście angażowałem się, wkładałem w zespół całe moje serce, ale wątpliwości były cały czas. Do tego, że moje życie zawsze będzie związane z muzyką – zespołem, festiwalem czy radiem – zacząłem się przekonywać dopiero po płycie „Miłość w czasach popkultury”.
Waszej czwartej płycie.
Wtedy potwierdziliśmy jakość grupy, mogliśmy żyć z muzyki. Wydanie „Korovy” za granicą było tego mocną pointą.
Powiedziałeś, że zawsze źle się czułeś w grach zespołowych. A przecieżmuzyka to taka gra.
Tak, i miewam z tego powodu różne problemy. Mam potrzebę zrobienia czegoś poza grupą. Bez tego czułbym się nieszczęśliwy. Za pewne rzeczy muszę być sam odpowiedzialny.
Musisz mieć własny tor, na który nikt nie wpłynie bez twojej zgody?
Nigdy na moje życie tak nie patrzyłem, ale chyba tak jest.
Jak oceniasz efekty waszych koncertów na Zachodzie i wydania anglojęzycznej wersji „Korova Milky Bar”?
Być może inny zespół mógłby podejmować następne próby i mogłoby się okazać, że za rok, za dwa wreszcie by się udało. My przeżyliśmy wielką, trwającą trzy lata przygodę. Nigdy tego nie zapomnę. Ale w pewnym momencie doszedłem do wniosku, że za dużo czasu spędzamy za granicą, że za dużo mnie to kosztuje.
I zrezygnowaliście?
W pewnym sensie tak.
Kto podjął tę decyzję?
Zdania były podzielone. Mimo że tworzymy jeden zespół, bardzo się od siebie różnimy, jednak większość była za rezygnacją. To nie była łatwa decyzja. To się zaczęło klarować przed ostatnią zagraniczną trasą z zespołem The Corrs. Nie wszystkim odpowiadało, że musimy wyjechać z kraju na miesiąc. Graliśmy dużo i bywało, że z samochodu wychodziliśmy tylko na scenę. Po występie znowu trzeba było ruszać dalej w trasę. Żeby grać za granicą, musieliśmy zarabiać w Polsce. To była nasza inwestycja. Skończyło się na tym, że po koncertach z The Corrs byliśmy totalnie przemęczeni.
The Corrs byli wielką gwiazdą, występowali z The Rolling Stones, ale jednak grali pop. Czy to był dobry wybór?
Dla polskiego zespołu każdy wybór był dobry. Graliśmy z tymi, którzy nas chcieli. I występowaliśmy w najważniejszych europejskich halach koncertowych mieszczących kilkanaście tysięcy słuchaczy – w londyńskim Wembley, paryskim Zenith. Byliśmy traktowani na równi z główną gwiazdą. Panowała fajna atmosfera. Wiele zespołów może o tym pomarzyć. Nam się to zdarzyło. Może gdybyśmy nie mieli gdzie wracać, postawilibyśmy wszystko na jedną kartę. Ale Myslovitz miało gdzie wracać. Tu na nas czekano.
To był czas, kiedy każdy z nas założył rodzinę. Można grać i wyjeżdżać, ale najbliżsi na tym cierpią. Tego nie chciałem. Dlatego nie czuję się zawiedziony.
Co było na Zachodzie najciekawsze, koncerty z Iggym Popem?
Pierwsza trasa z Simple Mind. Pierwsza podróż w autobusie z łóżkami. To był maj, graliśmy w pięknych krajach na południu Europy w wielkich salach. Ktoś w nas uwierzył i wysłał nas w świat. Ale kiedy grasz czwarty raz w Paryżu, nie czujesz tego samego co na początku. Ekscytacja mija.
Czy Myslovitz jeszcze istnieje?
Oczywiście, ale jest teraz na urlopie. Nie gramy prób, koncertów. W tym roku było tylko kilka zamkniętych imprez. Spotkamy się być może pod koniec roku, a na pewno na początku przyszłego, żeby rozpocząć przygotowania do pracy nad nową płytą. Potem zobaczymy.
A pozostajecie w kontakcie czy postanowiliście całkowicie odpocząć od siebie?
Koncertujemy tak dużo, że poza sceną zajmujemy się własnym życiem.
Wszyscy mieszkacie dalej w Mysłowicach?
Tak.
I nie spotykacie się choćby przypadkowo na ulicy?
Czasami przez przypadek się spotkamy. Mówimy sobie „cześć”, pytamy „co słychać?”. Ale nasze kontakty są bardzo mocno zawodowe. Oczywiście zdarzają się sytuacje, że się spotykamy prywatnie, jedni bardziej, drudzy mniej. To nie jest tak, że umawiamy się w pięciu i wszyscy razem przychodzimy na jedną imprezę. Wiem, że panowie rozjechali się po świecie. Teraz czekamy na moment, kiedy się spotkamy.
Lubiłeś piosenkę „Ja się nie boję braci Rojek” do wiersza Gałczyńskiego?
Niespecjalnie.
A na jakiej poezji się wychowywałeś?
Na żadnej. „Planeta małp” była długo moją ulubioną książką!
Chodzi ci o klasykę science fiction, książkę Pierre’a Boulle?
Wiem, że to brzmi abstrakcyjnie, ale ona naprawdę na długo zapadła mi w pamięć. Podobnie jak „Opowieści sprzedawcy odpustów” Johna Waina. Generalnie większy wpływ na moje pisanie wywarła proza i moje przeżycia osobiste niż poezja, która była zawsze na końcu. Lubiłem ją, ale nie najbardziej.
Właśnie obudził się synek Franciszek i widzę, że musimy kończyć. Co byś chciał mu przekazać w życiu?
Przede wszystkim chciałbym być przy nim. To jest najważniejsze.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA