fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Czekając na antyrosyjski wstrząs

Jakub Pacan
Fotorzepa, Waldemar Kompała Waldemar Kompała
Zmierzenie się w Polsce ?z moskiewską agenturą wpływu – choć brzydko to pachnie ?– należy do powinności ?naszego państwa. ?Coraz bardziej agresywny Kreml nie pozostawia nam wyboru ?– pisze publicysta.
Kryzys ukraiński po raz kolejny wywołał w Polsce temat rosyjskich agentów wpływu. Im bardziej Rosja będzie agresywna i roszczeniowa wobec swoich dawnych satelitów, tym bardziej palący będzie problem opłacanych przez nią ludzi wpływających destrukcyjnie na wewnętrzne problemy państw Europy Środkowo-Wschodniej, w tym Polski. Od 1989 roku sytuacja nie może dojrzeć do tego, by przeprowadzić przegląd kadr i dowiedzieć się, kto na czyim jest żołdzie. Dziwne jest to tym bardziej, że od początku transformacji ustrojowej w kuluarach sejmowych mówiło się o silnej „partii rosyjskiej", której nieformalni przedstawiciele bronili interesów naszego sąsiada często w sposób jawnie sprzeczny z polską racją stanu. I chyba byli skuteczni, skoro nasze cywilne służby specjalne wykryły tylko kilku agentów rosyjskich. Służby wojskowe ani jednego.

Polowanie na czarownice?

Aktualna atmosfera w Polsce zaczyna przypominać coraz bardziej tę z początku lat 50. w USA, kiedy senator Joseph McCarthy przewodzący osławionej komisji senackiej szukającej sowieckich agentów wpływu w USA uświadomił milionom Amerykanów, że problem osób kształtujących opinię publiczną pod dyktando i za pieniądze obcego, wrogo nastawionego państwa nie jest bajką o żelaznym wilku, ale dotkliwą codziennością. „Wróg nie stoi daleko za żelazną kurtyną, ale jest tutaj, przełamał granicę najbardziej intymną, podbił nasze serca i prowadzi dywersję bez przeszkód" – bronił prac swojej komisji McCarthy atakowany przez media.
I faktycznie tak było. O ile lewicowe media i świat kultury oskarżały McCarthy'ego o polowanie na czarownice, łamanie życiorysów i posługiwanie się insynuacjami, o tyle ludzie CIA odetchnęli z ulgą, ponieważ jego antysowiecka histeria bardzo mocno przyczyniła się do zahamowania dywersji ideologicznej agentury wpływu. Jeżeli praca takiej agentury polega głównie na urabianiu opinii publicznej i stwarzaniu sprzyjających warunków dla obcego państwa, to zwrócenie uwagi społeczeństwa na tego typu manipulacje, uświadomienie mu konsekwencji bezrefleksyjnego przyjmowania obcej propagandy i wyczulenie na niuanse w przekazywaniu komunikatów stanowi skuteczną zaporę przeciw wrogiej narracji.
Może warto przekazy faworyzujące Rosję kosztem Polski wziąć pod lupę społecznego monitoringu
Odtajnione amerykańsko-brytyjskie archiwa projektu Venona potwierdzają, że skala infiltracji przez NKWD amerykańskich instytucji rządowych, naukowych i kulturalnych była bardzo wysoka. Agentami Rosjan byli m.in. Julius Rosenberg, Klaus Fusch oraz Theodore Hall, którzy wykradali tajemnice amerykańskiego programu nuklearnego. Ludźmi NKWD byli także współzałożyciel Międzynarodowego Funduszu Walutowego Harry Dexter White i przedstawiciel USA w komitecie założycielskim ONZ Alger Hiss. Sowiecka agentura chętnie instalowała się w związkach zawodowych, stowarzyszeniach studenckich i radykalnych organizacjach lewicowych.
W latach 1950–1956 zwolniono 5,7 tys. urzędników federalnych, a 12 tys. podało się do dymisji. Z wojska odeszło ponad 730 oficerów. Ciekawe, jak wyglądałyby polskie liczby?

Producenci ?niejawnych informacji

Po upadku ZSRS rosyjskie służby zmieniły doktrynę działania. W sytuacji, kiedy Polska przestała być jego politycznym wasalem i wybrała drogę demokracji, w której jawność życia publicznego jest jedną z podstawowych zasad, a polityka stanowi sprawę publiczną, wymagającą otwartych konsultacji społecznych, FSB lwią część środków budżetowych przekierowała właśnie na agenturę wpływu. Korzystając z prawa do pluralizmu, agent wpływu okazał się narzędziem wprost wymarzonym do realizacji celów strategicznych Rosji. Zamiast narażać siebie i obcy wywiad zbieraniem niejawnych informacji, sam je produkuje. Będąc zazwyczaj autorytetem mającym posłuch wśród różnych grup społecznych, wpływa na ich decyzje wyborcze, z którymi muszą się liczyć politycy.
Korzystając ze środków masowego przekazu oraz wysokiej zazwyczaj pozycji społecznej, agenci wpływu zasiewali m.in. wątpliwości co do słuszności głównych kierunków polityki wobec Rosji, tłumacząc, że twardy kurs wobec tego kraju jest politycznym oszołomstwem i zamiast ją złościć, lepiej traktować jako strategicznego partnera. Podawali przy tym przykład krajów Europy Zachodniej, twierdząc, że w stosunkach z Kremlem nie kierują się one rusofobią i resentymentem, lecz racjonalną i konstruktywną współpracą. Argumentowali, że Polska zamiast dostosować się do standardów europejskich, znowu wraca do archaicznego pobrzękiwania szabelką i wszczynania niepotrzebnych awantur.
Czy ci znawcy polityki rosyjskiej nie czytali oficjalnych dokumentów Moskwy, takich jak „Koncepcja polityki zagranicznej Federacji Rosyjskiej" z lat 1993, 2000, 2008 i 2013? W każdej z tych publikacji zawierającej oficjalną doktrynę obronną i dyplomatyczną włodarze Kremla jasno wskazywali, że nie ma mowy o żadnym traktowaniu Polski i w ogóle krajów dawnego bloku wschodniego jako równoważnych partnerów.
Twórca agentury wpływu carskiej Ochrany Piotr Iwanowicz Raczkowski twierdził, że „dobrze uplasowany dziennikarz może być bronią równie śmiercionośną co ładunek wybuchowy lub szpieg w centrum aparatu władzy". Działając w Paryżu na przełomie XIX i XX wieku, pozyskał dla Rosji rzesze sympatyków wśród intelektualistów, dziennikarzy, robotników i polityków. Z jego inicjatywy powstało kilka „niezależnych" organizacji promujących przyjaźń francusko-rosyjską.

Autentyczne zagrożenie

A w dzisiejszej Polsce? Przeprowadza się „wewnętrzne" debaty z udziałem odpowiednich „ekspertów". Wnioski, jakie z nich płyną, podważają założenia polskiej racji stanu. Negują, a nawet paraliżują realizację planów, które mogłyby uderzać w interesy Rosji. Procesy te sprawiają, że pewne obszary naszego państwa są dziurawe – jakby miało ono opaskę na oczach i pozwalało, by jedyną formą jego istnienia było status quo. Z obszarów tych w tajemniczy sposób wycieka potencjał naszego państwa, wszystko się wlecze, jakby ktoś umyślnie torpedował próby zrobienia z tym porządku. Zapadają niewyjaśnione decyzje, panuje ogólny klimat milczenia i rozkładania rąk. Dobrym przykładem jest polityka energetyczna. Wydobycie gazu łupkowego, budowa elektrowni jądrowej, dywersyfikacja dostaw gazu, modernizacja sieci energetycznych stoją w martwym punkcie od lat. Jednocześnie mamy niekontrolowaną budowę elektrowni wiatrowych przez podejrzanych inwestorów i sprzedaż setek tysięcy hektarów ziemi podstawionym słupom. Innymi obszarami wiecznego marazmu są polskie koleje, autostrady i wiecznie reformowana armia.
A co z zapotrzebowaniem polityków na „osobistych" zaufanych doradców? W dobie wysokiego skomplikowania zarządzania państwem ludzie sprawujący władzę z mandatu obywateli otaczać się muszą tabunami wszelkiej maści ekspertów, którzy mandatu obywateli już nie posiadają i o których obywatele mają zazwyczaj cząstkowe informacje. A to właśnie sugestie, podpowiedzi lub jawny lobbing tych ludzi decyduje często o konkretnym kształcie ustaw i ważnych kierunkach polityki państwa. Poza tym gra wyborcza wymaga od polityka, by wynajdywał tematy, które ma poruszać. Agent wpływu stojący blisko „ucha" partyjnego lidera może podpowiadać „nośne" tematy, będąc tym samym ważnym ośrodkiem inicjatyw politycznych. Mogą to być apele o zawiązywanie polsko-rosyjskiej przyjaźni, budowanie kompromisu i „niestraszenie" Rosją, do czego nawoływał ostatnio pewien polityk lewicy.
Zdiagnozowanie przez społeczeństwo owoców pracy agentów wpływu jest trudne. W sytuacji, w której Polakom przez cały okres PRL narzucano mocarstwową ideologię Związku Sowieckiego, działania na rzecz rosyjskich interesów tak nam spowszedniały, że uświadomienie nam autentycznego zagrożenia ze strony Rosji wzbudza w nas poczucie lęku i bezradności. Z rezygnacją konstatujemy, że nawet w wolnej Polsce nie sposób pozbyć się sterowania naszym państwem przez Putina i jego wysłanników.
„Brak wiary obywateli w świadomie destrukcyjne działanie agentury wpływu wynika przede wszystkim z braku wiedzy o manipulacyjnych operacjach służb specjalnych. Podstęp, pozoracja i kamuflaż kojarzą się najczęściej z militarnymi działaniami taktycznymi, a nie strategią polityczną. Z kolorami i deseniem polowego munduru, a nie z obliczonymi na wiele lat operacjami, których celem jest skłonienie przeciwnika do działania wbrew swoim interesom i własnoręcznego demontażu swoich struktur państwowych" – pisze Rafał Brzeski w artykule „Agentura wpływu".
Czy trzeba nam politycznego wstrząsu na miarę komisji McCarthy'ego, by uświadomić Polakom przyczyny ograniczeń ich państwa w realizacji swoich interesów? Czy Polsce się to opłaca? Równie dobrze można zapytać, ile Polska traci na działaniu agentury wpływu.
Agenci wpływu to zbyt istotne nośniki politycznych emocji, by państwo mogło sobie odpuścić tak ważny temat. Ale skoro nie można kontrolować ludzi mających potężny wpływ na nasze procesy polityczne w sposób instytucjonalny, może warto wziąć pod lupę społecznego monitoringu przekazy faworyzujące Rosję kosztem Polski. Taki zamierzony i zaplanowany proces obserwacji zainicjował właśnie w USA w latach 50. senator Joseph McCarthy.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA