fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

PO i PiS zgrały się w ratyfikacyjnym pokerze

Rzeczpospolita
Do przełomu w sporze między Platformą i PiS przyczyniła się nie tylko groźba odmowy poparcia ustawy ratyfikacyjnej w Sejmie, ale także ostatnie orędzie prezydenta – pisze publicystka „Rzeczpospolitej”
Dzisiejsze spotkanie premiera Donalda Tuska z prezydentem Lechem Kaczyńskim być może przyniesie nareszcie kompromis w sprawie sposobu ratyfikacji traktatu lizbońskiego. Będzie to pierwsze po dwóch tygodniach sporów wydarzenie, które może doprowadzić do uzgodnienia stanowisk. Byłoby to pewnie możliwe wcześniej, gdyby nie to, że awantura związana z ratyfikacją traktatu była potrzebna obu partiom do wygrywania własnych interesów. Warto jednak zwrócić uwagę, że deklarację kompromisu znacznie szybciej złożyło PiS. Na to, by politycy PO zaczęli w tej sprawie mówić ludzkim głosem, trzeba było poczekać znacznie dłużej – do ostatnich dni przed świętami.
Dwa tygodnie temu słyszeliśmy, jak to Donald Tusk zapewnia w Brukseli polityków Unii Europejskiej, że znajdzie sposób na „awanturnictwo Jarosława Kaczyńskiego”, a jego partyjni koledzy w kraju sformułowanie „awantury PiS” odmieniali na wszelkie możliwe sposoby. I premier, i politycy PO jak ognia unikali dyskusji o meritum: o takim zapisie w ustawie ratyfikacyjnej ustaleń na temat Joaniny i protokołu brytyjskiego, by ani ten rząd, ani następne nie mogły łatwo od tego odejść. Dokładnie w tym samym czasie lider PiS opowiadał w Radiu Maryja, że „Tusk wraca do polityki bezrefleksyjnej spolegliwości, do przekonania, że Polska musi się na wszystko zgadzać, musi uzyskać u któregoś z wielkich mocarstw pozycję dobrze widzianego klienta” i że będzie chciał z mechanizmów Joaniny szybko zrezygnować. Podczas gdy przesłanie PO o awanturnictwie PiS głośno i szeroko wybrzmiało w głównych mediach, przesłanie PiS równie głośno miało szanse wybrzmieć jedynie w Radiu Maryja i Telewizji Trwam. Nie sądzę, by Tusk wierzył, że Kaczyńskiemu chodzi tylko o awanturę, a Kaczyński – że Tuskowi chodzi o podporządkowanie Polski interesom kanclerz Angeli Merkel. Na szczęście nastąpił przełom i PiS – choć przez te dwa tygodnie w słowach nie przebierało – zmusiło miotanych antypisowskimi emocjami polityków PO do trzeźwiejszego podejścia do problemu. Przyczyniła się do tego nie tylko groźba odmowy poparcia ustawy ratyfikacyjnej w Sejmie, ale też w dużym stopniu orędzie prezydenta. Oczywiście już słyszę ironiczne komentarze dotyczące takiego postawienia sprawy, bo poprawność polityczna nakazuje twierdzić, że ostatnie orędzie jest blamażem głowy państwa, że Lech Kaczyński zrobił nieudolny spot, by przedstawić stanowisko swego brata. Pamiętam też o liście Sergiusza Kowalskiego, „tłumacza z Warszawy”, jak tego dawnego działacza opozycji i publicystę od lat związanego ze swym środowiskiem określiła „Gazeta Wyborcza”. Otóż Kowalski wzburzony faktem, że wystąpienie prezydenta zostało zilustrowane migawkami ze ślubu dwóch homoseksualistów, napisał do nich list, zaczynający się od słów: „My, obywatele polscy, zażenowani wystąpieniem telewizyjnym prezydenta naszego kraju, zwracamy się do Was z wyrazami poparcia i solidarności…”. Fakt, że homoseksualiści w niektórych krajach mogą zawierać związki małżeńskie, zupełnie mnie nie bulwersuje. Ale z drugiej strony zupełnie nie potrafię dopatrzyć się w słowach prezydenta o tym, że „brak jasnej definicji małżeństwa jako związku mężczyzny i kobiety może zmusić nasz kraj do wprowadzenia rozwiązań sprzecznych z przekonaniami zdecydowanej większości społeczeństwa” przejawów homofobii. Ale niech sobie Sergiusz Kowalski śle listy do gejów w Kanadzie, jeśli chce. Ze spotu płyną bowiem znacznie istotniejsze wnioski. Prezydent wreszcie zauważył, że musi znaleźć sposób komunikacji z Polakami bez pośrednictwa niechętnych mu elit i mediów. I go znalazł. Dlatego to wystąpienie było tak ważne. Prezydentowi udało się w prosty sposób, dzięki odwołaniu do zwykłych patriotycznych uczuć i emocji (zauważył to na łamach „Rzeczpospolitej” specjalista od marketingu politycznego Eryk Mistewicz), pokazać, dlaczego w ustawie ratyfikacyjnej trzeba zapisać warunki, od których nikt w przyszłości nie będzie mógł odstąpić. Dopiero po tym wystąpieniu w przestrzeni publicznej zaczęła się dyskusja na ten temat. Wreszcie dziennikarze zaczęli pytać polityków PO, dlaczego właściwie nie chcą zabezpieczających zapisów w ustawie, a prawnicy – dyskutować, czy takie zapisy w ogóle są konstytucyjnie możliwe. Słowo „awantura” zaczęło powoli być wypierane przez słowo „kompromis”. Jeśli prawdą jest, że – jak pisze Michał Karnowski w „Dzienniku” – owym kompromisem miałoby być wprowadzenie do ustawy ratyfikacyjnej zapisu o konieczności uzyskania zgody prezydenta, premiera i parlamentu na ewentualne odejście od mechanizmu z Joaniny, umożliwiającego blokowanie decyzji w Unii, byłoby to zachowujące istotę rzeczy strategiczne zwycięstwo prezydenta i… jego brata. Bo to Jarosław Kaczyński powtarza wszak, że politycy Unii Europejskiej nie ustają w naciskach na rezygnację z mechanizmu z Joaniny i protokołu brytyjskiego. Twierdzi, że premier Tusk w rozmowie z szefem Komisji Europejskiej Jose Manuelem Barroso już „wyraził wolę odejścia od przyjętych rozwiązań uregulowania, które zostało wynegocjowane”. Barroso miał najpierw naciskać na niego, „później naciskał na premiera Tuska, który, wydaje się, nie uciął rozmowy tak jak ja. Okazał się rozmówcą miększym” – utrzymuje Kaczyński. Chętnie dowiedziałabym się od premiera Donalda Tuska, co on ma na ten temat do powiedzenia. Czy były takie naciski? Czy uchwała zaproponowana przez rządzących i przyjęta w grudniu, w której znalazło się zdanie o możliwym odejściu od protokołu brytyjskiego, była efektem tych nacisków? Jeśli nie – a lider PiS po prostu to wymyślił – warto byłoby stanowczo to zdementować. Dotąd twardego dementi jednak nie słychać. Ale są też sprawy, które każą postawić pytanie, czyje interesy są dla ministrów Donalda Tuska istotniejsze – struktur europejskich czy polskiego państwa. Mam tu na myśli głównie sprawę Mikołaja Dowgielewicza kierującego Komitetem Integracji Europejskiej. Objął swoje stanowisko w grudniu, po przyjeździe wprost z Brukseli, gdzie był członkiem gabinetu politycznego jednej z wiceprzewodniczących Komisji Europejskiej. Dowgielewicz zapewniał „Rzeczpospolitą”, że „zerwał wszystkie stosunki służbowe z UE”. Niestety, stoi to w rażącej sprzeczności ze słowami rzecznika pani komisarz, u której dzisiejszy szef UKIE pracował. PiS szybko złożyło deklarację kompromisu. By politycy PO wreszcie przemówili ludzkim głosem, trzeba było poczekać dłużej:do ostatnich dni przed świętami – Mikołaj Dowgielewicz jest na urlopie bezpłatnym z Komisji Europejskiej. Ma zagwarantowany powrót do pracy na stanowisko równorzędne z wcześniej zajmowanym. Ma prawo powrócić w ciągu najbliższych 15 lat, potem ta możliwość wygasa – powiedział w rozmowie z dziennikarkami naszej gazety.W ciągu ostatnich dwóch tygodni pan minister chętnie występował w mediach, wyjaśniając, jak bezsensowne są propozycje PiS i prezydenta. Nie mogę pozbyć się natrętnie powracającego pytania: – z punktu widzenia której instytucji są one bezsensowne? Polskiego rządu, dla którego w tej kadencji Dowgielewicz pracuje, czy Unii Europejskiej, gdzie jest zatrudniony? Nie potrafię zrozumieć, dlaczego Dowgielewicz trwa w tym służbowym dualizmie i jak to łączy? Jak wyobraża sobie negocjowanie spornych spraw ze swymi byłymi i przyszłymi pracodawcami? To oczywisty konflikt interesów, zdumiewa więc, że premier Donald Tusk toleruje tę sytuację. Jakie są powody, że szef UKiE nie może zrezygnować z etatu brukselskiego urzędnika? Liczne przywileje, jakimi ci urzędnicy się cieszą, takie jak własny system emerytalny i ubezpieczeniowy? A może możliwość kupowania samochodów bez VAT? Pisaliśmy w „Rzeczpospolitej”, że Dowgielewicz zaciągnął na budowę i urządzenie domu ponad 350 tysięcy euro kredytu. W oświadczeniu majątkowym minister nie napisał (mimo takiego wymogu), gdzie i na jakich warunkach wziął ów kredyt. Czy to także efekt skorzystania z jednego z przywilejów, jakie mają eurokraci, i faktyczna rezygnacja z zatrudnienia w Brukseli oznaczałaby konieczność błyskawicznej spłaty tej sumy? Być może te pytania są bezpodstawne i pan minister ma po prostu kredyt w PKO, ale wolałabym wiedzieć, czy członek polskiego rządu zależy od struktur unijnych także finansowo. Wyjaśnienie tej sprawy jest istotne nie tylko dla wiarygodności szefa UKiE, ale przede wszystkim dla polityki rządu Donalda Tuska. Po potyczkach ostatnich dwóch tygodni (jeśli ich kres faktycznie jest bliski, a PO i PiS dojdą jednak do porozumienia) oba ugrupowania zyskały gębę. W przypadku PiS to gęba posłusznych ojcu Rydzykowi antyeuropejskich prawicowców zagospodarowujących miejsce po LPR. Platforma zaś stworzyła obraz partii, która ma kłopot z wyborem hierarchii lojalności i ulega pokusie szukania za wszelką cenę – nawet poważnych ustępstw – bliskiej współpracy z najpotężniejszymi państwami w Unii Europejskiej. Współpracy zawieranej ponad głowami polskiego społeczeństwa i bez zbytniej dbałości o interes kraju. Obie te gęby są zapewne w znacznej mierze nieprawdziwe. Ale liderzy obydwu partii muszą teraz znaleźć sposób na przekonanie o tym wyborców. Po ratyfikacyjnym pokerze może się okazać, że w tej grze mocno ucierpiała wiarygodność zarówno PiS, jak i PO.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA