fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Młodzi, słabi, bez charyzmy 

Jarosław Makowski
materiały prasowe
Dudy nie ma bez Kaczyńskiego, Ogórek bez Millera, a Jarubas bez Piechocińskiego. Obecna kampania wyborcza pokazała, że Polska to kraj, w którym rząd dusz sprawują polityczni seniorzy – pisze publicysta, radny Platformy Obywatelskiej.

Polska scena polityczna nie jest zabetonowana. To znaczy – jest, ale w zupełnie inny sposób i podług zupełnie innej logiki niż ta, którą od lat karmi nas większość komentatorów. Zabetonowanie więc nie idzie po linii PO kontra PiS. Ten konflikt jest akurat jak najbardziej realny, oddający zasadnicze emocje społeczne, jakie dziś spowijają Polskę. A sondaże opinii publicznej, w których PO i PiS deklasują rywali, tylko go potwierdzają.

Realne zabetonowanie rodzimej polityki sprowadza się do logiki pokoleniowej, co doskonale pokazują zbliżające się do finału wyboru prezydenckie. Otóż 25 lat od zdobycia niepodległości w rodzimej polityce wciąż dominuje pokolenie, które swoje szlify opozycyjne i polityczne zdobywało w końcówce PRL, a potem tworzyło III RP. Jest to pokolenie – niezależnie od tego, po której stronie barykady stało – które tworzyło współczesną Polskę. Dlatego dzisiejsza Polska jest w takiej samej mierze państwem Millera, Korwin-Mikkego, Kaczyńskiego jak Komorowskiego, Balcerowicza czy Piechocińskiego.

Brak samodzielności

Bohaterami głównych sporów, jakie się obecnie rozgrywają, są właśnie ci politycy. To nic, że bohaterowie, niezależnie od tego, w którym filmie grali czy grają, są zmęczeni. Oni jednak wciąż budzą emocje wyborców. Czy zatem ci „polityczni wyjadacze" są tak silni, że chcemy ich wciąż oglądać w akcji na scenie politycznej, czy też młode pokolenie ludzi wchodzących do polityki jest tak słabe, że stać ich tylko na bycie lokajami?

Gołym okiem widać, co potwierdza wyścig prezydencki, że siła „politycznych wyjadaczy" jest efektem słabości „politycznych wilczków". Dlatego Dudy nie ma bez Kaczyńskiego, Wiplera bez Korwin-Mikkego, Petru bez Balcerowicza, Ogórek bez Millera, Jarubasa bez Piechocińskiego. Wszyscy ci młodzi liderzy swoją obecność w polityce zawdzięczają swoim promotorom. Żadna z tych postaci nie jest samodzielna. Nie posiada zdolności wybicia się na niepodległość. Przyjrzyjmy się więc im bliżej, by zmierzyć ich potencjał. I przekonać się, dlaczego wciąż mimo wszystko wolimy starych bohaterów niż młodych i – jak sami o sobie myślą – rzutkich polityków nowej generacji.

Andrzej Duda to – jeśli wierzyć prawicowym publicystom – niekwestionowany następca Jarosława Kaczyńskiego. Sęk w tym, że Duda jest jak kurz na płaszczu Kaczyńskiego, który ten w każdej chwili może strzepnąć. Jeśli Duda przegra wybory prezydenckie, a lider PiS zdecyduje, że były kandydat nie jest mu już do niczego potrzebny, po Dudzie ani w PiS, ani wśród prawicowego elektoratu nikt nie uroni łzy. Los Dudy zależy od kaprysu Kaczyńskiego. Podobnie jak od kaprysu Kaczyńskiego zależy los Ziobry, Kurskiego czy Gowina.

Z kolei Leszek Miller zagrał va banque, stawiając na szerzej nieznaną opinii publicznej, ale za to wyciągniętą niemal wprost z kolorowego magazynu mody, Magdalenę Ogórek. Tyle że Ogórek, chcąc wybić się na niepodległość, pogrążyła szefa SLD. Okazała skrajną nielojalność, mówiąc, że jest kandydatką niezależną, i zarazem ośmieszając Millera. Popełniła także osobiste samobójstwo polityczne. W trakcie kampanii mimo próby skrzętnego ukrycia okazało się, że Ogórek jest kompletnie nieprzygotowana do poważnej debaty politycznej, społecznej i gospodarczej. Kandydatki SLD nie zabił ani młody wiek, ani to, że jest kobietą, ale jawny brak kompetencji.

Jest też coś upokarzającego w sytuacji, w której Przemysław Wipler, by nadal być w polityce krajowej, potrzebuje podstarzałego mizogina, jakim jest Janusz Korwin-Mikke. Stary Korwin ma większą siłę rażenia wśród gimbazy niż młody, rozbijający się po nocnych warszawskich klubach Wipler. Gdyby dziś ten pierwszy rzucił partię KORWiN, co nie jest pomysłem ekstrawaganckim, znając historię polityczną tego polityka, której zarządcą zdaje się być Wipler, wszyscy poszliby za starym liderem. Korwin-Mikke, zasypiając na stojąco, ma więcej charyzmy niż jego młody współpracownik, gdy jest rześki i w swojej szczytowej formie.

Czarnym koniem bieżących zawodów miał być Adam Jarubas. Tyle że zmarnował szansę pokazania, iż polska wieś się zmieniła. Że PSL nie jest formacją zaściankową i prowincjonalną, że potrafi przyciągać do siebie ludzi młodych i ambitnych. Jarubas, odsłaniając swoje poglądy, pokazał, że elektorat ludowców jest znacznie bardziej postępowy niż jego młody kandydat na prezydenta. O podmiotowości politycznej po tych wyborach może już tylko marzyć. Ba, sprawił, że po nocach dziś nie śpi Janusz Piechociński, który – zamiast zarządzać rodzimą gospodarką – już myśli, jak wytłumaczyć 10 maja klęskę namaszczonego przez siebie Jarubasa. Bo przecież Waldemar Pawlak nie kryje, iż czeka w blokach startowych, by znów stanąć na czele PSL.

I ostatnie objawienie, choć już poza wyścigiem prezydenckim, czyli Ryszard Petru. Sposób jego wejścia do polityki tylko potwierdza to, co pisałem wyżej. Otóż Leszek Balcerowicz wciąż ma ambicje polityczne. Przed wejściem do realnej polityki powstrzymuje go jednak strach, że jego legenda reformatora nie zostałaby kupiona przez Polki i Polaków, a mit ojca transformacji mógłby legnąć w gruzach. Balcerowicz to wie, bo widział przecież niejeden upadek Aleksandra Kwaśniewskiego, który kończył działalność polityczną jako ceniony prezydent, ale gdy starał się wrócić do realnej polityki w nowym, partyjnym formacie, jako były prezydent, Polki i Polacy mówili jasno: „Nie, już dziękujemy".

Balcerowicz obawia się podobnej reakcji na swój powrót, stąd okrężna droga, którą przeciera Petru wraz ze stowarzyszeniem Nowoczesna.pl. I znów: Petru do tej pory głównie sprawdzał się jako recenzent polityki gospodarczej, gdy tonem nieznoszącym sprzeciwu na radiowych falach naprawiał w kilka minut gospodarki Polski, Grecji czy Hiszpanii. Sam nie ma żadnych realnych dokonań. O słabości Petru świadczy to, że nie podejmuje ryzyka autonomicznej inicjatywy politycznej, zwracając się do młodego pokolenia, co budziłoby szacunek, ale godzi się na bycie narzędziem w ręku Balcerowicza.

Pokolenie oportunistów

Mówiąc wprost: nowi liderzy, którzy pojawili się przy okazji obecnej gorączki wyborczej, pokazują, że – zaryzykuję, choć wiem, iż to grube uogólnienie – mamy dziś do czynienia z generacją młodych polityków, słabych i bez charyzmy. Polityków, którzy zamiast bić się o inną Polskę, spierać o inne, ważniejsze dla kraju i swego pokolenia sprawy, walczyć o władzę ze swoimi promotorami, zdobywając się na podmiotowość, wybierają drogę najłatwiejszą: wchodzą w buty starych liderów, powielają toczone przez nich spory, są zaledwie ich cieniami. I to mimo że wyborcy wolą naturalność, młodość, gniew i entuzjazm.

Młodzi, słabi, bez charyzmy to – jak się zdaje – pokolenie polityków, które jeszcze długo swoją rolę będzie sprowadzać do noszenia teczek swoich protektorów. Do powtarzania zdartych fraz, do robienia politycznym promotorom kampanii czy pomagania w zakładaniu partii. To pokolenie, którego symbolami stają się nazwiska Dudy, Ogórek, Jarubasa, Wiplera i Petru, jest w dużym stopniu oportunistyczne, przywykłe do stanowisk, o które nigdy nie walczyło, przywykłe do bojów, w których zazwyczaj nie musiało nastawiać karku i które nic ich nie kosztowały. Może więc i dobrze, że młodzi, słabi i bez charyzmy, na własne zresztą życzenie, sprowadzają swoją działalność publiczną do roli politycznych marionetek.

Autor jest filozofem, teologiem i publicystą, radnym sejmiku śląskiego z ramienia PO. Ostatnio wydał „Wariacje Tischnerowskie"

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA