fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Kandydatka poza kontrolą - analiza Andrzeja Stankiewicza

Magdalena Ogórek uwierzyła, że będzie nową twarzą lewicy. To problem dla SLD, ale i dla niej samej
AFP/Janek Skarżyński
Jeśli szef SLD liczył, że Ogórek będzie jego marionetką, musiał się zawieść

Pomysł SLD na kampanię prezydencką był genialny w swej prostocie: wykreujemy celebrytkę, ładną, miłą, uśmiechającą się i rozsyłającą pozdrowienia. W samym założeniu lewicowa partia przyjęła model seksistowski – wszak Magdalena Ogórek została wynajęta tylko do tego, żeby spodobać się wyborcom.

Ta strategia była konsekwencją politycznych kłopotów SLD. Niespodziewanie na początku grudnia kandydowania odmówił pewnik SLD, 41-letni dziś Wojciech Olejniczak, były minister rolnictwa i europoseł.

Ta nagła rezygnacja zrodziła żywe do dziś w SLD plotki, że Olejniczak wycofał się pod naciskiem Pałacu Prezydenckiego, a zatem – że po cichu związał się z Platformą.

Miał być manekin

Zdesperowany Miller próbował przeforsować poparcie SLD dla Ryszarda Kalisza, którego wiosną 2013 r. własnoręcznie usunął z partii. Jednak partyjne struktury zawyły – Miller nie uzyskał zgody na Kalisza. W ten sposób w grudniu szef SLD znalazł się na lodzie, bo lista kandydatów gwarantujących minimalnie przyzwoity wynik praktycznie się skończyła.

Wtedy właśnie ktoś rzucił pomysł: „A może Magda Ogórek?". Być może był to sam Miller, być może Leszek Aleksandrzak, wielkopolski baron SLD. Sceptycy – jak sekretarz generalny SLD Krzysztof Gawkowski czy wiceszefowa SLD Joanna Senyszyn – zostali zignorowani.

Miller sądził, że Ogórek to strzał w dziesiątkę. Że to kobieta manekin, którą da się ubrać w dowolną formę i treść. Tylko że szybko się rozczarował. A poszło o etos i kasę.

Furia Millera

Miller walczy o polityczny byt. Lider SLD ma już prawie 70 lat i ten rok może być ostatnim, w którym jest jeszcze pierwszoplanową postacią polskiej polityki. W tych ostatnich wyborczych bitwach, które przyjdzie mu stoczyć, Miller nie wymyśli prochu.

Chce się oprzeć na tych wyborcach, których zna najlepiej i którzy go dotąd nie zawiedli: dawnych oficerach służb mundurowych i ich rodzinach oraz na środowiskach antykościelnych.

Dlatego Miller oczekiwał od kandydatki SLD jasnych komunikatów pod adresem takich wyborców. I bardzo szybko doszło na tym tle do ostrego konfliktu. Niemal dwa razy młodsza od Millera i w odróżnieniu od niego wierząca Ogórek zdecydowanie odmówiła wdzięczenia się do sierot po PRL i antyklerykałów.

Miller wpadł w furię, ale niewiele mógł zrobić. Wycofanie Ogórek z wyborów i wskazanie innego kandydata byłoby kompromitacją – choć i takie pomysły się pojawiały.

Ogórek postawiła na swoim w jeszcze jednej kwestii – zdecydowała się w kampanii omijać tradycyjne media, dlatego nie udziela wywiadów i nie odpowiada na pytania dziennikarzy. Stawia na kampanię w internecie, bo uważa, że większość mediów sprzyja Bronisławowi Komorowskiemu i będzie ją atakować. Faktem jest, że fala krytycznych publikacji o Ogórek przetoczyła się głównie przez redakcje znane z przychylności wobec Platformy.

Problem Millera polega na tym, że wyznaczył Ogórek na kandydatkę SLD bez żadnych instrumentów kontroli nad jej kampanią. Miał przekonanie, że to miła dziewczynka, która będzie pokornie słuchać jego poleceń.

Okazało się jednak, że Ogórek wcale nie zamierza być miła dla swych politycznych protektorów. Oczywiście, formalnie w jej sztabie wyborczym znaleźli się liderzy SLD. Tyle że formalny sztab Ogórek ma ograniczony wpływ na to, co robi kandydatka.

Mówi po swojemu

Według naszych informacji wszystkie trzy wystąpienia publiczne przygotowała sama, co budziło furię we władzach SLD. Ta samodzielność politycznej nowicjuszki tłumaczy zresztą część wpadek, które Ogórek popełniła – w tym zgłoszenie obśmiewanego postulatu zmiany całego polskiego prawa.

Jednocześnie w wystąpieniach Ogórek nie padło ani słowo o Jaruzelskim, aborcji i Kościele. Wymyśliła sobie, że – w odróżnieniu od sentymentów „dziadka Millera" – ona skieruje swój przekaz do ludzi młodych. Ogórek pracuje nad kampanią z zaprzyjaźnionymi specami od wizerunku i promocji. SLD ma się nie wtrącać i opłacać faktury.

Finansowy problem

I tego właśnie dotyczy drugi problem. W kasie SLD hula wiatr, a dziesiątki milionów pochodzące ze sprzedaży legendarnej siedziby partii przy ul. Rozbrat w Warszawie dawno się rozpłynęły. Teraz partia stara się o kredyt wyborczy, a opóźnienia w kampanii Ogórek – brak billboardów, plakatów, spotów telewizyjnych i chałupnicza kampania w internecie – wynikają głównie z braku pieniędzy.

Według naszych informacji na tle finansowania kampanii dochodzi do ciągłych kłótni między Ogórek a władzami SLD.

Miller pamięta, że kluczowe dla niego są jesienne wybory parlamentarne, a więc nie chce być dla Ogórek szczególnie szczodry. Z drugiej strony, jej kompletna katastrofa wyborcza – nieuchronna przy niskich wydatkach na kampanię – może doprowadzić do tąpnięcia w SLD i odsunięcia Millera od władzy jeszcze przed jesiennymi wyborami.

Na razie dyktat Ogórek działa, bo zajmuje ona trzecie miejsce w sondażach, a Miller nie może sobie pozwolić na wymianę prezydenckiego kandydata. Dlatego też – według naszych rozmówców – skończy się zapewne na przelaniu na konto wyborcze Ogórek około miliona złotych. To niewiele w porównaniu z budżetami Bronisława Komorowskiego czy Andrzeja Dudy, którzy będą dysponować kwotami kilka-, kilkanaście razy większymi. Ale też ambicje SLD nie sięgają tak wysoko: partia marzy, by Ogórek była trzecia w stawce z poparciem na poziomie 10 proc. To pozwoliłoby na zachowanie status quo do wyborów parlamentarnych. A co będzie po nich? Zanosi się na wojnę wszystkich ze wszystkimi.

Ciosy w plecy

Dowodzą tego działania polityków z kierownictwa SLD i tych, którzy z partią w ostatnich latach się rozstali. Jej kandydaturę politycznie zwalczają były prezydent Aleksander Kwaśniewski, jego totumfacki Ryszard Kalisz oraz były szef SLD Grzegorz Napieralski. To oni, dawni patroni i pracodawcy Ogórek, dostarczyli prasie najsmakowitszych cytatów, które zostały wykorzystane przeciwko niej.

Kwaśniewski zaatakował ją wyjątkowo brzydko: – W odróżnieniu od innych prezydentów nie miałem do czynienia ze stażystkami – mówił, odwołując się do afery rozporkowej prezydenta USA Billa Clintona. Tyle tylko, że w internecie jest wciąż klip z poparciem, jakiego jej udzielił, gdy kandydowała na posłankę w 2011 r. O nieznanej mu dziś stażystce mówił wówczas: „zdolna, doświadczona, wspaniała".

Kalisz, który był szefem MSWiA, gdy Ogórek tam pracowała, dorzucił swoje: – Ona nie zna się na polityce. Mówi wiele nierozsądnych rzeczy – stwierdził.

A Napieralski, z którym pracowała, gdy był liderem SLD, oznajmił, że była jego sekretarką – a to marne referencje na prezydenta.

Im gorzej, tym lepiej

W każdym z tych przypadków uderzenie w Ogórek jest tak naprawdę ciosem w Millera i przygotowaniem do nowego, pomillerowego rozdania na lewicy. Kwaśniewski, Kalisz i Napieralski mają interes w tym, aby wynik SLD zarówno w wyborach prezydenckich, jak i parlamentarnych był marny.

Liczą, że po usunięciu Millera to oni znów zaczną odgrywać główne role na lewicy, czy to jako dyrygenci w SLD, czy też w nowej partii, której powstanie jest możliwe jeszcze w tym roku.

Nie oni jedyni. Dziś w SLD jest jak na dworze schodzącego władcy – każdy walczy z każdym.

Niemal wszyscy sztabowcy próbowali wciągać Ogórek do swojej gry – przeciw Millerowi i przeciw sobie nawzajem. Traktują ją instrumentalnie, wciąż zakładając, że jest kobietą manekinem. Tyle tylko, że Ogórek uwierzyła, iż w razie dobrego wyniku wyborczego to ona będzie nową twarzą polskiej lewicy. I być może to największy problem SLD oraz jej samej.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA