fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Skutki realizacji obietnic przedwyborczych

Fotorzepa/Karol Zienkiewicz
Truizmem jest twierdzenie, że w państwach demokratycznych ekonomia jest silnie uzależniona od polityki. Niezbyt odkrywcze jest także spostrzeżenie, że silny wpływ na politykę gospodarczą, zwłaszcza przed wyborami, mają poglądy i żądania społeczeństwa.

Jest tak we wszystkich państwach UE. Rezultatem tego jest postępująca socjalizacja przekraczająca możliwości budżetowe i tłumiąca wzrost gospodarczy.

Ta sama prawidłowość występuje w Polsce. Na nasz plus zapisać jednak trzeba, że w okresie po transformacji udało nam się uniknąć większej dewastacji gospodarki rynkowej i znaczącego niezrównoważenia finansów publicznych. Ale jest bardzo prawdopodobne, że w nieodległej przyszłości to się zmieni.

Andrzej Duda wygrał wybory prezydenckie między innymi dlatego, że w kampanii złożył 57 obietnic wyborczych wymagających finansowania z budżetu państwa na łączną kwotę 320 mld zł (tak policzyli krytycy). Jest bardzo prawdopodobne – bo kto rezygnuje z programu, który okazał się skuteczny – że owe propozycje żywcem przejmie PiS przed wyborami parlamentarnymi. Będą zatem miały okazję utrwalić się w świadomości społecznej i wejść na trwałe do katalogu żądań spauperyzowanego i pokrzywdzonego elektoratu.

Już dzisiaj partia, z której wywodzi się prezydent elekt, oświadczyła, że dwa sztandarowe pomysły Andrzeja Dudy (obniżenie wieku emerytalnego i zmniejszenie podatku przez podwyższenie kwoty wolnej) traktuje jako swoje; stosowne projekty ustaw mają być złożone do Sejmu. Co prawda, uchwalenie tych ustaw do listopada jest technicznie niemożliwe, ale nie o uchwalanie tutaj chodzi, lecz o pokazanie, że „my się staramy, a PO i PSL rzucają nam kłody pod nogi, dopiero gdy wygramy wybory, zrealizujemy obietnice".

Wyników wyborów nie sposób przewidzieć. Niedobrze, gdy wygra rządząca koalicja, bo wtedy argument „chcemy, a oni nie pozwalają" wejdzie na stałe do politycznej gry, stając się podstawą kolejnych żądań i roszczeń. Bardzo źle, jeżeli wygra PiS (w dodatku w koalicji z Kukizem żądającym dla każdego podwyżki w wysokości 2000 zł). Wtedy coś z owych obietnic trzeba będzie próbować zrealizować. Nie wystarczy tłumaczenie, że budżet przygotował poprzedni rząd, bo każda partia wybierająca się po władzę powinna mieć gabinet cieni i projekt kontrbudżetu. A zresztą od listopada do końca marca można spokojnie przygotować projekt od nowa.

Wiele nowego w nim nie będzie. Polska ledwo uciekła spod gilotyny nadmiernego deficytu, zadłużenie wciąż rośnie i tu rezerw nie ma. Na dodatkowe dochody liczyć nie można, bo ograniczenie kosztów administracji, zmniejszenie skali oszustw podatkowych czy szarej strefy jest mało prawdopodobne. Natomiast osławiony podatek od banków i supermarketów może przynieść – wedle najbardziej optymistycznego wyliczenia prof. Modzelewskiego – jedną czwartą kosztów dwóch sztandarowych reform szacowanych na 35–55 mld zł.

Jedynym sposobem sfinansowania zmian mogłaby być redystrybucja. Można zwiększyć emerytury kosztem wyższych podatków lub obniżyć podatki kosztem zmniejszenia dotacji do funduszy emerytalnych. Nie istnieje jednak możliwość „redystrybucji powszechnej", czyli taka sytuacja, w której Kowalski dotuje Malinowskiego, a Malinowski Kowalskiego. Próby dokonania takiego cudu skończą się źle dla obydwu.

Trudno będzie znaleźć ekonomistów, którzy są innego zdania. Dlatego jest bardzo prawdopodobne, że z obietnic trzeba będzie się wycofać, realizując je najwyżej w postaci kadłubkowej i niesatysfakcjonującej wyborców. I owe niezadowolenie społeczne może być największym kosztem wygranych kampanii wyborczych.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA