fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Starszy brat Mourinho

Luiz Felipe Scolari, ur. 9 listopada 1948 roku w Passo Fundo. Karierę trenerską rozpoczął w klubie CSA Maceio, następnie prowadził m.in. Gremio Porto Alegrense, Cruzeiro Belo Horizonte, Palmeiras Sao Paulo. Z reprezentacją Brazylii zdobył w 2002 roku mistrzostwo świata. W 2003 roku został selekcjonerem kadry Portugali
AP
Jeśli Portugalia dojdzie do finału mistrzostw Europy, jej trener nie będzie miał czasu na pożegnania. Już dwa dni później zacznie pracę w Chelsea. Będzie tam pracował ze swoją życiową zasadą: albo ty ich, albo oni ciebie
– Can you, hmm... –... repeat – podpowiada rzecznik prasowy reprezentacji. – Yes, repeat – powtarza za nim trener do azjatyckiego dziennikarza, który zaczął swoje zachwyty nad Deco, gdy jeszcze nie działały słuchawki z tłumaczeniem z angielskiego. Pytanie zostaje powtórzone, tym razem Luiz Felipe Scolari wszystko zrozumiał. Przed odpowiedzią zdejmuje słuchawki, patrzy w oczy pytającemu i zaczyna swój wykład po portugalsku. Ten rytuał powtarza się po każdym pytaniu: słuchawki na bok, żeby nie krępować sobie ruchów, gdy trzeba będzie dla lepszego efektu machnąć ręką, pokazać coś na palcach, złapać się za głowę, zmarszczyć groźnie brwi. Czasem, gdy brazylijskiemu trenerowi coś się nie spodoba, to on wywołuje drugą stronę sali do odpowiedzi.
Tak będą od 1 lipca wyglądały konferencje prasowe Chelsea. Scolariego czeka szybki kurs angielskiego, ale nieznajomość języka raczej nie przeszkodzi mu owinąć sobie wszystkich wokół palca. Gdy azjatycki dziennikarz zadawał na stadionie w Genewie swoje pytanie, tematem dnia było jeszcze zwycięstwo Portugalii nad Czechami. Roman Abramowicz siedział na trybunach, plotki o tym, że to właśnie Brazylijczyka upatrzył sobie właściciel klubu krążyły od jakiegoś czasu, ale trwały też negocjacje z Carlo Ancellottim z Milanu.
Dopiero późnym wieczorem na stronie internetowej londyńskiego klubu pojawił się komunikat informujący, że strony uzgodniły warunki, a „Felipe jest wielkim fachowcem: osiągał sukcesy z klubami i reprezentacjami, wie, jak wydobyć najlepsze z piłkarzy, jego ambicje i oczekiwania pokrywają się z naszymi. Mamy zaszczyt ogłosić, że będzie nowym trenerem Chelsea”. Można by napisać wprost: będzie nowym Jose Mourinho. Mistrz świata z 2002 z Brazylią, wicemistrz Europy z Portugalią z 2004 ma posprzątać po Avramie Grancie, sprawić, że szatnia znów będzie miała jednego szefa, a nie dwudziestu kilku. I oczywiście odebrać Manchesterowi mistrzostwo Anglii, wygrywając ładniej, niż robił to Mourinho, ale dostarczając prasie tyle samo cytatów co on.
Z Portugalczykiem wiele go dzieli, zaczynając od znajomości angielskiego, a kończąc na różnicy pokoleń – Scolari ma prawie 60 lat. Mourinho jest wymuskany, Scolari wygląda jak farmer albo bohater kowbojskiej komedii i najlepiej czuje się w dresie. Portugalczyk zrywa się z ławki tylko, gdy musi, Brazylijczyk właściwie na niej nie siada. Po dziadku ma włoskie obywatelstwo, wychował się na południu Brazylii. To wybuchowa mieszanka, lepiej go podczas meczów nie prowokować. Ivica Dragutinović zrobił to w niedawnym meczu eliminacyjnym Portugalia – Serbia i Scolari nie czekał z ciosem. Został za to zdyskwalifikowany na cztery mecze, ale karę zmniejszono, gdy się pokajał. „Przepraszam, jak każdy jestem niedoskonały” – mówił. Od Mourinho raczej tego nie usłyszymy.
Ale podobieństw jeśli chodzi o trenerskie sposoby jest między nimi mnóstwo. Obaj świetnie radzą sobie z drużynami pełnymi gwiazd. Wiedzą, kiedy piłkarzowi trzeba zmyć głowę, a kiedy objąć ramieniem. Dla tych, którzy psują atmosferę, nie mają litości, choćby talentem przerastali innych. Łączy ich też słabość do Deco. Mourinho pociągnął go za sobą z Uniao Leiria do Porto i wykreował na gwiazdę, Scolari przekonał do przyjęcia portugalskiego obywatelstwa. Sam podczas meczów śpiewa portugalski hymn z takim zapałem, że gdy wykrzykuje „As armas!”, sprawia wrażenie, jakby rzeczywiście chciał się zerwać do broni.
Scolari był trochę lepszym piłkarzem od Mourinho, ale to akurat nie jest komplement. Grał na środku obrony, kopał rywali po kościach, poza tym niczym szczególnym się nie wyróżniał. Gdy został trenerem, przyjął podobną zasadę jak Mourinho: najpierw zwycięstwa, potem styl. Gdy osiągał pierwsze sukcesy z Gremio Porto Alegre, stworzył tam drużynę zabijaków. Na mistrzostwach świata w Korei i Japonii rozdał brazylijskim piłkarzom „Sztukę wojny” Sun Tzu i powtarzał im swoją zasadę „mata-mata”: albo zabijemy my, albo zabiją nas.
Z zabijakami z Gremio wygrał Copa Libertadores, południowoamerykańską Ligę Mistrzów, potem powtórzył ten sukces z Palmeiras. Nigdy nie gryzł się w język, ale nawet ci brazylijscy działacze, którym nadepnął na odcisk, byli za tym, by w 2001 roku oddać reprezentację w jego ręce. Przejął drużynę w trakcie źle rozpoczętych eliminacji, doprowadził do mistrzostwa świata, i odszedł. Wcześniej pracował w Arabii Saudyjskiej, Kuwejcie, Japonii, teraz chciał się sprawdzić w Europie.
W 2003 roku podpisał kontrakt z Portugalią, z jasno sformułowanym zadaniem: sukces w mistrzostwach Europy u siebie. Przegrał w finale z Grecją, w mundialu zajął czwarte miejsce, najlepsze dla Portugalii od 40 lat. Ubłagano go, by został na kolejne dwa lata, ale rozstanie po Euro 2008 było przesądzone. Nie spodziewano się tylko, że przeniesie się do nowej pracy tak szybko i że wybierze właśnie Anglię.
Po mundialu odrzucił ofertę prowadzenia tamtejszej reprezentacji, podobno dlatego, że najazd reporterów na jego portugalski dom uświadomił mu, jak ciężkie będzie miał życie. Trener Chelsea ma równie ciężkie, ale tym razem go to nie odstraszyło. Abramowicz potrafi przekonywać. Kontrakt według nieoficjalnych informacji podpisano na cztery lata, trener zarobi w tym czasie co najmniej 27 mln funtów. Ale najpierw chce efektownie zakończyć pracę z Portugalią, dlatego do końca Euro przedstawiciele Chelsea i on sam mają się powstrzymać od komentarzy na temat nowej pracy. Ktoś rozsądny w Chelsea zdecydował, by wiadomość o uzgodnieniu kontraktu ogłosić, gdy Portugalczycy byli już w autobusie po meczu z Czechami. Inaczej, znając angielskich dziennikarzy, konferencja prasowa trwałaby pewnie do dziś.
Felipe jest wielkim fachowcem: osiągał sukcesy z klubami i reprezentacjami, wie, jak wydobyć najlepsze z piłkarzy, jego ambicje i oczekiwania pokrywają się z naszymi
Właścicielem londyńskiego klubu jest Roman Abramowicz
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA