fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Powtarzałem rok studiów - Hibner mówi jak został prawnikiem

Marek Hibner - sędzia, rzecznik dyscyplinarny Krajowej Rady Sądownictwa
Fotorzepa, Krzysztof Skłodkowski
Marek Hibner, sędzia, rzecznik dyscyplinarny Krajowej Rady Sądownictwa opowiada jak został prawnikiem

Bycie sędzią ma pan we krwi.

Marek Hibner: Żeby tak powiedzieć, trzeba by mi zrobić morfologię, ale rzeczywiście oboje moi rodzice byli sędziami. Jako dziecko często byłem zabierany do sądu, kiedy mama nie miała co ze mną zrobić. Wówczas sąd kojarzył mi się z nudą – czekanie na mamę się dłużyło. Czasem jeździliśmy na posiedzenia wyjazdowe. Wtedy było ciekawiej, bo mama zabierała mnie w nowe, nieznane miejsca.

Kiedy dorastałem, przysłuchiwałem się wymianie poglądów rodziców. Wtedy prawo zaczęło mnie fascynować. Dodam, że moi rodzice nigdy nie mówili, że ktoś wywierał na nich naciski, choć orzekali w trudnych czasach. Kończąc liceum, nie miałem więc problemów z wyborem studiów.

Był pan pilnym studentem?

Raczej nie. W drugiej połowie lat 70. studia były sposobem na życie. Oddawałem mu się tak intensywnie, że musiałem powtarzać rok. Wówczas było to dość częste. Część moich znajomych ze studiów, którzy pełnią teraz poważne funkcje publiczne, studiowała jeszcze dłużej. Studiowałem we Wrocławiu. Było wiele wartych uwagi wydarzeń kulturalnych, zwłaszcza koncertów jazzowych. Nie było też tak zażartej konkurencji wśród studentów jak teraz. Łatwiej było pożyczyć od kolegów książkę czy notatki.

Kiedy pojawiła się u pana fascynacja prawem karnym?

Już na studiach. Zawsze bardziej angażowało mnie emocjonalnie. Prawo karne może jednak być bardziej obciążające dla sędziego. Kilka razy musiałem wydać wyrok uniewinniający, mimo że czułem, iż oskarżony jest winny. Nie było wystarczających dowodów, by go skazać. Orzekałem też w czasach, kiedy obowiązywała kara śmierci. Pamiętam sprawę, w której skazany za zabójstwo pozbawił życia kolejnego człowieka.

Współwięźnia?

Tak. Nie zdecydowaliśmy się jednak na karę śmierci, bo choć sprawca był poczytalny, miał defekty psychiczne. Orzekliśmy wówczas 25 lat pozbawienia wolności.

Nigdy jednak nie skazałem nikogo na śmierć. Obowiązywała na szczęście krótko podczas mojego orzekania. Wielokrotnie jednak utrzymywałem w mocy wyroki dożywotnie. To nie są proste kwestie.

A czy łatwo jako rzecznik dyscyplinarny wnioskować o ukaranie innych sędziów?

To bardzo niewdzięczna rola. Złożenie z urzędu oznacza dla sędziego śmierć cywilną, a czasem o takiej karze przychodzi mi orzekać. Przesłuchuję sędziów z długoletnim stażem i wiem, że to dla nich ogromny stres.

Czy ma pan jakąś receptę, jak pokonać stres?

Nie wyobrażam sobie krótszego urlopu niż miesięczny. Inaczej nie można się odpowiednio zresetować.

Na koniec urlopu wyjeżdżam z kolegami na tydzień w Tatry. Podczas wędrówek po górach łatwiej spojrzeć z dystansem na problemy sędziów i nabrać energii do pracy.

Z sądem ma pan też związane bardzo miłe wspomnienia, bo to właśnie tu poznał pan żonę.

Tak. Była na praktykach studenckich, kiedy ja byłem aplikantem. Jesteśmy razem od tamtej pory. Oboje wykonujemy zawód sędziego.

—rozmawiała Katarzyna Wójcik

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA