fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Wołyń wciąga

Plus Minus, Dorota Awiorko Dor Dorota Awiorko
Grzegorz Byszewski
Marek Kozubal
Wsi dawno ?już nie ma. ?Po cmentarzu pozostała tylko polana z kikutami pomników. Polscy wolontariusze ustawiają prowizoryczne, zbite z sosnowych gałęzi krzyże, aby ktoś, kto tu kiedyś trafi, wiedział, gdzie jest. ?Na koniec zapalają znicze. Tylko tyle mogą zrobić.
Dorota dźwiga skrzynkę z narzędziami, Ewa smaruje kanapki pasztetem z puszki, Edek siłuje się z piłą mechaniczną, a Janek macha żelazną maczetą. Przedział wiekowy 12–72 lata. Kraj pochodzenia: Polska i Ukraina. Miejsce akcji: Wołyń, polskie cmentarze – tam ich spotkałem.

Bo polski Wołyń jest obecny już tylko na zarośniętych chaszczami, zasypanych śmieciami starych cmentarzach. Po wielu wsiach ze wschodnich terenów II Rzeczypospolitej pozostały tylko zniszczone nagrobki z polskimi napisami i drzewa owocowe. Dziś miejsca te próbują ratować od zapomnienia ludzie związani z lubelską Fundacją Niepodległości. Przez dwa tygodnie w sierpniu wyrywali polskie cmentarze ukraińskim lasom.

Wyrąbywanie pamięci

Scenariusz działania zawsze jest taki sam. W pobliże kępy drzew na odludziu podjeżdża autobus ze współpracownikami Fundacji Niepodległości. Z auta wysiada kilka, kilkanaście osób. Dziewczyny z bagażnika wyjmują zgrzewki wody i suchy prowiant. Mężczyźni – skrzynki z narzędziami, piłę do cięcia drzewa i spalinową kosę. Zakładają rękawice robocze. I powoli, z uporem wchodzą w zieloną ścianę lasku. Przedzierają się przez chaszcze, wycinają samosiejki, docierają do powalonych krzyży i zarośniętych mchem pomników.
Kim są? – To pasjonaci, ludzie szukający przygód, których rodziny kiedyś były związane z Wołyniem. W grupie jest na przykład Witek – „Hrabia", który utrzymuje, że korzenie jego rodziny sięgają rodu Romanowów. Ale mamy też 12-letniego „Kanibala" z Lublina. Na obóz przyjechał już trzeci raz. Chyba to polubił. Ogląda nagrobki i uczy się historii. Wie, że w 1916 roku polskie Legiony walczyły pod Kostiuchnówką, a w 1920 była wojna polsko-bolszewicka. Wie, że we wrześniu 1939 wybuchła wojna i co działo się na Wołyniu w 1943. W klasie nikt tak jak „Kanibal" nie opowiada epizodów walk 27. Wołyńskiej Dywizji AK – nie kryje dumy Jacek Bury, koordynator projektu Fundacji Niepodległości „Wołyń 2014. Redivivus".
Ten szczupły, młody, charyzmatyczny mężczyzna jest komendantem obozu wędrownego po wołyńskich cmentarzach. Na co dzień pracuje jako pedagog w świetlicy środowiskowej OHP w lubelskiej dzielnicy Bronowice, czyli w tzw. Kurniku. Jest też animatorem kultury i człowiekiem „patriotycznie zakręconym". Obóz prowadzi w czasie urlopu, prywatnie. To on zaplanował miejsca, do których pojedzie ekipa, ustalał, kto będzie gotował obiad, rozsądzał spory i tlące się konflikty. Opiekował się też grupą najmłodszych uczestników wyprawy, swoich podopiecznych ze świetlicy. – Liczyliśmy, że przyjedzie 70 osób, a jest nas ledwie około 30. W tym roku dał o sobie znać niepokój rodziców. Wystraszyli się wojny na wschodzie Ukrainy. Chociaż tutaj jest bezpiecznie – zapewnia Jacek.
– Codziennie dostaję esemesy od mamy. Chce, żebym wracała, bo na Ukrainie wojna – potwierdza 24-letnia Edyta. – Ale gdybym tak zrobiła, miałabym poczucie ucieczki – tłumaczy ta świeżo upieczona absolwentka studiów o Rosji.
Turzysk to niewielkie miasteczko w obwodzie wołyńskim. W XVI wieku należało do rodu Sanguszków. W okresie międzywojennym mieszkali tu głównie Żydzi i Polacy. We wrześniu 1942 roku Niemcy wymordowali Żydów w dawnej kopalni piasku (zbrodni asystowali ukraińscy policjanci). Polacy uciekli w 1943 r., obawiając się rzezi ze strony Ukraińskiej Powstańczej Armii. Część z nich trafiła do Kowla, inni do Zasmyk. Dziś miejscowy cmentarz jest całkowicie zarośnięty. – Jak dżungla – mówi Darek, postawny rencista ubrany w mundur polowy, miłośnik wojskowości.
Roślinność ze wszystkich stron oplata ocalałych 40 nagrobków. Wolontariusze oczyszczają z mchu m.in. groby Zofii z Jezierskich Cieszkowskiej i Edwarda Cieszkowskiego, a także Wawrzyńca Burczak-Abramowicza. Niektóre nagrobki zostały wykonane z czarnego granitu. – To oznacza, że złożono tam szczątki zamożnych Polaków. Na jednym z nich w doskonałym stanie zachowała się fotografia nagrobna, wykonana metodą kobaltową. Widać, że ktoś próbował ją wyrwać z nagrobka – tłumaczy Darek. Kim był zmarły, nie wiadomo. Napis z nazwiskiem się nie zachował. – Prawdopodobnie to powstaniec styczniowy, bo do klapy ma przypiętą kokardę – przypuszcza Darek, oglądając stuletnią fotografię.
Wolontariusze odnajdują i oczyszczają tablicę poświęconą 14 polskim legionistom, którzy polegli w 1919 roku w czasie wojny polsko-ukraińskiej.
Zamostecze. Tej wsi dziś już nie ma. W czasach ZSRR w pobliżu działał kołchoz. Pozostały po nim zniszczone, częściowo zawalone budynki. Do cmentarza trzeba się przedzierać przez półtora kilometra leśną ścieżką. – Tam pochowani są Holendrzy, bo tu była ich osada – wskazuje Jacek Bury. W czasie rzezi wołyńskiej około 50 rodzin osadników zostało wymordowanych przez UPA. – Oczyszczamy ten cmentarz, bo znaleźli się holenderscy sponsorzy. Są gotowi kupić nam piłę elektryczną, może kosiarkę – tłumaczy dr Piotr Gawryszczak, wiceprezes Fundacji Niepodległości.
Po cmentarzu pozostała tylko polana z kikutami pomników. Na jednym z nich można odczytać nazwisko Karoliny Brzóski. Wolontariusze ustawiają w lesie prowizoryczne, zbite z sosnowych gałęzi krzyże, aby ktoś, kto tu trafi, wiedział, gdzie jest. – Na koniec zawsze zapalamy znicze. Tylko tyle możemy zrobić – tłumaczy Jacek Bury.

Pustkowia

Potem ekipa jedzie na cmentarz do Lubomla. Spoczywają tu m.in. polscy policjanci, którzy w latach 20. zginęli w potyczce z bandytami. Rok temu cmentarz został uporządkowany, ale dziś napotykamy ślady libacji na jednym z nagrobków, na drzewie cmentarnym ktoś powiesił linę, na której dla zabawy można się huśtać.
Miejscowi wykorzystywali płyty nagrobne jako wzmocnienie fundamentów domów. – Za Sowieta mówili: to nie nasze, można brać – relacjonuje Edward Sulik, syn zmarłego w kwietniu tego roku Anatola, który przez lata odszukiwał, porządkował i opisywał polskie cmentarze na Wołyniu. Edward poszedł w jego ślady. Ten postawny mężczyzna z kilkudniowym czarnym zarostem na twarzy wykonuje w grupie najcięższe prace. Las karczuje maczetą lub potężną piłą.
W miejscu po kolejnej wsi wolontariusze rozbili obozowisko przy ogrodzeniu cmentarza. Śpią w namiotach. Pod prowizorycznym zadaszeniem urządzili palenisko, na którym można ugotować wodę albo zupę z torebki. Ale nikt się nie skarży, nie narzeka.
Dorota łapie pędzel i bierze się do czyszczenia i malowania metalowego krzyża. Potem zostanie on wkopany na cmentarzu. Ta drobna, niezwykle żywa 30-latka jest historykiem sztuki, pedagogiem, autorką urokliwych pejzaży. Na Wołyń przyjeżdża z ojcem. Jej bliscy w 1943 roku uciekli za Bug przed ukraińskimi nacjonalistami. Przed wojną jej dziadkowie Sabina i Jan Kowalewscy mieszkali w Zasmykach. Dorota po kilkudniowym spływie kajakowym Dniestrem zachwyciła się wołyńską wsią, rzeką, niebem i ciszą. Decyzja o udziale w przedsięwzięciu przyszła więc tak jakoś naturalnie.
Przez puste pola, pastwiska i las jedziemy do dwóch sąsiadujących niegdyś wsi Ostrówki i Wola Ostrowiecka. Tych wsi dzisiaj nie ma. Pozostała po nich pustka.
Historia tych miejscowości jest tak typowa dla Wołynia, że bardziej już chyba nie można. Przez kilkaset lat mieszkali tu Polacy wyznania rzymskokatolickiego. Przed 70 laty żyło tam już ponad 1,5 tys. osób, było ok. 300 gospodarstw.
30 sierpnia 1943 r. obydwie wsie zostały otoczone przez kureń, czyli pododdział wielkości batalionu liczący kilkaset osób, Iwana Kłymczaka ps. Łysy oraz sotnię Iwana Zareczniuka „Worona". Wspierała ich ukraińska ludność z pobliskich wsi. W Ostrówkach mieszkańców spędzono na plac przy szkole. Żołnierze UPA strzelali do nich albo masakrowali ich siekierami, widłami i drewnianymi maczugami. Ciała wrzucili do wykopanych w pobliżu dołów. W Woli Ostrowieckiej część ludzi zginęła w podpalonej stodole, a także w szkole, którą obrzucono granatami. Następnie Ukraińcy zrabowali dobytek ofiar, a wieś doszczętnie spalili. W czasie rzezi zamordowany został proboszcz ks. Stanisław Dobrzański. Orgię mordu przerwali dopiero niemieccy żołnierze, którzy ostrzelali banderowców. Kilka dni później dwie pobliskie wsie ukraińskie, których mieszkańcy brali udział w rzezi Polaków, w odwecie zostały spalone przez żołnierzy Armii Krajowej.
Po wojnie teren po Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej został zaorany. Zachował się tylko cmentarz oraz oddalona od niego o kilkaset metrów figurka Matki Boskiej bez głowy i rąk, która stała przy spalonym w 1943 r. kościele. Obok niej Ukraińcy na postumencie przypominającym kręgi studni postawili kopię świętej figury. Do tej okaleczonej odwrócona jest bokiem.
Od 22 lat w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej trwają prace poszukiwawcze i ekshumacje ofiar zbrodni. – Dotychczas udało się odnaleźć szczątki 634 ofiar, chociaż wiemy, że zginęło ponad tysiąc osób – mówi dr Leon Popek z lubelskiego oddziału IPN, który od początku uczestniczy w pracach na cmentarzu. Jego matka cudem ocalała z tamtej rzezi.
Jeszcze ćwierć wieku temu cmentarz w Ostrówkach wyglądał tak jak inne na Wołyniu – zarośnięty, z powalonymi krzyżami, rozprutymi grobowcami. Teraz jest ogrodzony i odnowiony. Prowadzi do niego solidna, asfaltowa droga. Została zbudowana w 2011 roku, bo w tym miejscu miało się odbyć spotkanie prezydentów Polski i Ukrainy. W ostatniej chwili zostało jednak przeniesione w inne miejsce.
Na cmentarzu postawiono pomnik upamiętniający ofiary, choć znajdujący się na nim napis nie wskazuje sprawców zbrodni. Wyryto na nim jedynie słowa: „Pamięci mieszkańców Ostrówek i Woli Ostrowieckiej, którzy zginęli 30 sierpnia 1943 roku. Niech spoczywają w spokoju". Kilka miesięcy później z monumentu ktoś zerwał polskie godło. Teraz współpracownicy fundacji ustawili nowe krzyże – bez żadnych napisów.

Wojna wisi w powietrzu

Co o ich pracy myślą Ukraińcy? – Zawsze uprzedzamy lokalne władze o naszych działaniach. Mówimy, co zamierzamy. Oni odnoszą się do nas przyjaźnie. Przychodzą, oglądają, ktoś podstawi traktor z przyczepką, na które można wrzucać śmieci – przekonuje Jacek Bury. – Gdy się poznajemy i zaprzyjaźniamy, wtedy możemy mówić o pojednaniu – dodaje.
A z tym wciąż jest problem, bo do dzisiaj ani my, Polacy, ani oni, Ukraińcy, uczciwie i do końca nie rozliczyliśmy się ze zbrodni popełnianych w czasie wojny, gdy wołyńska ziemia spłynęła krwią.
Pojednanie w praktyce od lat próbuje budować ks. Jan Buras, twórca Centrum Integracji w Zamłyniu. Od kilku lat gości on ludzi, którzy z miotłami, kosami i szuflami jeżdżą po wołyńskich cmentarzach.
Zamłynie to niewielka wieś. W linii prostej oddalona ledwie o kilka kilometrów od Bugu, czyli granicy polsko-ukraińskiej. Aby się do niej dostać, trzeba jednak pokonać z powiatowego Lubomla kilkanaście kilometrów dziurawej, ledwo utwardzonej drogi. Ale dla Polaka podróż na Wschód to jak skok w czasie, zderzenie dwóch światów.
Na granicy celnik zwyczajowo pobiera drobną opłatę za przejazd – w naszym przypadku to 20 zł za ksero dokumentu. Do samochodów na polskich numerach rejestracyjnych podchodzą dzieci z koszami wypełnionymi grzybami oraz złowionymi w Bugu półmetrowymi szczupakami. Chcą za nie kilkadziesiąt hrywien. Na parkingu obok przygranicznego sklepu z ręki można wymienić złotówki na hrywny, bo kantoru nie ma. Ukraińska waluta z dnia na dzień słabnie. To ciche echo wojny. Przybysza otaczają bezdomne psy. Nie są agresywne. Z rezygnacją czekają na coś do jedzenia.
Na zachodniej Ukrainie nie widać najbardziej widowiskowych atrybutów wojny – zniszczonych domów, czołgów na ulicach – ale wyczuwa się ją w powietrzu. Ukraińscy pogranicznicy w Dorohusku ubrani są w polowe mundury, każdy z nich ma kałasznikowa. Są młodzi i wysportowani, czujni i skupieni. Co jakiś czas pracę przejścia zakłócają informacje o podłożeniu ładunków wybuchowych na granicy. Nie ma pewności, kto jest autorem tych fałszywych alarmów (po przeszukaniu terminalu ruch pojazdów jest wznawiany), ale miejscowi wiedzą swoje: – To celowe działania separatystów, aby destabilizować sytuację na Ukrainie – mówią.
Co kilka dni przy drodze dojazdowej do przejścia ustawiają się matki poborowych i protestują. Nie chcą, aby ich synowie byli wysyłani na wojnę. Miejscowi opowiadają, że co kilka dni w powiatowych miastach odbywa się kolejny pogrzeb chłopca, który zginął na wojnie na wschodniej Ukrainie. Dodają, że swoich żołnierzy utrzymuje cała społeczność. Kupują im żywność i umundurowanie.
W Zamłyniu nazwisko ks. Jana Burasa otwiera wszystkie drzwi, a jego gromki śmiech znają wszyscy sąsiedzi. W wolnych chwilach ten uśmiechnięty 55-letni duchowny jeździ po okolicy na koniu w towarzystwie brązowego psa rasy rhodesian ridgeback. To psy szkolone do polowań na afrykańskie lwy.
Przed wojną mieszkali tu w większości Polacy. Było trochę Ukraińców (w latach 20. nazywanych Rusinami) i Żydów. Wszystko zmieniło się w 30 sierpnia 1943 roku, w czasie apogeum rzezi. Przyszedł oddział UPA. Około 20 Polaków zostało zamordowanych, pozostali uciekli za Bug. Na zawsze.

Caritas i NKWD

Dzisiaj Zamłynie wygląda jak typowa wołyńska wieś: drewniane domki pomalowane na niebiesko, z elementami zielonymi i żółtymi. Wokół drzewa uginające się od dorodnych śliwek i jabłek. W ogródkach skrzą się żółte rudbekie i słoneczniki. Drogi właściwie nie istnieją. Ulicznych lamp nie ma, gdy zapada zmrok, wszystko ogarnia ciemność. W dzień na łąkach pasą się konie, drogą toczą się furmanki z kartoflami lub dyniami. Pola w większym stopniu zarastają komosą, niż są uprawiane. W stawach pluszczą się kaczki. Przed domami na ławkach siedzą starsze, wysuszone kobiety w chustach na głowach. Z ciekawością patrzą na przybyszy. Wokół cisza.
Wiejski sklep przypomina wielokrotnie zdobywany bunkier. Okna zabite deskami, szyby powybijane, pordzewiałe kraty w oknach. A w środku „widły, mydło i powidło", czyli wszystko, czego potrzeba na wsi. Zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej stoi murowany piętrowy budynek. Wygląda, jakby za chwilę miał się zawalić, bo elewacja została z niego skuta i z każdej strony jest podparty drewnianymi palami. Ukraińscy robotnicy skaczą po prowizorycznych rusztowaniach. Naklejają na ścianach płyty ze styropianu oraz wełny – ocieplają budynek. W pobliżu stoi drugi, mniejszy, parterowy, drewniany domek, z każdej strony oszklony. To miejsce spotkań: tam odbywają się warsztaty z pisania ikon i letnie kursy języka polskiego. Dalej kołysze się drewniana huśtawka. Za krzakami jest jeszcze stajnia, niewielka szklarnia z ogórkami i zagroda dla czarnych świń karłowatych.
Ksiądz Buras na Ukrainie pracuje od 14 lat, od kilku lat w Zamłyniu tworzy ośrodek Caritas Diecezji Łuckiej. Placówka powstaje w budynku wzniesionym w 1953 przez NKWD. – Przez wiele lat była tu jednostka straży granicznej, potem sanatorium, a w 2002 roku budynek został przekazany na ośrodek dla młodych Caritasu. To ma być miejsce spotkań różnych narodów, różnych wyznań: tu jest pogranicze – podkreśla duchowny. W ośrodku jest sam, wokół mieszkają tylko wierzący wschodnich obrządków: prawosławni i grekokatolicy. Dopiero po sześciu latach pobytu w Zamłyniu ochrzcił pierwsze dziecko.
Ludzie z trudnością wiążą koniec z końcem, ale ksiądz podkreśla, że prace przy ośrodku trwają bez zakłóceń, chociaż nigdy o nic nie prosił. – Gdy ktoś da, przyjmuję, dzieło Boże samo się obroni – opowiada. Jego celem jest nie tylko zbliżenie ludzi, ale i stworzenie warunków do rozwoju społeczności lokalnej. Plany ma ambitne, chce, by we wsi powstała ferma produkująca kozie sery. Dlaczego wybrał Wołyń? – To fantastyczne wyzwanie. Tu była kiedyś Polska – tłumaczy.
To dlatego oprócz pracy duszpasterskiej i społecznej ks. Buras – podobnie jak jego goście, wolontariusze z Fundacji Niepodległości – opiekuje się też polskimi cmentarzami, wynajduje zapomniane groby rozsiane po lasach, samotnie stojące na polach. Kiedy wróci do Polski? – Nie wiem. Ludzi i tworzonego dzieła nie zostawia się w połowie drogi – odpowiada.
– Dla mnie to miejsce ukochane. Tu było kiedyś centrum Polski, tu jest klimat, piękna przyroda, miejsca, których nie ma gdzie indziej. Przestrzeń – tak swoje wołyńskie zaangażowanie tłumaczy Dorota.
Wtóruje jej 72-letni Dionizy, emerytowany kierowca, najstarszy wśród wolontariuszy. Jego bliscy także spoczywają na wołyńskim cmentarzu. – Tutaj oddycham pełną piersią. Za rok też tu przyjadę – zapewnia.
Ewa, doktorantka filozofii na UKSW: – To miejsce nas potrzebuje, musimy tutaj być. Jak nie my, to kto uporządkuje te groby? Gdy widzę, w jakim stanie są nekropolie, mam poczucie straty.
– Jeśli ktoś raz przyjedzie, nie może nie wrócić. Wołyń wciąga – dopowiada Edyta.
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA