fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Tomasz Pietryga: Mural za Tuleyą

Sprawa sędziego Tulei
Fot. Paweł Rochowicz
Sprawa Igora Tulei to kolejna bitwa w wojnie o sądownictwo rozpoczętej w 2015 r.

Wielu komentatorów i ekspertów zastanawiało się przez weekend, czy nowy prezes warszawskiego sądu Piotr Schab dopuści Igora Tuleyę do orzekania, gdy korzystnie w jego sprawie wypowiedział się sąd apelacyjny kilka dni wcześniej. Sprawa nie dotyczyła bezpośrednio uchylenia immunitetu czy zawieszenia Tulei w orzekaniu.

Sędzia Tuleya, na samym początku kiedy był już zawieszony, zadał pytanie do TSUE o status sędziów Izby Dyscyplinarnej SN i samego sądu i zawiesił rozpatrywaną sprawę do uzyskania odpowiedzi.

Czytaj też:

To nie spodobało się prokuraturze. Zaskarżyła jego decyzję do sądu apelacyjnego, podnosząc, że jako zawieszony nie może tego zrobić. W piątek sąd apelacyjny odrzucił stanowisko prokuratura, uznając je za „oczywiście bezzasadne". Jak tłumaczył, Izba Dyscyplinarna nie może orzekać o sprawach dyscyplinarnych i immunitetowych sędziów. „Sam fakt (...) wydania dokumentu, który nie stanowi orzeczenia sądu, przez organ niebędący sądem jest wystarczający do uznania tego dokumentu za nieistniejący w porządku prawnym, nieskuteczny i nienaruszający immunitetu sędziego" – napisał w postanowieniu. Do osobistej sytuacji Tulei i jego powrotu do orzekania się jednak nie odniósł.

Sprawa szybko jednak przybrała sensacyjny ton, i obiegła media z publicystyczną tezą, że sąd apelacyjny przywrócił sędziego Tuleyę do orzekania. A ten zapowiedział, że stawi się w sądzie i będzie domagał się przywrócenia do orzekania. Tuleya, który spektakularnie oświadczał pod prokuraturą w świetle kamer, że nie stawi się na przesłuchanie, w poniedziałek rano pojawił się w warszawskim sądzie, co transmitowały telewizje, składając pismo, w którym „zgłosił gotowość do podjęcia czynności służbowych jako sędzia", powołując się na postanowienie SA, a także decyzję TSUE i SN.

Przyznał jednak, że nie wierzy , aby tak się stało, a decyzje w jego sprawie niekoniecznie zapadły w sądzie, tylko „w innym budynku".

Szybko odpowiedział też Sąd Okręgowy w Warszawie, adresat pisma. „Orzeczenie Sądu Apelacyjnego w Warszawie z dnia 24 lutego 2021 roku w sprawie o sygn. akt II AKz 1394/20 rozstrzygnęło tylko i wyłącznie kwestię zasadności postanowienia wydanego przez SSO Igora Tuleyę o zawieszeniu postępowania karnego w sprawie o sygn. akt VIII K 105/17. Powyższe rozstrzygnięcie nie wpływa na zmianę stanowiska Prezesa Sądu Okręgowego w Warszawie w zakresie konieczności respektowania uchwały Sądu Najwyższego Izby Dyscyplinarnej z dnia 18 listopada 2020 roku o zgodzie na pociągnięcie sędziego Igora Tulei do odpowiedzialności karnej i zawieszeniu w obowiązkach służbowych".

Czytając zdanie: „rozstrzygnęło tylko i wyłącznie kwestię zasadności postanowienia wydanego przez SSO Igora Tuleyę", można mieć wątpliwości, czy postanowienie SA „ przywracające Igora Tuleyę do orzekania", ma rzeczywiście moc prawną, czy jego skutek jest bardziej rozwinięciem publicystycznym. Faktem medialnym, który szybko podchwycony, zaczął żyć własnym życiem.

Postać tragiczna

Współczuję sędziemu Tulei. Uważam go wręcz za postać tragiczną, gdyż w starciu z systemem dziś jest na przegranej pozycji, i choć ma tego świadomość, brnie w konflikt, bez względu na negatywne konsekwencje. Wierzy w sprawę, o którą walczy, i przypomina o niej opinii publicznej właśnie takimi manifestacjami. Jestem też skłonny uznać sankcje dyscyplinarne nałożone na Tuleyę ( zakaz orzekania, zakaz pisania czy obniżenie pensji) za nadmierne. Mogą być odbierane jako polityczna szykana czy porachunki wewnątrz skonfliktowanego środowiska sędziowskiego. Zresztą nawet chyba krytycy postawy Igora Tulei jako sędziego mają poczucie, że kara za czyn, którego miał się dopuścić, nie jest proporcjonalna. Choć oczywiście proceduralnie można wyczytać i udowodnić wszystko.

To jedna strona medalu. Druga, czyli sposób, w jaki próbuje się przywrócić sędziego do orzekania, kłóci się z powszechnym rozumieniem wymiaru sprawiedliwości. Nadaje sprawie mniej prawny, a bardziej publicystyczno-medialny charakter. Bo jeżeli odrzucimy emocje, sympatie i antypatie, oprzemy ocenę choć trochę na faktach, to dojdziemy do wniosku, że w obecnej sytuacji prawnoustrojowej Sąd Apelacyjny w Warszawie nie mógł przywrócić drogi sędziemu do orzekania, ponieważ przepisy nie dają mu uprawnień do decydowaniu o sędziowskim immunitecie czy zawieszeniu go w czynnościach służbowych. Co więcej, sąd apelacyjny nie może unieważniać decyzji Sądu Najwyższego, nawet jeśli dany skład ma pełne osobiste przekonanie, że tak właśnie jest. Sąd opiera swoje orzeczenia na ustawach, procedurze, rozumie i etyce. Co oznacza, że w sprawie o tzw. miedzę nie może w trakcie procesu zmienić procedury i pozbawić kogoś wolności. Nie powinien też wydawać orzeczenia, które nie dotyczy meritum sprawy.

W sprawie Tulei – celowo bądź nie – sąd sprawia mylne wrażenie, że ma kompetencje, żeby tak właśnie działać. Jeżeli jednak pójdziemy taką drogą, to równie dobrze możemy przyjąć, że każdy sąd może orzec wszystko, a każda jego wypowiedź, nawet dotycząca wątków pobocznych sprawy, będzie wywoływała skutek prawny lub kreowała zupełnie nowe sytuacje prawne, które mają się nijak do sprawy z wokandy. Trudno to zaakceptować, przy całym szacunku dla sędziego Tulei.

Równie trudno zaakceptować, że członek składu orzeczniczego SA jest postrzegany w przestrzeni publicznej jako osoba uczestnicząca w wiecach poparcia dla sędziego Tulei. A to sprawia wrażenie, że wpływ na postanowienie mogły mieć oceny pozamerytoryczne, niewynikające z ustaw i procedur. Sędziowie nie mogą swoich orzeczeń opierać na emocjach, nawet jeżeli mają przed sobą sprawy, które ich bulwersują czy dotykają osobiście. Bałbym się stanąć przed takim sędzią, mając w tyle głowy, że w jego orzeczeniu będzie nie tylko rozumowanie prawnicze, ale i emocje czy przekonania.

Dwa światy

Ale bądźmy sprawiedliwi. Ktoś doprowadził do takiego bałaganu prawnego i niespójności. Ten bałagan pogłębia kolejnymi już nie reformami, ale zaniechaniami. Ktoś sprawił, że w Polsce istnieją dwie rzeczywistości prawnoustrojowe.

Nowa - stworzona przez Jarosława Kaczyńskiego, zbudowana wbrew zasadom konstytucyjnym utworzonym przez dotychczasowe autorytety prawnicze, które ukształtowały też pokolenia polskich sędziów, i wbrew prawniczemu środowisku. Tę nową rzeczywistość PiS próbuje podpierać sprawami dyscyplinarnymi, ustawowymi bezpiecznikami czy orzecznictwem TK. To wszystko ma zabezpieczyć nowy system przed powrotem starego.

Po drugiej stronie barykady mamy rzeczywistość sędziów i szerzej: prawników, dla których nowa rzeczywistość prawnoustrojowa, depcząca zasady przez nich ukształtowane jest nie do przyjęcia. Stąd cała masa orzeczeń europejskiego Trybunału, ale i orzeczeń zapadłych w Polsce, próbujących kwestionować obecny system, jego legalność w różnych wymiarach. Sprawa sędziego Tulei jest jedną z takich prób.

Te dwie rzeczywistości się nigdy nie spotkają, a o zwycięstwie jednej z nich rozstrzygnie nie sala sądowa, ale proces polityczny, decyzje tej czy innej władzy.

A pośrodku stoi zagubiony obywatel, który nic z tego nie zrozumie, bo zawiłość i mnogość interpretacji, wyroków, stanowisk wzajemnie się wykluczających, znoszących lub blokujących jest już nie do ogarnięcia. Idąc do sądu, przestaje mieć pewność, według jakich reguł wymierzanie sprawiedliwości się odbywa. Czy w jego sprawie decyzje podejmą ci dobrzy czy ci źli. Ci co mają do tego prawo, czy też nie. Ci, co głośniej krzyczą i oskarżają, czy ci, którzy eliminują przeciwników sankcjami dyscyplinarnymi. Na tym polega tragizm naszej sytuacji. Nie tylko więc sędzia Tuleya jest postacią tragiczną rzeczywistości.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA