fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Filozoficzna mądrość łączy się ze śmiechem

„Księga Pana Nadziei”, scenariusz i rysunki Tommi Musturi
Wydawnictwo Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2015
Egzystencjalne dylematy to temat nie do udźwignięcia w obrazkowej opowieści? Tommi Musturi zdecydowanie i z sukcesem temu zaprzecza.

Ten fiński autor drążył sens życia, stwarzając pewną pocieszną figurę – bohatera „Księgi Pana Nadziei". Człek to gruby i niedorajda, do tego niemłody. Ale świat go wciąż fascynuje, a rozmaite aspekty ludzkiego bytu absorbują myśli i pobudzają wyobraźnię.

Mało znamy rysowników fińskich, toteż z zainteresowaniem sięgnęłam po dziełko Tommiego Musturiego (ur. 1975), nad którym pracował między 2005 a 2013 rokiem. Książka to równie mądra, co śmieszna. Dzieli się na cztery części – cztery pory roku wyróżnione odrębną paletą barw. Plus partia piąta, pozasezonowa, ponadczasowa, która dotyczy uczucia. Niesłabnącego od wielu dekad, łączącego bohatera i jego kobietę.

Obydwoje rysowani są grubą, karykaturalną krechą. Do tego – gładkie, ostre kolory, zestawiane kontrastowo, brutalnie. Pan Nadzieja z fizjonomii oraz zainteresowań kojarzy się z Sokratesem: mieszka w drewnianej chatce niewiele większej od beczki, zadaje głupie pytania, na które sam sobie udziela nieszablonowych odpowiedzi.

Ma też co nieco wspólnego z człowiekiem poczciwym Mikołaja Reja, Kubusiem Fatalistą Diderota oraz... niejakim Blakim stworzonym przez Mateusza Skutnika, który w tomie „Mini wykłady o maxi sprawach" przełożył na mowę komiksu wykłady Leszka Kołakowskiego.

Monologi pana Nadziei czy jego dialogi z żoną mogłyby zostać wykorzystane w kabaretach. Choćby taka ich rozmowa: „Co trzeba zrobić?"; „Zrobić z czym?"; „No z tym... życiem"; „No a co człowiek takiego robi? Żyje"; „Brzmi, jakby to było łatwe".

Nadzieja, mieszkaniec fińskiego zadupia, wiedzie niemal żywot eremity. Często nachodzą go niewesołe myśli: nie podoba się sobie; zamartwia się, że tak niewiele zdołał dokonać przez kilkadziesiąt lat życia; wyobraża sobie okoliczności, w jakich – zapewne wkrótce – zaskoczy go śmierć.

Paradoksalnie, jest bliski śmierci, i to bynajmniej nie z racji wieku czy stanu zdrowia. Bowiem dzień, w którym poznajemy Nadzieję, to dzień katastrofy w Czarnobylu, kwiecień 1986 roku.

W pogodne popołudnie zrywa się nagły, dziwny wiatr; ciszę przerywa złowieszczy krzyk kruka; potem z radia dobiega informacja: „trzydzieści osób zginęło, gdy elektrownia jądrowa...". Tymczasem pan Nadzieja drzemie w hamaku, nieświadom nadciągającej apokalipsy.

I cały komiks kolebie się jak huśtawka pomiędzy komedią a dramatem; między przyziemnością a wzlotami wyobraźni. Musturi prostym zabiegiem osiąga efekt komiczny, zarazem rozczulający: w scenach „sennych" przebiera Nadzieję w rozmaite kostiumy, pozostawiając takim, jakim go stworzył – łysym grubasem z kartoflanym nosem. W marzeniach pan Nadzieja zapomina o własnych ograniczeniach. Czuje moc.

I właściwie się nie myli. Ma siłę, choć nie taką, jaka mu się marzy. Otóż umie cieszyć się każdym dniem. Potrafi kochać, nie zważając, że jego wybrance daleko do Miss World. My, czytelnicy, poznajemy ją dopiero w części czwartej. Pani Nadziejowa ratuje męża w momencie, gdy ten umiera. No, nie tak naprawdę – lecz w chwili dlań tragicznej, gdy zagubił się w lesie najmroczniejszych myśli. Wszystko sprzysięgło się przeciwko niemu: ma brudne skarpety, rzednące włosy, nie umie tańczyć ani ugotować nawet owsianki. I oto pojawia się ona, prawdziwa nadzieja!

Stawia do pionu, zabiera do domu, a potem – na sanki! On w miłosnym uniesieniu rzeźbi jej akt z lodu (jesteśmy w Finlandii, o ten materiał tam nietrudno) gdzieś na odludziu, gdzie diabeł mówi dobranoc. Pani wstydzi się swej lodowej nagości. „Co powiedzą sąsiedzi?", pyta; „Przecież nikt tu nie zagląda"; ripostuje mąż; „No właśnie!", martwi się modelka i otula figurę peleryną, nakłada czapeczkę. Potem razem idą do domu oglądać zdjęcia w rodzinnym albumie.

„Życie mogłoby być inne". Taką uwagę wygłasza Nadzieja na końcu książki, jednocześnie rozkoszując się tym, co ma: kochającą kobietę, bezstresowe życie, domek z sauną i nieograniczoną przestrzeń.

Także przestrzeń myślową.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA