fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Uszanujmy wolę wyborców

Michał Szułdrzyński
Fotorzepa/Waldemar Kompała
Ostatnie dwa tygodnie były dla mnie dużym rozczarowaniem. Nie spodziewałem się tak wielkiego rozdźwięku między ogromnym zainteresowaniem, jakim zaczęła cieszyć się kampania wyborcza na ostatniej prostej (sygnałem była choćby gigantyczna widownia telewizyjnych debat) a reakcją głównych kandydatów.

Zainteresowanie ma zapewne związek z nowym społecznym zjawiskiem, które dało o sobie znać 10 maja. 21 procent poparcia dla Pawła Kukiza to sygnał ostrzegawczy dla klasy politycznej. Oto zrealizowało się coś, o czym wielu komentatorów mówiło od dawna. PO i PiS żywią się wzajemną niechęcią, lecz tworzą układ systemowy. Dla wielu krytyków Platformy radykalizm prawicowej opozycji i rozpad lewicy tworzyli układ bezalternatywny. Pierwsza tura pokazała, że co najmniej jedna piąta wyborców ma tego systemu dość.

Jaka była odpowiedź kandydatów? To dla mnie kolejne rozczarowanie: zaczęli robić to, co najbardziej odpycha zawiedzionych wyborców – składać kolejne obietnice. Roszczący sobie prawo do przewidywalności prezydent Bronisław Komorowski kilkakrotnie zaskoczył: a to propozycją ogólnokrajowego referendum, a to znalezieniem kilku miliardów złotych na dopłaty dla 100 tys. miejsc pracy dla młodych, a to obiecując rolnikom ustawę ograniczającą sprzedaż ziemi obcokrajowcom, a to – wreszcie – zgłaszając pomysł rozmontowania najważniejszej reformy Donalda Tuska podwyższającej wiek emerytalny. Co gorsza, propozycja zmian emerytalnych nie była poparta szczegółowymi wyliczeniami, dlatego wielu ekspertów nie pokusiło się nawet o oszacowanie jej kosztów.

Jednocześnie koszt wszystkich propozycji kandydata PiS liczony jest na dziesiątki lub setki miliardów złotych. Andrzej Duda chętnie stanął do wyścigu na obietnice z urzędującym prezydentem.

To smutna wiadomość z dwóch powodów. Po pierwsze, składanie zbyt hojnych obietnic to nic innego jak psucie państwa. Zdjęcie z Polski przez Brukselę procedury nadmiernego deficytu nie oznacza, że mamy teraz zacząć przejadać wzrost gospodarczy. Drugą negatywną konsekwencją zbyt hojnych obietnic może być bolesne rozczarowanie brakiem lub niewystarczającym tempem ich realizacji. To zaś oznacza zwiększenie i tak dużej nieufności wobec klasy politycznej.

W tym, co mówią kandydaci, brak mi jeszcze jednego. U żadnego nie dostrzegam wizji głębokiej modernizacji Polski. Bronisław Komorowski proponuje nieznaczne modyfikacje, czyli przypudrowanie obecnego systemu. Owszem, dla części wyborców, którzy są beneficjentami III RP, jest to wizja kusząca. W zapowiedziach Andrzeja Dudy dostrzec zaś można chęć wywrócenia obecnego porządku, choćby przez odwrócenie zmian, jakie miały miejsce w ostatnich latach. Z pewnością przekona to tych, którzy od wielu lat krytykują III RP i chcą budowy IV, ale kogo poza nimi? Sęk w tym, że w międzyczasie wyrosło pokolenie, które nie odnajduje się w sporze III i IV RP, sporze PO i PiS. Szuka nowej oferty, pyta, jak ciesząc się z osiągnięć ostatniego 25-lecia, ambitnie i bez resentymentu myśleć o tym, jak umeblować Polskę na kolejne 25 lat.

Nie chodzi mi o to, że kandydaci są tacy sami, nie buduję też fałszywej symetrii pomiędzy nimi. Programy Komorowskiego i Dudy się różnią. To wyborcy zdecydują, kto ich zdaniem powinien przez najbliższe pięć lat być głową naszego państwa.

Ważne jednak, by w poniedziałek – ktokolwiek wygra te wybory – druga strona uszanowała wolę wyborców. Kampania wyborcza – w demokracji to naturalne – wyostrzyła podziały i pogłębiła rowy pomiędzy Polakami. W poniedziałek zwycięzca i przegrany powinni zabrać się do pracy. Naprawdę nie mamy czasu do stracenia. Bez względu na to, czy wygra Duda czy Komorowski, Polskę mamy jedną.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA