fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Finanse

Wielka kradzież u fiskusa

Tysiące źle chronionych kartonów z papierosami trafiło zapewne ponownie na czarny rynek. Kto je ukradł – tego do dziś nie wiadomo.
Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski
Pod nosem ochroniarzy ?z depozytu urzędu kontroli skarbowej zniknęło 53 tys. paczek papierosów.
W tej historii zaskakują nie tylko skala kradzieży i beztroska urzędników, ale i to, że tak gruba sprawa rozeszła się po kościach. Niezbyt dotkliwie ukarano kilka osób, a szefostwu urzędu się upiekło.

Miejsce na palarnię

Pod koniec października 2011 r. magazynier białostockiego Urzędu Kontroli Skarbowej (UKS) zlicza wagony papierosów w depozycie. Część z nich ma przygotować do transportu – trafią do Urzędu Celnego w Suwałkach i tam na podstawie decyzji sądu zostaną spalone. Podczas liczenia kartonów okazuje się, że w depozycie brakuje 29 999 paczek.
Komisja inwentaryzacyjna ujawnia braki w magazynie niemal dwukrotnie większe. Powinno się w nim znajdować 97 148 paczek papierosów i 540 butelek alkoholu – notują kontrolerzy. Brakuje dokładnie 52 932 paczek i 51 butelek ?(36,5 litra wyrobów spirytusowych) o wartości rynkowej grubo ponad 200 tys. zł. To nielegalny towar bez polskich znaków akcyzy, zarekwirowany na straganach, głównie u Rosjan i Ukraińców. W depozycie czeka na decyzję sądu o przepadku mienia na rzecz Skarbu Państwa, czyli po prostu na spalenie.
Dyrektor urzędu instaluje kamery i zawiadamia prokuraturę. Miesiąc później policja zatrzymuje dwie sprzątaczki, 21-letniego syna jednej z nich oraz ochroniarza budynku. Przyznają się jednak tylko do kradzieży 1300 paczek papierosów o wartości 6,5 tys. zł już po ujawnieniu kradzieży przez magazyniera. Co z resztą? Nie wiadomo do dziś.
Magazyn depozytowy UKS w Białymstoku od września 2009 r. znajduje się na parterze głównego budynku przy al. 1000-lecia Państwa Polskiego 8. Na tym samym piętrze mieści się posterunek ochrony – to prywatna firma zewnętrzna. Oficjalnie dostęp do magazynu mają tylko magazynier i jego przełożona, naczelniczka wydziału administracyjno-gospodarczego.
W 2011 r. klucz do magazynu jest jeden, a wisi w skrytce u ochrony. Dlaczego? Bo od blisko roku służy także... jako garaż dla samochodu służbowego pracowników wydziału realizacyjnego (to odpowiednik policyjnych antyterrorystów robiących naloty z kontrolą skarbową) mających nienormowany czas pracy. Wjazd można było otworzyć wyłącznie od wewnątrz, a więc przez magazyn. Ani kontrolerom, ani śledczym nie udało się ustalić, kto z szefów UKS na to zezwolił.
Kontrola wewnętrzna po kradzieży wykazała, że dostęp do klucza, a więc i magazynu, mieli de facto wszyscy pracownicy urzędu, a w miejscu przechowywania depozytu urządzono sobie nawet nielegalną palarnię.
Depozyt, w którym zgromadzono towar wart setki tysięcy złotych, nie był ani dostatecznie pilnowany, ani zabezpieczony – nie było żadnego regulaminu, odnotowywania wejść i wyjść, pomieszczenie nie miało kamer, detektorów ruchu, nawet czujników przeciwpożarowych. Okna (na parterze!) nie były okratowane. Klucz nie znajdował się w oplombowanym pojemniku, a jego pobierania nie odnotowywano.

Śledczy rozkłada ręce

Wspomniana trójka pracowników przyłapana na wynoszeniu papierosów z magazynu została zwolniona z pracy dyscyplinarnie. Prokuratura w Białymstoku oskarżyła ich o kradzież 1300 paczek, a nie całości skradzionego towaru, bo na to nie miała dowodów. Po niemal roku śledztwo mające wyjaśnić, co się stało z ponad 51 tys. paczek o wartości ponad 193 tys. zł, umorzono z powodu niewykrycia sprawcy.
– To 5 tys. kartonów. Ilość ogromna. Niewątpliwie trafiły z powrotem na czarny rynek – opowiada doświadczony inspektor skarbówki.
Dlaczego nie udało się ustalić, jak towar wyparował? – Śledztwo było prowadzone szeroko, przesłuchano ogromną liczbę pracowników, ale z powodu braku monitoringu i innych zabezpieczeń nie udało się znaleźć dowodów i sprawców. Potwierdziliśmy, że magazyn depozytowy był praktycznie niekontrolowany – tłumaczy Anatol Pawluczuk, szef białostockiej prokuratury.
Sprzątaczki, syn jednej z nich i ochroniarz już na pierwszej rozprawie poprosili o dobrowolne poddanie się karze. Prokurator nie wniósł sprzeciwu. Wszyscy dostali łagodne kary w zawieszeniu i grzywny.

Magazynier? Przesunięty

Choć afera ujawniła wiele zaniedbań w UKS, sprawa kradzieży rozeszła się po kościach.  Generalny inspektor kontroli skarbowej (GIKS) zbadał sytuację w urzędzie i stwierdził, że magazyniera przeniesiono na inne stanowisko – do kancelarii urzędu, zdegradowano też jego przełożoną – naczelniczkę wydziału administracyjno-gospodarczego, która odpowiadała za nadzór nad depozytem. Obojgu udzielono kar upomnienia, które po roku uległy zatarciu. Pozbawiono ich też premii kwartalnej.
Skąd tak łagodne potraktowanie urzędników? Kontrola GIKS potwierdziła, że w urzędzie nie obowiązywały regulaminy ani procedury zabezpieczające korzystanie z magazynu depozytowego. Powinien je wydać dyrektor Wiesław Klukowski. Wprowadzono je dopiero po aferze.
Wyszło też na jaw, że towar niejednokrotnie czekał nawet dwa lata od momentu wyroku na wysłanie do Urzędu Celnego w Słubicach w celu likwidacji. Powodem miało być ograniczenie kosztów... transportu, choć – jak wyliczono – przez cztery lata wydano na to jedynie 1,6 tys. zł. Część skradzionych papierosów czekała od dłuższego czasu na wywiezienie – była spakowana. Wyszło też na jaw, że w książce magazynowej nie wpisywano dat przekazania towaru do likwidacji mimo wpisów o wyroku.
Co na to białostocki UKS? Zdaniem jego rzeczniczki Izabeli Głowackiej „zdarzenie to pokazuje, że nie ma takich zabezpieczeń, których nie można złamać, i przepisów, których nie można obejść".
Tomasz Ludwiński, szef Solidarności Pracowników Skarbowych, zauważa, że choć zginął towar pokaźnej wartości, dyrektorowi urzędu włos z głowy nie spadł. Zdaniem związkowca to dyrektor powinien zadbać o wprowadzenie we właściwym czasie odpowiednich procedur uniemożliwiających kradzież. A odpowiedzialność powinien ponieść także ten wicedyrektor, który nadzorował osoby zajmujące się magazynem.
– Kierujący urzędem biorą przecież wysokie wynagrodzenia i nagrody za to, że ponoszą odpowiedzialność za jego funkcjonowanie – wytyka Ludwiński. Według niego dyrektora nie tylko nie ukarano, ale wręcz nagradzano premiami po kilkanaście tysięcy złotych za „nadzwyczajne osiągnięcia".
Prok. Pawluczuk przyznaje, że śledztwo prowadzono także pod kątem niedopełnienia obowiązków przez kierownictwo urzędu, ale i ten wątek umorzono, uznając, że przestępstwa nie popełniono.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA